Szok.
Wstrząs.
Niedowierzanie.
Izzy
mrugała zawzięcie, a nawet uszczypnęła się raz w ramię, by
przekonać się, że to tylko zły sen, a nie rzeczywistość.
Ale
to nic nie dało. Gdy otworzyła oczy, wciąż była w tej łazience,
Millie w dalszym ciągu leżała nieruchomo w wannie, a po jej ręce
spływała krew.
Izzy
ostatni raz szarpnęła jej ramieniem. Głowa Millie oderwała się
od ściany i zatoczyła półkrąg. Sekundę później dziewczyna
rozchyliła powieki i wymruczała coś pod nosem.
Serce
Iz zabiło mocniej w piersi. Poderwała się na równe nogi, wypadła
z łazienki i zerwała z garderoby swoją kurtkę. Gorączkowo
przeczesywała jej kieszenie, próbując znaleźć swoją komórkę.
Jezu,
gdzie ona jest, no gdzie?!
Sapnęła
z frustracji, a gdy w końcu znalazła telefon, natychmiast
zadzwoniła na pogotowie. Szybko i chaotycznie wyjaśniła co się
stało i podała adres, błagając ich, by się pośpieszyli. Zaraz
potem odrzuciła komórkę byle gdzie na podłogę i wróciła do
łazienki.
Głowa
Millie była odchylona do tyłu, a ona sama miała zamknięte oczy.
Izzy kucnęła przy niej i klepnęła ją w policzek, nie dbając o
delikatność.
-Ty
cholerna, popierdolona idiotko – wysyczała przez zaciśnięte
zęby, po czym złapała ją pod pachy i zmusiła do podniesienia się
do pozycji siedzącej. Robiła to wszystko szorstko i gwałtownie, a
Millie znów otworzyła oczy i skupiła na niej wzrok.
-Izzy
… miałam nadzieję, że wrócisz … nim …
-Umrzesz?
- dokończyła Izzy z wściekłością. Zawahała się na chwilę, po
czym wpakowała się do wanny i usiadła przy Millie, przyciągając
ją mocno do siebie – Nie ma mowy, nawet nie licz na to, że Ci
pozwolę.
Na
bladej twarzy Millie pojawił się lekki uśmiech. Jednocześnie
zamknęła oczy, jakby nie mogła dłużej pokonać ciężaru powiek,
więc Iz poklepała ją ponownie po policzku, by ją nieco ocucić.
-Już
za późno, wiesz? - odezwała się czerwonowłosa, nie porzucając
tego dziwnego uśmiechu – Nie jestem żółtodziobem, jeśli chodzi
o dragi, to była heroina, Iz. Zabójcza dawka.
Tym
razem jej serce już nie waliło, tak jakby chciało wyrwać jej się
z piersi. Tym razem podeszło aż do gardła, uniemożliwiając jej
mówienie.
Tak,
Millie miała rację. Znała się na narkotykach.
Musiała
świetnie wiedzieć o czym mówi.
Przełknęła
głośno ślinę, próbując zdusić w sobie narastający strach.
Nie
udało się.
-Nic
Ci nie będzie – wyszeptała, mocniej przyciągając Millie do
siebie i przesuwając energicznie dłońmi po jej ramionach.
Pociągnęła nosem, po czym zanurzyła twarz w splątanych włosach
dziewczyny i dodała: - Wszystko będzie okej, wszystko będzie
dobrze, będziesz dalej żyła.
Nie
wiedziała co ją skłoniło, by powiedzieć to wszystko, sama
przecież w to nie wierzyła.
Chyba
po prostu chciała w jakiś sposób opanować ogarniającą ją coraz
silniej rozpacz, która napływała bez przerwy obezwładniającą
falą.
Millie
prychnęła cicho, przytulając gorący policzek do szyi Izzy.
-Żałuję,
że tak się stało – mruknęła, wzdychając cicho – Zbudowałam
sobie górę problemów. Nic już nie mogłam zrobić, to było
jedyne wyjście.
Zamilkła,
przełykając z wysiłkiem ślinę. Milczała tak długo, że Izzy
spojrzała na nią, a gdy ujrzała, że znów ma zamknięte oczy,
wstrząsnęła lekko jej ramieniem.
To
sprawiło, że Millie zaczęła mówić dalej:
-Izzy,
ja wiem, że Cię zraniłam. I Karla też. Was wszystkich. Ale …
naprawdę żałuję, wiesz? Już zrozumiałam swój błąd, już
wiem, że nie powinnam była … Tak strasznie wszystko spieprzyłam.
-O
czym Ty mówisz?
-Przyszłam
do Was wtedy nie tylko dlatego, że podejrzewałam Andreasa o bycie
ojcem mojego dziecka. Przyszłam też, bo wiedziałam, że ma kasę.
I … pamiętałam, że mieszka z Karlem, a Karl od pierwszego
spojrzenia wydaje się być dobrym człowiekiem. Miałam nadzieję,
że jak nie Wellinger, to on na pewno mi pomoże. Także finansowo.
-I
co? - ponagliła ją Izzy. Teraz, gdy Millie zaczęła mówić, nie
chciała jej pozwalać, by robiła zbyt długie przerwy. Bała się,
że nie usłyszy całej historii do końca. W tej chwili priorytetem
stało się zrozumienie tego wszystkiego.
-No
i miałam rację, bo tak też się stało. Iz, zadawałam się z
niewłaściwymi ludźmi. Wplątałam się w głupie układy. Mam
potężne długi. I … i oczywiście, Ty miałaś wtedy rację.
Jestem też narkomanką, jestem uzależniona i nie umiem sobie z tym
radzić.
Pociągnęła
znowu nosem, a Izzy z lekkim przerażeniem uświadomiła sobie, że
po jej policzkach zaczynają spływać gorące łzy.
-Izzy,
przepraszam Cię. Zachowywałam się jak głupia suka, ale byłam
taka zdesperowana... Oni mi grozili, grozili, że pobiją mnie tak,
żeby zaszkodzić dziecku. Możesz powiedzieć, że sama mu
szkodziłam i dobrze o tym wiem, ale … oni byli w stanie załatwić
wszystko tak, żebym na miejscu poroniła. Tak bardzo się bałam,
wiesz? I tak, zdaję sobie sprawę, że to mnie w żaden sposób nie
usprawiedliwia. Nie miałam prawa stawać między Tobą i Karlem,
skłócać Was i ranić Ciebie. Żałuję tego. Tak cholernie żałuję.
Łzy
spływały po policzkach Millie, zatrzymywały się na ułamek
sekundy na jej roztrzęsionym podbródku i skapywały do wanny.
Pociągnęła znowu nosem, przetarła oczy wierzchem dłoni i nim
Izzy zdążyła coś powiedzieć, kontynuowała:
-Iz,
ja naprawdę bardzo Cię polubiłam. Możesz myśleć, że oszalałam,
że mówię tak tylko dlatego, bo chcę się odkupić, zanim …
zanim będzie po wszystkim, ale to prawda. Jesteś wspaniałym
człowiekiem. Jesteś silna i dobra. On to wreszcie doceni.
Izzy
pomyślała o Karlu. Karlu, który tak naprawdę zawsze w nią
wierzył, nawet gdy ona nie wierzyła w siebie.
Karlu,
który może też uważał, że jest silna i dobra.
Chciała
w to wierzyć, bo zdanie Karla było dla niej ważniejsze niż jej
własne.
-Zresztą
sama widzisz, że jest teraz inny, prawda? Może faktycznie wystarczy
tylko znaleźć właściwą osobę, by się zmienić na lepsze.
Izzy
zamrugała.
Ona
mówiła o Karlu?
-Nie
rozumiem – mruknęła, a Millie cicho się zaśmiała.
-Daj
spokój. Wygląda na to, że nawet taki dupek jak Wellinger może
mieć w sobie odrobinę dobra. Więc chyba dla każdego jest
nadzieja.
Szok
jaki wywołały w Iz te słowa był tak wielki, że zapomniała o
powadze sytuacji i o tym, że siedząca przy niej dziewczyna umiera.
Jej
chodziło o Andreasa, cały czas.
Pokręciła
głową, zduszając w ustach przekleństwo. Nie chciała drążyć
tego tematu. Nie miała na to czasu.
-Chcesz
mi coś jeszcze powiedzieć? - spytała cicho. Chyba przestała się
już łudzić, że Millie jeszcze da się uratować.
Obie
wiedziały, że jest na to zdecydowanie za późno.
-Tak
– jej głos był już cichy jak oddech. Izzy nachyliła się tak,
by wargi dziewczyny znalazły się tuż przy jej uchu i wytężyła
słuch, by nie uronić ani słowa – Przeproś ode mnie Karla.
Powiedz, że … tak po prostu musiało być. Powiedz mu, że jest
wspaniałym facetem, który zasługuje na wszystko co najlepsze. Na
szczęście, na długą karierę, na miłość. Na prawdziwą miłość,
jakiej ja nigdy nie mogłabym mu dać. Pokochałam go, naprawdę go
kocham … ale nie jestem dla niego dość dobra, wiesz? Gdzieś tam
musi czekać na niego normalna dziewczyna, która nigdy go nie zrani
i z którą spędzi całe życie. Wiem o tym.
Znowu
pociągnęła nosem, jej oddech osłabł jeszcze bardziej. Izzy
wcisnęła twarz w jej szyję i wyczuła wyraźnie, że nawet jej
puls nie jest już tak wyczuwalny jak przedtem.
Strach
złapał ją za serce.
Strach?
Nie,
to już nie był strach, to była panika.
-Nie
mów tak – odpowiedziała, podczas gdy jej mózg pracował na
przyśpieszonych obrotach. Musiało minąć już przynajmniej 10
minut, szpital znajdował się bardzo blisko ich bloku, więc gdzie,
do cholery, była ta karetka?! - Słyszysz? Wszystko będzie dobrze,
dostaniesz drugą szansę, Karl Ci wybaczy i zaczniecie jeszcze raz,
obiecuję Ci to.
Ale
Millie kręciła już głową, a na jej wargi ponownie wypłynął
lekki uśmiech. Uśmiech pełen smutku.
-Przykro
mi, Izzy. Już na to za późno.
Wstrząsnął
nią dreszcz, tak silny, że Izzy wypuściła ją z ramion i odsunęła
się wystraszona. Millie złapała ją mocno za koszulkę, a na jej
twarzy po raz pierwszy odmalował się strach.
-Proszę
Cię … zaopiekuj się Julie, dobrze? Zrób wszystko, żeby miała
cudowne życie. Żeby … żeby nigdy nie musiała przechodzić przez
to co ja, a przede wszystkim, żeby nie musiała płacić za moje
błędy. Słyszysz? Iz, musisz mi to obiecać.
Trzymała
ją za koszulkę naprawdę mocno, ale ten ucisk słabł i Izzy to
czuła. Patrzyły sobie w oczy, prawie nie mrugając. Millie była
teraz bardziej przytomna niż wcześniej.
-Obiecuję
– wyszeptała w końcu Izzy.
Millie
odetchnęła z wyraźną ulgą i powoli rozprostowała palce. Oparta
znów o brzeg wanny, przymknęła powieki, gotując się na spotkanie
z przeznaczeniem.
-Przepraszam.
Jej
wargi ledwo się poruszyły, gdy wypowiedziała te słowa. Westchnęła
jeszcze jeden raz.
Sekundę
później rozległ się dzwonek do drzwi, przypominając Izzy o
wezwanej karetce.
Nie
wstała, nie poszła otworzyć.
Doskonale
wiedziała, że nie ma to najmniejszego sensu.
Było
już za późno.
Millie
odeszła na zawsze.
Ratownicy
medyczni chcieli zabrać ją do szpitala, by porozmawiała z
psychologiem, ale Izzy uparła się, że zostanie w domu. Namawiali
ją długo, jednocześnie układając na noszach martwe ciało
Millie, a gdy już przekonali się, że nie ma to sensu, ostrzegli ją
tylko, że i tak będzie musiała zgłosić się na policję.
Wiedziała.
Była przecież jedynym świadkiem.
Przez
głowę przemknęło jej, że będzie jeszcze musiała udowodnić, iż
nie miała udziału w śmierci Millie, szybko jednak odrzuciła od
siebie te myśli.
Później
będzie się o to martwić.
Póki
co musiała wrócić do mieszkania i zająć się Julie.
Spędziła
całą noc przy jej łóżeczku, wpatrując się martwym wzrokiem w
przestrzeń i przetrawiając to wszystko. O świcie zdobyła się na
to, by podnieść z podłogi w przedpokoju swój telefon i napisać
krótką wiadomość do Andreasa.
Millie
nie żyje. Nic nie mów Karlowi. Julie ma się dobrze, zajmuję się
nią. Błagam, wracajcie szybko.
Nie
czekając na jakąś jego odpowiedź, wyłączyła telefon i wróciła
do małej. Julie przespała spokojnie całą noc, ale Izzy nie była
w stanie pójść w jej ślady. Czuła zmęczenie, jednak zmęczenie
z rodzaju tych, które nie pozwalają człowiekowi zamknąć oczu i
przenieść się w krainę snów. Właśnie dlatego przesiedziała te
kilka godzin i ocknęła się dopiero, gdy słońce wlało się do
pokoju, oświetlając całe jego wnętrze.
Dzień
zaczął się nieoczekiwanie i równie nieoczekiwanie zaczął
dobiegać końca. Izzy powinna była pójść na uczelnię, nie mogła
jednak tego zrobić, bo musiała zostać z małą. Starała się
zajmować nią jak najlepiej i robiła wszystko, by Julie nie usnęła.
Bała się, że gdy już straci wszelkie nieśpiące towarzystwo, to
zaatakuje ją fala myśli.
Nie
mogła myśleć o Millie.
Nie
mogła, bo to uaktywniłoby w niej całą gamę uczuć, na których
przeżywanie nie była gotowa. Starała się jak mogła odsunąć od
siebie wspomnienia wczorajszego wieczora, tamtego momentu, gdy
znalazła Millie po przedawkowaniu narkotyków, tamtego momentu, gdy
Millie umierała w jej ramionach.
Wstrząsnęła
się gwałtownie i przetarła twarz dłońmi.
Był
wieczór, po dniu pełnym wrażeń Julie usnęła, a Iz miała
wrażenie, że zaraz wyjdzie z siebie i stanie obok.
Jeszcze
nigdy nie czuła się tak źle we własnej skórze.
Jeszcze
nigdy samotność i brak towarzystwa tak bardzo nie dawały jej się
we znaki.
I
jeszcze nigdy nie odczuła takiej ulgi i takiego szczęścia, gdy
usłyszała dźwięk otwierających się drzwi.
Nie
mogąc się powstrzymać, zmierzyła od razu do przedpokoju, by
spotkać się z nimi jak najszybciej. Pierwszą osobą, która weszła
do mieszkania był Andreas.
Gdy
tylko ją zobaczył, dostrzegła niepokój i lekkie oszołomienie na
jego twarzy. Znaczyło to chyba, że odczytał wiadomość.
A
Karl znajdujący się za jego plecami był spokojny i opanowany jak
zawsze, co z kolei musiało świadczyć o tym, że Wellinger
faktycznie o niczym mu nie powiedział.
W
takim razie ona musiała to zrobić. Teraz.
-Karl
– zaczęła lekko drżącym głosem, podczas gdy on zdejmował buty
i próbował gdzieś powiesić wieszak ze swoim kombinezonem
osłoniętym pokrowcem.
-Możesz
potrzymać? - spytał Wellingera i nie czekając na odpowiedź,
wcisnął mu do rąk wieszak. Zaraz potem zabrał się do zdejmowania
zimowych ubrań. Na nią nie zwracał uwagi, jakby nie usłyszał, że
się odezwała.
W
sumie było to całkiem prawdopodobne.
-Karl,
musisz o czymś wiedzieć – powiedziała dużo głośniej, na co on
spojrzał na nią z lekkim roztargnieniem.
-Iz,
możemy pogadać później? Nawet nie zdążyłem wejść, chciałbym
się umyć, coś zjeść, zobaczyć się z Julie...
-Julie
śpi. A umyć i tak się nie możesz, policja zabezpieczyła wannę
jako miejsce zbrodni.
Nie
mogła uwierzyć, że naprawdę to powiedziała. Przecież miała
zrobić to delikatnie, a nie wyjeżdżać z grubej rury, prawda?
Cóż,
najwyraźniej to było silniejsze od niej. Przełknęła ślinę i
czekała na rozwój wydarzeń.
Karl
wyprostował się i wbił w nią pełne niezrozumienia spojrzenie.
Andreas tylko stał bez słowa, patrząc na nią i nie wtrącając
się w żaden sposób.
-O
czym ty mówisz? - spytał Karl, po chwili milczenia. Serce jej
mocniej zabiło ze strachu.
Zebrała
się w sobie i po prostu powiedziała okrutną prawdę, bez owijania
w bawełnę. Nigdy przecież nie była dobra w kłamaniu.
-Millie
nie żyje, Karl.
Po
tych słowach zapadła długa, ciężka cisza. Karl wytrzeszczył
oczy na siostrę i trwał tak przez chwilę, bez słowa.
A
potem się zaśmiał. Krótko i bez krzty radości. Było to raczej
prychnięcie niż śmiech, a gdy kręcił głową, Iz zrozumiała, że
brat po prostu jej nie uwierzył.
-Bardzo
zabawne – stwierdził tonem, który świadczył o tym, że nie
uważał tego za ani trochę zabawne – Gdzie ona jest?
-Pewnie
gdzieś w prosektorium – wtrącił się Wellinger z tą swoją
zwyczajową nutą kpiny w głosie. Izzy posłała mu pełne wyrzutu
spojrzenie.
Nienawidzili
Millie, oboje, ale jak on mógł tak po prostu żartować z jej
śmierci?
Izzy
poczuła, że ten żart ubódł ją prosto w serce. Zwłaszcza, że
siedziała przy Millie i patrzyła na jej powolną śmierć.
Zwłaszcza,
że usłyszała historię jej życia, która poruszyła ją głęboko
w środku i nie pozwoliła tak całkowicie bezwzględnie oceniać
postępowania czerwonowłosej.
-Karl,
wróciłam wczoraj do domu i znalazłam ją w łazience …
Wstrzyknęła sobie heroinę, było już za późno. Ja …
zadzwoniłam od razu po karetkę, siedziałam przy niej, ale nic się
już nie dało zrobić. Przeprosiła mnie. Powiedziała, że zawsze
Cię kochała i bardzo żałuje, że …
-Nie
wierzę w to, rozumiesz? - przerwał jej Karl. Teraz i jemu drżał
głos, a na jego twarzy malowały się zaciętość i bunt.
Nic
dziwnego, że nie chciał uwierzyć. Nie była tym zaskoczona.
-Możesz
zadzwonić do szpitala i się przekonać – powiedziała cicho, po
czym podała mu swój telefon. Wziął go bez słowa i zniknął w
głębi mieszkania.
Zostali
sami, ona i Wellinger. Izzy pociągnęła nosem, choć nie płakała
i objęła się mocno ramionami, pragnąc zapanować na drżeniem
całego ciała. Gdy w końcu uniosła głowę, natrafiła na jego
spojrzenie.
-Nie
masz żadnych pytań? - zapytała - Nie chcesz znać szczegółów?
Wzruszył
ramieniem.
-Wiem
chyba wszystko, co powinienem wiedzieć – stwierdził. Nie mogła
uwierzyć jak lekceważąco zabrzmiał jego głos.
Naprawdę
aż tak niewiele go to obeszło?
Naprawdę
potrafił przejść tak obojętnie obok czyjejś śmierci?
Chciała
coś powiedzieć, może nawet wyrzucić mu, że jest nieczułym
draniem, jednak przeszkodziło jej ponowne pojawienie się Karla w
korytarzu.
-Nic
nie rozumiem – mruknął, spoglądając na nią. Zbladł i
wyglądał, jakby zbierało mu się na wymioty – Nic, kompletnie
nic nie rozumiem, Iz …
-Karl,
wszystko Ci wytłumaczę – zaczęła, jednak nie dane było jej
skończyć, bo on jej przerwał.
Wypowiadając
słowa, które zburzyły wszystko.
-To
Twoja wina.
Było
tak, jakby wypowiedź Karla zmieniła się w pięść, a jej cały
świat w szklaną szybę.
W
chwili, gdy pięść zderza się z szkłem to ono rozsypuje się na
drobne kawałki.
Jej
świat też się rozsypał.
A
razem z nim ona.
-Karl
… - szepnęła słabo, ale on nie dał jej skończyć. Na jego
twarzy odmalował się złowrogi, szyderczy uśmieszek, który miał
przecież zamaskować ból i rozpacz.
-Od
początku jej nie cierpiałaś i robiłaś wszystko, żeby jej
zaszkodzić … zawsze. Nienawidziłaś jej. I nawet jeśli to ona
sama … Ty nie zrobiłaś nic, by jej pomóc. Tylko stałaś i
patrzyłaś jak umiera.
Rozmiary
szoku rosły wraz z każdym kolejnym jego słowem. Izzy kręciła
głową, nie mogąc uwierzyć i nawet Wellinger stał w miejscu,
kompletnie oszołomiony.
-To
wszystko Twoja wina. To przez Ciebie ona … - Karlowi załamał się
głos. Milczał przez chwilę, również kręcąc głową, a każde
jego słowo brzmiało echem w głowie Izzy, doprowadzając ją do
szaleństwa. Myślała, że usłyszała już od niego najgorsze.
Pomyliła
się.
Karl
uniósł głowę i wbił w nią twarde spojrzenie. A potem z jego ust
wydostały się dwa ostatnie słowa, które wbiły się prosto w jej
serce, niczym sztylet, łamiąc je na kawałki.
-Nienawidzę
Cię.
Uciekła
nim zdołał ją zatrzymać.
Karl
zniknął w swoim pokoju i zamknął się na klucz. Andreas miał
wielką ochotę powiedzieć mu parę rzeczy, jednak nie chciało mu
się krzyczeć przez zamknięte drzwi. Poza tym, Izzy była teraz w
znacznie gorszej sytuacji niż jej brat, więc zdecydował się pójść
za nią.
Nawet
nie zastanawiał się, gdzie mogła uciec, tylko od razu zmierzył na
dach. Oczywiście, nie pomylił się. Była tam, siedziała skulona,
niczym kupka nieszczęścia.
Podszedł
bliżej i stanąwszy przy niej, odezwał się cicho:
-Izzy.
Drgnęła
na dźwięk jego głosu i przytknęła rękę do twarzy. Drżała na
całym ciele i choć nie widział jej twarzy, mógłby przysiąc, że
płakała.
Nie
zastanawiał się dwa razy. Zrobił krok do tyłu, a potem gwałtownie
usiadł tuż za nią, przyciągając ją do siebie, a nogi układając
po obu stronach jej ciała. Nie zaprotestowała; przylgnęła plecami
do jego klatki piersiowej, a on objął ją mocno ramionami.
Teraz,
gdy była tak blisko, czuł wyraźnie, że drży.
-Izzy
– powtórzył.
Pokręciła
głową, zaciskając mocno powieki, jednak to nie powstrzymało
potoku łez, które po raz kolejny zalały jej policzki.
-Nie
płacz, proszę – wyszeptał jej prosto do ucha, wtulając twarz w
jej ciepłą szyję.
-On
mnie nienawidzi.
Jej
głos był bardzo cichy i słaby, lekko zachrypnięty i nabrzmiały
łzami. Pociągnęła nosem, a on odpowiedział z przekonaniem:
-To
nieprawda.
-Sam
to powiedział. Przecież słyszałeś.
Tym
razem w jej głosie pobrzmiewały rozżalenie i ból. Oparł brodę o
jej ramię i westchnął cicho.
-Izzy,
on jest w szoku. Wcale tak nie myśli.
-Ale
miał rację – upierała się, co chwila pociągając nosem, a łzy
wypływały z jej oczu z każdym mrugnięciem – To ja jestem temu
wszystkiemu winna … nie pomogłam jej.
Zdawała
sobie chyba sama sprawę jak bardzo irracjonalne jest to co mówi,
ale w tym momencie czuła się tak źle, że była w stanie wziąć
na siebie całe zło tego świata. Andreas westchnął ponownie i
pokręcił lekko głową.
-Pomogłaś.
Przecież wezwałaś karetkę.
-Na
pewno dało się zrobić coś więcej.
Jej
upór zaczynał go męczyć. Znowu była tą denerwującą Izzy,
która nie dawała sobie nic powiedzieć, tylko twardo obstawała
przy swoim.
Ale
jednocześnie była przecież Izzy, na której mu zależało i musiał
być teraz przy niej.
-Iz,
ona wstrzyknęła sobie heroinę – wyjaśnił jej spokojnie, bez
najmniejszej nuty zniecierpliwienia w głosie – Nawet lekarze już
by jej nie pomogli, a co dopiero Ty.
Jego
argumenty były słuszne, trafiały do niej całkowicie.
A
jednak podjęła ostatnią próbę udowodnienia swojej winy.
-Ale
siedziałam razem z nią w jednym mieszkaniu, powinnam była
zauważyć, że coś jest nie tak, zrobić coś, cokolwiek...
-Przestań
już, słyszysz? Millie umarła na własne życzenie. Nie masz
najmniejszego prawa, by się obwiniać.
-Ale
Karl …
-Wiem
– przerwał jej łagodnie, ale jednocześnie stanowczo, tonem
ucinającym wszelką dalszą dyskusję – Nie myśl już o tym,
uspokój się.
Izzy
westchnęła cicho, ale już nic nie powiedziała. Poruszyła parę
razy głową, aż wreszcie znalazła najwygodniejszą pozycję i
ułożyła ją tuż przy jego obojczyku. Przytulił policzek do jej
barku i wpatrzył się w rozciągającą się przed nimi panoramę
miasta.
Zaczynał
właśnie odpływać myślami gdzieś daleko od tego miejsca, gdy jej
cichy głos sprowadził go do rzeczywistości.
-Andreas
…
-Hmm?
- mruknął.
-Dobrze,
że jesteś.
Pozwolił
sobie na lekki uśmiech, ale nie odpowiedział.
A
ona zamknęła oczy, pragnąc odgrodzić się od tych wszystkich
wydarzeń ostatnich dwóch dni.
Zasnęła,
czego nie zauważył od razu.
Ale
gdy już to do niego dotarło uświadomił sobie, że Izzy miała to
do siebie, że uwielbiała zasypiać w takiej właśnie pozycji, w
czyichś objęciach. I nagle uświadomił sobie, że przecież tak
musiało wyglądać całe jej dzieciństwo. Każdą noc naznaczoną
strachem i cierpieniem rozpraszały wątłe, ale pełne niezwykłej
miłości i ufności ramiona starszego brata. I te ramiona wciąż
były jej potrzebne mimo upływu lat i mimo że prawdopodobnie Izzy
nie przyznałaby się do tego nawet przed samą sobą.
Mogła
wydawać się silna, ale było w niej wiele słabości, które
spojone razem nie pozwalały jej wygrać z trudną rzeczywistością.
Mogła
odrzucać miłość, ale potrzebowała kogoś, kto poda jej rękę
albo zwyczajnie utuli ją do snu, tak jak to niegdyś robił jej
brat.
I
mogła się bać … zaufania drugiej osobie, pokochania jej,
otworzenia się przed nią całkowicie.
Jednak
wiedział doskonale, że znacznie bardziej bała się samotności.
Tak
samo jak on.
Siedzieli
razem dobrą godzinę, milcząc, a ponieważ byli tak blisko siebie,
Andreas na długą chwilę zapomniał, że przecież jest luty, a oni
znajdują się na zewnątrz i nie mają na sobie kurtek. W końcu
jednak zimno zaczęło dawać o sobie znać, a wtedy poruszył się i
cicho zwrócił jej uwagę, że może powinni już wrócić do
mieszkania. Gdy nie odpowiedziała, potrząsnął nią lekko.
I
dopiero wówczas uświadomił sobie, że spała.
Na
początku zachciało mu się śmiać. Gdy już zapanował nad tą
pokusą, pomyślał, że dobrze byłoby ją obudzić.
Ale
wtedy przypomniał sobie, że Izzy wyrwana nagle ze snu była
najbardziej nieznośną wersją samej siebie i postanowił dać jej
spać.
Teraz
tylko pozostawała kwestia przeniesienia jej do ciepłego łóżka.
Bardzo
powoli odsunął się od niej i wstał.
Była
kompletnie bezwładna, a przez to stała się jakby cięższa niż
normalnie. Uniósł ją delikatnie, choć nie bez wysiłku, jedną
ręką obejmując jej plecy, drugą układając pod kolanami. Jej
głowa opadła na jego pierś.
Izzy
mruknęła coś pod nosem i poruszyła ręką. Sekundę później
poczuł jej palce, wczepiające się w jego koszulkę.
Nie
doczekał się jednak żadnej innej reakcji z jej strony, więc
ruszył w stronę schodów. Schodził po nich powoli, starając się
nie wykonać żadnego gwałtowniejszego ruchu, który mógłby
zbudzić śpiącą dziewczynę.
Odczuł
ulgę, gdy w końcu zatrzymał się przed drzwiami ich mieszkania,
ulgę, która minęła bardzo szybko, bo też bardzo szybko
uświadomił sobie, że jego szanse otworzenia drzwi są raczej
znikome. Pochylił się lekko, starając się zahaczyć łokciem o
klamkę i jakoś sprostać temu trudnemu zadaniu. Spróbował parę
razy.
Nic.
Klamka
za każdym razem odskakiwała, a on stracił już wszelką
cierpliwość. Właśnie nachylał się w stronę dzwonka, gdy
nieoczekiwanie drzwi same się otworzyły i Andreas stanął twarzą
w twarz z Karlem.
Na
jedną krótką chwilę czas jakby się zatrzymał. Ich spojrzenia
się spotkały i Wellinger ujrzał na twarzy Karla lekkie
zaskoczenie.
A
potem zauważył, że jego oczy są zaczerwienione od płaczu.
-Zasnęła
– powiedział krótko. Karl nic nie odparł, jedynie odsunął się,
wpuszczając go, a gdy Andreas wszedł do środka, zamknął za nim
drzwi.
Andreas
już nic nie mówił, jedynie od razu skierował się do swojego
pokoju. Tam ułożył Izzy w łóżku, okrył kołdrą i właśnie
miał zamiar wrócić do Karla, by zamienić z nim w końcu chociaż
dwa słowa o tym wszystkim, co się stało, gdy napotkał opór.
Izzy
wyciągnęła rękę i złapała go za nadgarstek.
Spojrzał
na nią z lekkim zaskoczeniem. Rozchyliła nieznacznie powieki,
prawie całkowicie nieprzytomna i poruszyła wargami, a wtedy
usłyszał:
-Nie
… czekaj.
Odwrócił
się w jej stronę i przykucnął przy łóżku. Izzy mrugała
delikatnie, jakby próbując się rozbudzić, ale jej ucisk na jego
ręce zelżał i Andreas zdał sobie sprawę, że tak naprawdę
dziewczyna jest blisko ponownego zaśnięcia.
-Wiesz,
że śpię na kanapie – przypomniał jej, choć nie był
przekonany, by w tej chwili w ogóle cokolwiek do niej docierało.
Westchnęła
cicho i wymruczała:
-Ale
… to jest przecież dwuosobowe łóżko, Ty głupku.
Zaśmiał
się krótko, kręcąc głową z rozbawieniem.
-Skoro
tak mówisz.
Przecież
i tak nie lubił spać na tej starej, niewygodnej kanapie, prawda?
Wiecie co jest
najlepsze? Wprawdzie te słodziaszne sceny między Iz a Wellim miałam
napisane już chyba 2 miesiące temu, ale tak ogólnie to ten
rozdział napisałam tego samego dnia, gdy napisałam i dodałam
poprzedni… Tego samego dnia pisałam też Krzysia... To był długi
dzień i dużo pisania ;p
A poza tym to jest mój nowy rekord długości i jak dobrniecie do końca to wielkie brawa dla Was ^^
Za zaległości przepraszam. Bardzo bardzo. Skończyły się ferie, skończyło się opieprzanie ... do weekendu i wtedy wszystko nadrobię :)
Kocham Was <3
Rozdział może i najdłuższy za to mój komentarz będzie chyba najkrótszy, bo nadal mam wielką pustkę w głowie.
OdpowiedzUsuńNie jest mi jakoś szczególnie smutno po śmierci Millie, w końcu od początku na to czekałam, bo trudno lubić kogoś, kto krzywdzi moją Izzy, nawet Karl stracił moją sympatię, więc ta czerwonowłosa wywłoka była bez szans.
Choć ta rozmowa przed jej śmiercią w jakiś sposób mnie poruszyła, może nie tak jak powinna, bo głównie mam na myśli ten fragment związany z Wellingerem. I jej słowa na temat Karla...
Może gdzieś tam w niej tkwiło coś dobrego. No bo nie chciała stracić dziecka i wymogła na Izzy obietnicę dotyczącą Julie...
Dobra, dobra, już nic więcej na jej temat, bo to zmierza w niebezpiecznym kierunku.
Za to Karl... wiesz, mam teraz w głowie te słowa, które on wypowie za niedługo i nie wiem czy Izzy mu wybaczy, ale ja na pewno nie. I mu tego nie zapomnę. Wszystko wszystkim, ale to, co on odpierdolił w tym rozdziale, absolutnie go skreśliło w moich oczach i koniec.
Welli w tej końcówce, te jego przemyślenia i zachowanie w stosunku do Izzy... gdybym go nie kochała od ponad roku, to teraz bym na pewno się w nim zakochała. To jest chyba najlepiej stworzony bohater ever.
No i na wypadek gdybyś zapomniała, to przypomnę Ci, że jesteś geniuszem.
Kocham <333
Mam taką wielką pustkę...
OdpowiedzUsuńWiesz jak ja cię kocham? Jesteś moim kochanym geniuszem <333
I nie skomentuje tego, tak jak chciałam, ale trzeba próbować, nie?
Naprawdę nie szkoda mi Millie, ale jednak jakaś cząstka mnie potrafi jej wybaczyć wszystko co zrobiła. Bo chciała dobra Karla, Iz, Wellingera i Julie. A to do czegoś zobowiązuje.
I te jej słowa... Naprawdę były miłe. No, w jakimś stopniu.
A Iz? To jak potraktował ją Karl jest nie do pomyślenia. A Welli? Andi spisał się na medal, który trzeba mu będzie dać.
Karl, Karl, Karl... Jesteś durniem! Jak mogłeś powiedzieć, że nienawidzisz siostry? I że to przez nią? Dureń! Nic cię nie usprawiedliwia.
A Andreas zachował się jak należy. Z tym jego ironicznym podejściem do życia, ale zawsze dobrze trafionym. A tego jego myśli o Izzie były urocze i słodkie.
A te ich sceny- awww <3333
I ta stara, niewygodna kanapa xD
I jeszcze raz powtórzę, że cię kocham, bo to, co piszesz to same cuda i dzieła sztuki, z którymi ostatnio jestem zmuszona się stykać.
Geniuszu mój! <3333333
Genialne, genialne i jeszcze raz genialne. Poprawiłaś mi humor, bo wcześniej czytałam twój blog związany w Maćkiem i jakoś mi tak smutno było. Nie znosiłam Millie ale teraz gdy to czytałam to zrobiło mi się smutno że umarła. Nie lubię w opowiadaniach śmierci. A teraz wracając, Iz i Welli <3 trochę za mało słodyczy ale już się przyzwyczaiłam :D Czekam z niecierpiwością co się wydarzy dalej ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
jezu, najlepsze opowiadanie EVER <3<3<3
OdpowiedzUsuńBrak mi słów, żeby opisać ten rozdział, brak mi słów, żeby opisać w ogóle całe to opowiadanie. Bije na głowie wszystkie inne, bez wyjątku. Czekam z utęsknieniem tylko na kolejne rozdziały!
Po prostu, jak widzę nowy rozdział to od razu zaczynam go czytać, pochłaniam twoje kolejne zdania, niewiarygodne, że piszesz coś tak cudownego! MASAKRA! <3
Okej, nie przepadałam za Millie. Ale zrobiło mi się jakoś smutno, gdy umarła. Nie była taka zła, jakby się wydawało. Aczkolwiek sama się władowała w takie g#wno. Jestem zszokowana tym, jak Karl się zachowuje. Owszem, kochał ją, ale nie sądzę, by Izz go obwiniała za śmierć Wellingera(oczywiście gdyby byli w takiej sytuacji.) W sumie to nie dziwię się, że Andreas zareagował w ten sposób. Uprzykrzyła im życie.
OdpowiedzUsuńA scena Izz z Wellim cudo <3 no i oczywiście podziwiam za tak długi rozdział!
Pozdrawiam :)
tak, wszyscy dodają nowe rozdziały, a ja nie mam siły, żeby ich skomentować :(
OdpowiedzUsuńwrócę tu, słonko, przecież wiesz.
ale nie teraz :(
przepraszam.
Skarbie mój...
OdpowiedzUsuńPrzepraszam za ten komentarz, za to jaki on będzie, ale na pewno będzie z głębi serca.
Wiesz, nie znosiłam Millie, kiedy się wydało pod ostatnim rozdziałem, że ona nie przeżyje to może czułam małą satysfakcję.
Czułam, że to wszystko może ułożyć się lepiej gdy tej czerwonowłosej wariatki zabraknie.
Ale teraz łzy mi pociekły...
Przez tą scenę w wannie. Niby taką krótką, a zmieniającą mój pogląd na sprawę. Bo w obliczu śmierci wszyscy są równi. Każdy jest po prostu cholernym zwykłym człowiekiem.
Który nagle zaczyna myśleć i może zaczyna się bać.
I wszyscy w około też zaczynają myśleć.
Bo przecież taka Millie mogła być szczęśliwą dziewczyną. Poznała wspaniałego faceta-Anioła, który ją przygarnął, dał jej samego siebie, był
gotów zostać ojcem dla jej dziecka.
A i to nie wystarczyło.
Kto wynalazł tę wszystkie dragi i
prochy? Czemu niszczą kolejnych ludzi. Skąd biorą się Ci, którzy je
sprzedają?
Nie wiem czemu zadaję tutaj te pytania
Słońce. Poraziłaś mnie prawdą o życiu
zawartą w tym odcinku.
Teraz Karl.
Boję się co będzie gdy to wszystko do
niego dotrze, zacznie to akceptować. Na razie on odrzuca fakty, traktuje wszystko jak kpinę.
A potem krzyczy siostrze, że jej
nienawidzi. Nie oskarżam go o to, nie
winię. Cholernie mi go żal, tyle.
Oby w desperacji gdy dojdzie do niego,
że nie odzyska ukochanej, nie
zapragnął się z nią spotkać w
zaświatach.
Może taka paranoiczna obawa, ale
wiesz Kochanie, że znamy Cię i z
bardzo okrutnej strony^^
Sama siebie też znasz.
Nie zrób nic Aniołkowi, on jest taki
dobry. I zrozumie z czasem, że
krzywdził Izzy.
Nie szybko, może dopiero za lata. Ale z
pewnością.
I sama dziewczyna...
Andi ma rację. Zrobiła wszystko co mogła, przynajmniej w ostatecznym momencie. Nie może się obwiniać o śmierć Millie.
Jasne, pewnych niedopatrzeń, zaniedbań można się dopatrzeć, ale to już było wcześniej.
Ja też nie wpadłabym na pomysł z celowym samobójstwem.
Raczej obstawiałam długie, a wręcz wieczne branie na litość i pasożytowanie.
Więc panna Geiger, która nie jest psychologiem też ma do tego prawo.
Myślę - dość paradoksalnie- że podejście Wellisia do sprawy jest najwłaściwsze.
Z prosektorium przegiął, fakt, ale w ogólnej postawie jest lepszy od Izz.
I ogólnie ucieszył mnie strasznie tym, że chce powiedzieć Karłowi kilka słów prawdy.
A o tym jednym łóżku to powinnam pisać komentarz w innym nastroju<3
Mądra Izzy, wreszcie zrozumiała jaki to zaszczyt spać z Pieszczoszkiem<3
Ty nawet nie wiesz, co ze mną ostatnio to określenie robi, przez blogowe opowiadania.
Zdaj sobie z tego sprawę, bo pan od Eurosportu raczej tego nie zrobi.
Niech oni już zostaną w tym pokoju tacy wtuleni na zawsze<3<3
Koniec niegramatycznego pieprzenia.
Ale ty wiesz, że to z miłości?
Kocham Izzy i Pieszczocha.
A po tytułach kolejnych rozdziałów nic się nie mogę domyśleć, co z nimi.
Każdy prowadzi mnie na inny trop.
Trzymaj się Skarbie i dużo siły do matury<3
Jesteś genialna i sobie że wszystkim poradzisz.
Koooocham Cię:*
Jeju, jesteś zbyt cudowna, zeby być prawdziwa, naprawdę.
UsuńUwielbiam Cię.
I baaardzo Ci dziękuję, a jednocześnie bardzo przepraszam, bo mam u Ciebie zaległości, ale ta szkoła, brrr ...
Wpadnę tam, jak najszybciej.
Karla nie tknę, ale reszty ... nic nie mówię :)
Trzymaj się. Dziękuję jeszcze raz, bardzo, bardzo.
Kocham Cię <33
Nie uśmiercaj ich błagam cię ! Może nie skończyć się cudownie to opowiadanie ale jak ich uśmiercisz to ja chyba uśmierce siebie :<
UsuńMogę zapewnić, że zakończenie będzie szczęśliwe - naprawdę! - i absolutnie nieprzewidywalne,także bez smutania, będzie pięknie, przysięgam <3
UsuńKarl w końcu zrozumie. On potrzebuje jedynie czasu, musi ochłonąć, pogodzić się z zaistniałą sytuacją, przejść przez wszystkie fazy żałoby. Ale w końcu zrozumie. I potem znowu będzie w stanie zacząć odbudowywać relację z Izz, kto wie, może będę ze sobą jeszcze blizej, niż byli wcześniej?
OdpowiedzUsuńPotrzeba jedynie czasu.
Izz i Welli, awwwww <33
To takie szupcio, że aż nie mam słów <33
To to jest piękne! Takie uczuciowe i pełne wrażeń :-) Karl źle się zachował ale jest w szoku ! Welli taki slodziak :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i zapraszam do siebie :)
Specjalnie dodałaś ten rozdział tak późno. Wszystkie sople mi stopniały, czym ja mam teraz tego idiotę Geigera zadźgać w taki sposób, żeby nie zostawić po sobie śladów?
OdpowiedzUsuńChociaż nie zrobiłabym tego, chyba. Mam za dobre serce, niestety.
Tak jak biedna Izzy! Robiła co mogła, w tamtym momencie nie dało się zrobić nic więcej, a i tak jej się dostało. I to od kogo? Od brata, który zawsze był dla niej opoką! Millie na pewno nie chciałaby, żeby Karl obwiniał siostrę o jej śmierć, prawda?
Szkoda, że dopiero na łożu śmierci zdołała zmienić moje zdanie o niej. Teraz mi głupio, bo po przeczytaniu poprzedniego rozdziału to czułam jakąś taką ulgę, że już jej nie będzie...
Ale dobrze, że Pieszczoszek jest^^
I może nie powinien rzucać tym głupim żartem o prosektorium, ale nerwy mu puściły, nie dziwię mu się. Też straciłabym cierpliwość przy takim Karlu.
Dobrze, już nie psuję sobie nastroju Karlem.
Izzy i Andreas są razem tacy cudowni! <3 Jak dobrze, że również to dostrzegłaś i postanowiłaś ich ze sobą "spiknąć"^^
Tylko, że... no właśnie. U Ciebie nic cudownego nie może trwać wiecznie :( Mówiłaś, że zginą dwie osoby, a jak na razie zginęła jedna... i skoro mówisz, że Karla nie tkniesz to śmiem snuć niecne domysły, które psują mi tą całą miłosną atmosferę. Dobra, nieważne... Ważne, że teraz między nimi jest dobrze.
A tak zmierzając powoli do końca...
Wiedz, że nie dam Ci mojego zdjęcia, bo ołtarzyk stanie u mnie! I będzie poświęcony Twojej osobie! Mogę go nawet wyrzeźbić w ścianie, żeby był trwalszy.
Mówiłam Ci już, że słowo "geniusz" zrobiło się nudne. To może powiem o tobie FENOMEN! Tak, to jest dobre słowo :D Jesteś fenomenalna i nigdy Ci nie dorównam, a Ty nie daj sobie wmawiać potworom Twojego umysłu, że jest inaczej, jasne? :*
No.
Jak zwykle mój komentarz ani w małym ułameczku nie pokazuje tego co naprawdę czuję po przeczytaniu tego rozdziału. Szkoda, bo może w końcu byś zrozumiała jak jesteś wspaniała w tym co robisz i przestała się przede mną uniżać. Za skromniutka jesteś.
Okej, ja miałam zmierzać do końca.
A więc kończę.
Trzymaj się <3 :*
W TAKI TO SPOSÓB MADZIA UCZY SIĘ WOSU.
OdpowiedzUsuńCHOLERO MOJA JEDNA <3
A głębszy komentarz dostaniesz, gdy będę mieć troszeczkę wolnego czasu.
Ale przecież wiesz, że kocham ten rozdział.
I Ciebie przede wszystkim <3
Nie wiem dlaczego, ale zawsze większą sympatię miałam do Andiego niż Karla w Twoim opowiadaniu. Niby na początku Andi był strasznym dupkiem, a Karl był zawsze w porządku, ale według mnie nie był ok wobec Izzy.
OdpowiedzUsuńA w ogóle to jesteś okropna, że zawsze ucinasz rozdział tam, gdzie robi się największe napięcie i potem nie mogę doczekać do następnego :D
Pozdrawiam ;))
Jestem, jestem! I powiem ci, że zua jesteś. Bardzo zua. I będziesz jeszcze bardziej zua, tak czuję, po tej naszej rozmowie kiedyś, kiedyś na gadu. Tylko jakoś nie potrafię cię przez to znielubić, mimo że mi bohaterów mordujesz z zimną krwią!
OdpowiedzUsuńAle do rzeczy, do rzeczy!
Nie potrafię zrozumieć postępowania Millie. Może nie chcę? W każdym razie w moim rozleniwionym, jeszcze zaspanym rozumku nie mieści się, dlaczego dziewczyna zdecydowała się na taki krok. Tak. Miała problemy, ale kto ich nie ma? Czy to znaczy, że wszyscy mamy się zabijać? Ja wiem, wiem. Ona miała większe. Może słabsza psychika, poczucie winy, brak wsparcia tu się dołożyły?
Tylko, że wsparcie to ona miała. Od Karla. I w ogóle chłopak bardzo mnie wkurzył. Jak mógł powiedzieć te wszystkie słowa swojej siostrze? Cała sytuacja musiała nim wstrząsnąć, ale to w żaden sposób go nie usprawiedliwia. Cholera! Biedna Izzy. Nie dość, że była świadkiem śmierci, to jeszcze została tak brutalnie potraktowana przez kogoś, na kogo zawsze mogła liczyć. Dobrze, że chociaż Andreas zachował się jak trzeba. Przegiął z ta kostnicą, ale też jego zachowanie było takie najbardziej racjonalne. Dzięki temu mógł się zająć Izzy. Scenka między nimi - urocza :* Podziwiam cię za nią, za całą atmosferę, którą genialnie umiesz między nimi budować. Bo w jednej chwili się nienawidzą i traktują jak powietrze, a w następnej są dla siebie wszystkim, niewyobrażalnym oparciem. To było genialne. Biję za to pokłony przed tobą.
I nie lubię cię za to zakończenie. Ja chcę się dowiedzieć, co wydarzy się dalej. Nie tylko między I&A, ale też co zrobią z małą Julką? Przecież dziewczyna zobowiązała się do opieki nad nią.
Cóż, czekam na kolejny rozdział
Pozdrawiam :*
http://ostatni-upadek.blogspot.com/
Ojej, ojej... jestem w szoku! Nie sądziłam, że ona naprawdę umrze. Byłam przekonana o tym, że jednak ją uratują, a tu taki zwrot akcji! Nie darzyłam Millie sympatią, co było przecież jej zadaniem jako czarnego charakteru, ale to jednak świeżo upieczona matka i jakoś tak... Co teraz będzie z tym biednym dzieciątkiem? To chyba najsmutniejszy rozdział jaki u Ciebie przeczytałam, i faktycznie był też długi. Karl zachował się jak na osobę w szoku przystało — najpierw niedowierzanie, później wielka furia, tylko nie wiem dlaczego przyczepił się Izzy. Nie miał prawa. Działał pod wpływem emocji, co często kończy się długotrwałym uprzedzeniem do siebie takiego rodzeństwa. Jestem ciekawa jak to się dalej potoczy. Stosunki Izzy z Wellingerem weszły na wyższy poziom, widać, że się nawzajem rozumieją i potrzebują, a to mnie cieszy :) Życzę Ci dużo weny i czasu, rozdziel go odpowiednio na naukę i pisanie :) Buziaki!
OdpowiedzUsuńJestem po prostu w szoku po przeczytaniu tego rozdziału.Nie spodziewałam się,że Milli w obliczu śmierci będzie taka miła i szczera,Izz tak się obwinia o tą śmierć,a przecież to nie jej wina,ona starała się jej jeszcze pomóc.Uważam,że Karl źle zrobił obwiniając o to wszystko swoją siostrę,ale z jednej strony go rozumiem stracił swoją miłość.Dobrze,że miał kto pocieszyć Izz,Wellineger jest genialny,objawia się u niego tyle troski.Jak przytulał ją na tym dachu,albo zanosił ją śpiącą do domu i uśmiechałam się do monitora jak głupia.A na dodatek jeszcze oni śpią sobie w jednym łóżku jak to musi być słodki widok.Ciekawe jak to wszystko będzie wyglądać,i najważniejsze kto będzie się opiekował mała Julie,bo przecież Izzy ma studia a chłopaki zawody.Mam nadzieję,że Karl wybaczy swojej siostrze,a Andreas i Izzy będą ze sobą szczęśliwi,bo oni są ze sobą tacy słodcy.
OdpowiedzUsuńCzekam z niecierpliwością na nowy i życzę weny.
ps.Twoje opowiadanie to świetny materiał na książkę. :)
Do samego końca byłam przekonana że Millie jednak przeżyje ... że ją uratują. A tu takie zaskoczenie. Mimo wszystko to dobrze że wyznała całą prawdę, mimo że jej zachowania nie pochwalam. Podziwiam Izzy że po takim wydarzeniu się nie załamała ... do tego słowa jej brata ... ech. Podobnie jak Andreas uważam że Karl wypowiedział je w szoku i zapewne chwile potem ich żałował. Mam nadzieję że szybko się opamięta i zrozumie jak ranił swoją siostrę. No cóż ... a Andi i Izzy co raz bardziej się do siebie zbliżają :)
OdpowiedzUsuńKarl to naprawdę idiotokretynomatołobeznadzieny facet, wiesz? Wiem, że stworzyłam nowe obraźliwe słowo...:D ale nie mogłam w to uwierzyć, że ten idiota zwalił na biedną IZ winę!!! ona jest przecież niewinna! Ostrzegała go wielokrotnie, że Millie ćpa, a on nic nie zrobił! Dobrze, że ma Wellingera. Teraz to i ja dziękuję za jego bycie. Taki idealny <3 Na miejscu Iz wyprowadziłabym się, gdybym miała ciut pieniędzy, nawet pozyczyłabym od Wellingera może Karl by wtedy cos zrozumiał ;c IDIOTA z niego i tyle.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że dalej bedzie lepiej.
Pozdrawiam serdecznie, czekam prędko na nowość i zapraszam do siebie! :D
Buziaki!
Hej ;) Przeczytałam całość jakiś czas temu i chyba w końcu znalazłam wenę na komentarz :D No właśnie chyba, bo jak przychodzi, co do czego to nie mam pojęcia jak zacząć ^^ Ten Andi nasz to na początku taki niegrzeczny chłopiec był, ale teraz chyba coś skumał i jest lepszy. Ta cała sytuacja życiowa tak na niego wpłynęła, został ojcem i mimo, że na początku wypierał się tego jak tylko mógł to później mała stała się jego oczkiem w głowie ;) I w ogóle jego więzi z Izzy zaczęły się coraz bardziej zacieśniać ^^ Karla mam ochotę zabić, bo tak mnie wkurzył, że masakra. Ja wszystko jestem w stanie zrozumieć, no, ale do cholery...Przecież to nie wina Izzy, ona robiła wszystko, co mogła, nie jest cudotwórcą, żeby ozdrowić umierającą dziewczynę. Chyba powinien to wiedzieć...Nie dziwię się, że się podłamała, bo to jednak za dużo...Ale znalazł się Andi ;))
OdpowiedzUsuń'-Pewnie gdzieś w prosektorium – wtrącił się Wellinger z tą swoją zwyczajową nutą kpiny w głosie.'- wiem, że to poważne, ale w tym momencie parsknęłam śmiechem jak debil. No także tego...;) Kończyć będę :D
W wolnej chwili, jeśli tylko zechcesz zapraszam do siebie: www.wellingerandreas.blogspot.com ;)
Buziaki ;*
Olcia.
Nowy rozdział na http://wellingerandreas.blogspot.com/ zapraszam serdecznie :*
OdpowiedzUsuńMimo że Millie nie była najsympatyczniejszą postacią , to jednak szkoda mi , że umarła . Widać , że pod koniec zrozumiała , gdzie popełniła błędy .
OdpowiedzUsuńNo i strasznie mnie wkurzyło zachowanie Karla , tak jakby Izzie w jakikolwiek sposób przyczyniła się do jej śmierci . Rozumiem , że mógł mieć żal o to , że jej nie uratowała i był w niemałym szoku , ale to go nie usprawiedliwia .
Na szczęście przy Iz znajduje się Wellinger i wydaje mi się , że dogadują się coraz lepiej ^^
Czekam z niecierpliwością na następny ; 3
Pozdrawiam :*
Rozdział drugi na http://wellingerandreas.blogspot.com/ zapraszam serdecznie ;*
OdpowiedzUsuńdziewczyno uwielbiam Cię normalnie <3
OdpowiedzUsuńte opowiadanie jest najlepsze jakie kiedykolwiek czytałam, baaaardzo mi się podoba :)
płakałam jak czytałam niektóre rozdziały, cieszę się, że natrafiłam na twój blog, na te opowiadanie, brak słów by opisać jak bardzo mi sie ono podoba ahh :D
czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział *.*
pozdrawiam
/Pyśka