Izzy potrzebowała dobrych parunastu sekund, by otworzyć oczy i skupić wzrok na stojącym przed nią mężczyźnie.
-Co? - mruknęła sennie, po czym wyciągnęła rękę i przetarła powieki. Obraz jej się wyostrzył, a wtedy uświadomiła sobie, że stojący przed nią mężczyzna to niewątpliwie maszynista. Po dotarciu do celu pewnie sprawdzał wszystkie przedziały i oto znalazł ją.
Zrobiło jej się głupio, gdy uświadomiła sobie, że zasnęła i nie wysiadła z pociągu.
No ale cóż, sama chciała siedzieć w pustym przedziale, gdzie nie było nikogo, kto obudziłby ją w razie potrzeby.
-To już ostatnia stacja – oświadczył z lekkim uśmiechem, który znaczył chyba, że taka sytuacja nie przydarzyła mu się pierwszy raz. Izzy szybko wstała, zdjęła swoją torbę z półki nad siedzeniem, obdarzyła maszynistę pełnym wdzięczności, ale i zażenowania uśmiechem i opuściła pociąg.
Dworzec w Monachium imponował rozmiarami, bogactwem i tłumami ludzi, którzy przeciskali się to w jedną, to w drugą stronę, śpiesząc się do swoich obowiązków. Izzy zawiesiła sobie torbę na ramię i powolnym krokiem ruszyła w bliżej nieokreślonym kierunku. Właściwie to nie wiedziała, gdzie jest wyjście, ale też wcale jej się nie śpieszyło. Mogła się trochę powłóczyć bez celu.
Przechodząc obok jednego z kubłów na śmieci, otworzyła torbę i wygrzebała z niej paczkę papierosów. Wyrzuciła ją zdecydowanie i bez żalu, po czym poszła dalej, nie oglądając się za siebie.
Już nie były jej potrzebne. Nie paliła od trzech tygodni i była przekonana, że tym razem pożegnała się z nimi już na dobre.
W pewnej chwili ujrzała strzałki na ścianach, wskazujące kierunek takim zagubionym duszom jak ona. Kierując się nimi, wreszcie trafiła do wyjścia.
Znowu otworzyła torbę, wyjęła z niej portfel i zaczęła w nim grzebać, szukając drobnych na tramwaj.
W jej umyśle powoli kształtowały się myśli.
Najpierw chciała pojechać taksówką, ale jakiś głos przeczucia powiedział jej, że to ją będzie kosztować nawet więcej niż sobie wyobrażała.
Cholera, miała jakieś dziwne deja vu...
Wygrzebywała jeszcze ostatnie eurocentówki, jakie posiadała, gdy w jej głowie, nie wiadomo skąd i dlaczego zaistniała kolejna myśl.
Idziesz zapalić czy wciągnąć?
Twarz Karla. Jego głos.
Izzy aż się wzdrygnęła, a potem podniosła gwałtownie głowę i rozejrzała się wokół siebie.
Chyba zaczynała wariować …
Ale nie, to nie był koniec.
Jakaś czerwonowłosa dziewczyna.
Wellinger palący z nią papierosy.
Bardzo dużo Wellingera.
Obejmujący ją ramieniem. Całujący jej szyję. Trzymający jakieś małe dziecko.
Plujący krwią.
Umierający w szpitalu.
Izzy potrząsnęła gwałtownie głową, a portfel wypadł jej z ręki. Oparła się całym ciałem o żelazną balustradę i zacisnęła powieki, walcząc z tą dziwną falą obrazów w jej głowie.
Co to wszystko miało znaczyć?
Nie zdążyła jeszcze porządnie dojść do siebie, gdy nagle zadzwonił jej telefon.
Izzy otworzyła oczy i powoli się wyprostowała. Wzięła głęboki oddech, schyliła się po swój portfel, leżący na ziemi, a potem wydobyła z kieszeni dżinsów komórkę i odebrała, bez patrzenia na wyświetlacz.
W końcu tylko jedna osoba mogła do niej dzwonić, prawda?
-Hej Iz, jesteś już?
Ciepły głos Karla wypełnił jej ucho. Miała nadzieję, że obrazy w jej głowie rozmyją się, ale one jedynie uległy zaostrzeniu.
Znowu ujrzała parę nowych. Jeszcze bardziej absurdalnych. Potrząsnęła ponownie głową i przytknęła dłoń do skroni.
-Tak, właśnie idę na tramwaj – odpowiedziała cicho, a jej głos lekko zadrżał.
-W porządku?
-Tak. Będę do godziny.
Karl przez chwilę nic nie mówił, a ona wiedziała, że zastanawia się czy drążyć temat już teraz czy może poczekać aż znajdą się znowu twarzą w twarz.
I chyba w końcu wybrał tę drugą opcję, bo odezwał się:
-Więc będę na Ciebie czekał. No i … wiesz. Przygotuję psychicznie Andreasa na Twój przyjazd.
Zaśmiał się cicho. Izzy zawtórowała mu, chociaż była to bardziej wymuszona niż naturalna reakcja. Gdy jej brat wypowiedział imię Wellingera, w jej mózgu jakby coś zaskoczyło.
Kolejne obrazy, które kompletnie ją oszołomiły.
W jednej chwili poczuła się, jakby ktoś włożył jej do głowy obcy mózg.
-Na razie – pożegnała się szybko, przerwała połączenie i wepchnęła komórkę do kieszeni.
W tramwaju, a później w drodze z przystanku do mieszkania Karla, Izzy jeszcze długo walczyła z tym zupełnie nowym i kompletnie dla niej niezrozumiałym uczuciem.
To znaczy tak, coś zrozumiała.
To był sen. Długi, przerażający i najbardziej realistyczny jaki jej się przydarzył, ale jednak.
Tylko dlaczego teraz przeżywała to wszystko od nowa? Przypominała sobie wszystko z takimi szczegółami …
I dlaczego w tym śnie było tak wiele Wellingera?
I tak wiele sytuacji, które nigdy nie mogłyby mieć miejsca w rzeczywistości?
Było jej głupio, była zażenowana własnym mózgiem.
I miała nadzieję, że szybko pozbędzie się wspomnienia tego snu. Tak, chciała o nim już zapomnieć.
Nie spytała Karla, który numer ma jego mieszkanie, więc gdy stanęła przed drzwiami bloku i spojrzała na domofon, ogarnęło ją zagubienie.
A potem wróciła kolejna rzecz z jej snu.
Cóż, tam mieszkanie Karla miało numer 14 …
Tak, ale to był tylko sen, Ty idiotko!, powiedziała sobie rozeźlona. Zacisnęła dłoń na klamce i spojrzała bezradnie na domofon.
Może i sen, ale … przecież był tak realistyczny … warto było spróbować...
Po chwili krótkiej wewnętrznej walki, Izzy wyciągnęła rękę i nacisnęła przycisk z liczbą czternaście. Wstrzymała oddech …
Drzwi się otworzyły, a ona weszła do środka, ledwo śmiąc uwierzyć w to co się stało.
To wszystko zaczynało ją coraz bardziej przerażać...
Wbiegła po schodach. Mieszkanie znajdowało się zaraz na pierwszym piętrze, a gdy już stanęła przed drzwiami z wygrawerowaną na nich złotą czternastką ogarnęły ją lekkie mdłości.
Karl Ci przecież wybaczył.
Wszystko będzie teraz dobrze.
Chyba, że pojawi się ciężarna laska, która owinie go sobie wokół palca, a Tobie rozwali całe, nowo zaczęte życie – przemknęła jej przez głowę niechciana myśl.
Izzy potrząsnęła gwałtownie głową, jakby chciała z niej wyrzucić tę myśl, po czym zapukała.
Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.
Karl posłał jej krótki uśmiech, po którym zatonęła w jego ciepłych objęciach.
To ją uspokoiło, tak jak uspokajało zawsze. Zamknęła oczy i poddała się temu błogiemu uczuciu bezpieczeństwa i spokoju.
-Kocham Cię, Karl – wymruczała w jego koszulkę. Zaśmiał się i pogładził ją po włosach.
-Ja Ciebie też – odpowiedział cicho.
-A ja zaraz rzygnę.
To już zdecydowanie nie był głos Karla. Ten ociekał kpiną i wdarł się do głowy Izzy, burząc wszystko.
Odsunęła się od brata i napotkała pełne pogardy spojrzenie Wellingera.
Chciała mu odpowiedzieć tym samym … ale ten sen znowu wrócił i Izzy poczuła się przytłoczona tym wszystkim, co wciąż było tak świeże w jej świadomości.
Szpital. Kroplówka. Maska tlenowa.
I jej cichy, pełen rozpaczy głos.
Kocham Cię.
Oczy jej się rozszerzyły, gdy kolejny element układanki wskoczył na swoje miejsce.
Coś się zmieniło w twarzy Wellingera. Wyglądał na zbitego z tropu jej reakcją.
-Iz? - to był Karl, a w jego głosie słychać było niepokój. Zamrugała, odrywając oczy od Andreasa i przeniosła spojrzenie na brata.
Troska z jaką na nią patrzył ją ostudziła. Potrząsnęła głową i wysiliła się na uśmiech.
-Jestem po prostu zmęczona – mruknęła, żeby go już nie niepokoić – Może pójdę się położyć.
Karl uśmiechnął się z wyrozumiałością. Andreas jedynie pokręcił z pobłażaniem głową, po czym odwrócił się na pięcie i zmierzył do swojego pokoju.
Izzy właśnie miała zrobić to samo, ale dźwięk dzwonka do drzwi zatrzymał ją w miejscu.
Spojrzała na Karla. Karl uniósł brwi. Andreas powoli odwrócił się, a na jego twarzy malowało się umiarkowane zainteresowanie.
Karl miał najbliżej do drzwi, więc sięgnął do klamki i otworzył je.
-Cześć. O, widzę, że jesteś, Wellinger. Mam dla Ciebie świetną wiadomość.
W progu stała czerwonowłosa dziewczyna z rozmazanym makijażem, w znoszonych ubraniach i wyraźnej ciąży. Uśmiechała się kpiąco, a ten uśmiech jedynie się poszerzył, gdy ujrzała minę Wellingera.
Izzy oparła się o ścianę, ledwo śmiąc w to uwierzyć.
To musiał być po prostu kolejny sen we śnie.
Albo naprawdę doszło do tego, czego obawiała się już od dłuższego czasu.
Zwariowała.
Jak nic zwariowała.
No
witam Was.
Dość
długo zwlekałam z publikacją tego epilogu, za co Was przepraszam,
ale... chyba nie lubię pożegnań. I wcale mi nie było miło jak
już się zebrałam w sobie, by napisać tę mowę pożegnalną. Mam
tylko nadzieję, że obejdzie się bez łez.
Półtorej
roku i to chyba z kawałkiem minęło odkąd opublikowałam prolog,
jeszcze na starym blogu ze starym adresem. Aż trudno uwierzyć, że
to już było tak dawno temu. I że tyle osób było ze mną od
początku do końca. Dziękuję Wam. Za każdy komentarz, za samą
obecność, bo wiem, że wiele jest osób, które tylko czytają, za
każde wejście i za wszystko. Bez Was by tego nie było, bez Was nie
dokończyłabym tej historii. Wiele razy miałam ochotę tym rzucić,
zresztą przerwy były nie raz, ale wtedy po prostu czytałam Wasze
komentarze i wracały mi wszystkie siły.
Dziękuję
więc każdej z Was, ale przede wszystkim Tobie, Andzia. Za wszystkie
rozmowy, analizy, podpowiedzi, za pomoc w okiełznaniu tych wariatów
i nie pozwoleniu mi na to, by w nich zwątpić. Za to, że po prostu
jesteś, cały czas. Wiesz, że kocham Cię najmocniej na świecie,
promyczku.
No
i cóż, to by chyba było na tyle. Tego opowiadania i mnie w
blogosferze. Wiem, że jest jeszcze Milka. Może kiedyś uda mi się
ją dokończyć, w końcu zajmuje szczególne miejsce w moim
serduszku. A jeśli nie... no to po prostu o mnie nie zapomnijcie i
zapamiętajcie jako tę, która stworzyła Pieszczoszka.
Trzymajcie
się cieplutko, dziewczynki. Jesteście wszystkie super.