sobota, 30 listopada 2013

Jedenaście: Wierzchołek góry lodowej.

Zdawała sobie sprawę, że ją obserwują.
Wellinger, który bądź co bądź nie był aż takim idiotą, za jakiego można by go uważać i który – niestety – przyłapał ją prawie że na gorącym uczynku.
Izzy, która nie ufała jej od samego początku, która w ogóle zdawała się nie ufać nikomu poza Karlem, bo Karl był centrum jej świata, jedyną ostoją, jedynym punktem zaczepienia w całym tym pełnym bólu i niezrozumienia życiu.
No i sam Karl.
Karl, który, wprost przeciwnie, wpatrywał się w nią jak w obrazek i był w stanie zrobić wszystko, czego by sobie zażyczyła.
Karl nie był naiwny ani głupi. Ale miłość potrafiła robić z człowiekiem takie rzeczy, że zmieniała w nim wszystko – od poglądów przez osobowość aż po całe dotychczasowe życie.
Karl ją kochał. Widziała to.
I zamierzała wykorzystać, brutalnie i bez oporów. Ale jednocześnie nie mogła przecież zapominać o Wellingerze i Izzy.
Właściwie, tylko o Izzy. Bo nawet jeżeli to Andreas wiedział znacznie więcej niż powinien, to jednak Millie nie spodziewała się, by coś z tym zrobił. Nigdy nie robił niczego, jeśli nie miał w tym własnego interesu.
Ale Izzy owszem. Zwłaszcza, gdy chodziło o jej brata.
Trzeba ją było jakoś unieszkodliwić … uciszyć … przerwać nić łączącą ją z Karlem, a w każdym razie sprawić, by Karl się od niej odwrócił i stracił ochotę, by mieć z nią cokolwiek wspólnego.
Wiedziała, że to będzie niewyobrażalnie trudne.
Niektórzy powiedzieliby, że wręcz niemożliwe.
Ale ona już miała plan, do którego teraz uśmiechnęła się z zadowoleniem...


Czuł się szczęśliwy.
I … cholera.
Naprawdę był szczęśliwy.
Nie miał łatwego życia. Trudne dzieciństwo i okres dorastania, wszystko podporządkowane młodszej siostrze, o którą zawsze troszczył się bardziej niż o samego siebie. A do tego szkoła, skoki, teraz studia... I nigdy nie miał czasu, by pomyśleć trochę o sobie, o swoim osobistym szczęściu i miłości.
Nie znaczyło to jednak, że nie czekał na miłość. Gdzieś tam, w środku, zepchnięte w najgłębszy zakamarek umysłu i duszy żyły w nim tęsknota i nadzieja, że w końcu, kiedyś i dla niego zaświeci słońce.
I teraz zaświeciło. Tak długo wyczekiwane dało więcej radości niż gdyby pojawiło się już lata temu. Bo teraz był dorosły, był w wieku, w którym można planować z kimś przyszłość, całe życie …
Nie wiedział, czy nie posuwa się za daleko w swoich wyobrażeniach, fantazjach i wewnętrznych planach.
Nie wiedział nawet ile on sam znaczy dla dziewczyny, która dla niego stała się całym światem.
Ale naprawdę był szczęśliwy.
Przy niej, z nią, dla niej.
Był szczęśliwy.

Przytuliła się do niego, a on aż cały zesztywniał z zaskoczenia, szczęścia i zachwytu.
Powoli objął ją ramieniem i przytulił policzek do jej skroni. Jej zapach wypełnił mu nozdrza, a ciepło bijące od jej ciała rozgrzało nawet jego serce.
-Wiesz, coraz bardziej kopie – usłyszał po chwili jej rozradowany głos. Uniosła głowę i spojrzała na niego z tą iskrą w oczach, którą tak kochał. A potem, nim zdążył odpowiedzieć, złapała jego dłoń i położyła ją na swoim brzuchu. Dała mu paręnaście sekund i wciąż z szerokim uśmiechem na twarzy, spytała: - Czujesz?
Czuł. A to sprawiło, że on też się uśmiechnął, gdy radosne uniesienie wypełniło szczelnie każdą komórkę jego ciała, gdy wyobraził sobie tą małą istotkę, która już niedługo miała pojawić się na świecie …
Istotkę, którą był gotów się zaopiekować, choćby do nie wiadomo jakich poświęceń go to zmusiło.
Przesunął delikatnie dłonią po zaokrąglonym brzuchu Millie, a ona wtuliła głowę w jego obojczyk, wzdychając cicho.
Sekundę później poczuł jak przez jej ciało przebiega dreszcz.
-Zimno Ci? - zapytał cicho, z troską. Skinęła lekko głową, na co on odsunął się od niej i podnosząc się od razu z kanapy, dodał: - Czekaj, przyniosę Ci jakiś sweter.
Odpowiedziała mu pełnym wdzięczności uśmiechem, a on – czując się, jakby dostał gwiazdkę z nieba ruszył w stronę swojego pokoju jeszcze nie wiedząc, że za chwilę rozpadnie się cały jego świat.


Wellinger starał się zapomnieć o tym, co zobaczył wtedy na klatce schodowej, gdy doszło do małej konfrontacji między nim a Millie.
Ale okazało się to niemożliwe.
Nie zależało mu na niej, co więcej, wciąż był zdania, że to wcale nie jego dziecko nosi dziewczyna, ale Karl …
Starał się samemu sobie wmówić, że Karl jest tylko jego współlokatorem, kolegą z drużyny i istnieje w jego życiu, bo razem mieszkają i spotykają się na treningach … ale to nie była prawda i Andreas doskonale o tym wiedział.
Karl był po prostu taką osobą, którą Wellinger mógłby nazwać swoim przyjacielem. Karl był osobą, którą każdy chciałby mieć za przyjaciela.
Zależało mu na Karlu, czy to mu się podobało czy nie.
I właśnie dlatego nie mógł po prostu siedzieć i biernie przyglądać się temu, co wyprawia Millie, a czego ofiarą niewątpliwie będzie właśnie Geiger.
To nie było w jego stylu … godziło w jego filozofię życiową i osobowość. Godziło we wszystko w co wierzył i we wszystko kim był.
Ale nie próbował z tym walczyć. Westchnął, zacisnął zęby i zdecydował się porozmawiać z jedyną osobą, której zależało na Karlu równie mocno, a nawet jeszcze bardziej.
Izzy.
Musiał jej o wszystkim powiedzieć, tylko ona była w stanie zadecydować co z tym całym fantem zrobić.


Jezu, gdzie był ten sweter?
Karl pokręcił ze zrezygnowaniem głową, nie potrafiąc pojąć bałaganiarskich zdolności swojej siostry, po czym westchnąwszy ciężko, oparł jedno kolano na łóżku i podjął jeszcze jedną próbę przekopania się przez ogromny stos ubrań.
Gwałtownym ruchem odrzucił całe naręcze różnych T-shirtów, a nawet – o zgrozo! - staników, a gdy góra zmniejszyła swoje rozmiary, w końcu dojrzał brązowy rękaw, który musiał należeć do poszukiwanego przez niego swetra.
Karl odetchnął z ulgą, bez namysłu pociągając za rękaw swetra. Wydobycie go ze sterty ciuchów okazało się niełatwe i katastrofalne w skutkach, bowiem uruchomił w ten sposób prawdziwą lawinę, znacznie poszerzając rozmiary bałaganu.
Podnosił się już z łóżka, by wraz z swetrem wrócić do salonu, gdzie czekała na niego Millie, gdy usłyszał dziwne pacnięcie, jakby coś w miarę ciężkiego – a w każdym razie cięższego niż ubranie – uderzyło o drewnianą podłogę.
Zaintrygowany Karl przeszedł obok łóżka i spojrzał z lekkim zdumieniem na leżącą wśród rozrzuconych ciuchów Iz małą paczuszkę, wypełnioną białym proszkiem. Przez chwilę po prostu stał, wpatrując się w nią z góry, wreszcie pochylił się i wziął ją do ręki, przysuwając bliżej oczu.
Myśli bardzo powoli kształtowały się w jego głowie, ale serce zamarło od razu, bo ono już wiedziało, co to jest.
W końcu zrozumienie też przyszło, a wtedy paczuszka wypadła mu z ręki i ponownie uderzyła o drewnianą podłogę.
Iz...?


Wracając z zajęć wypaliła pół paczki papierosów.
Nie pomogło. Dzień był wciąż tak samo beznadziejnie okropny jak wcześniej, ale pozostała w niej nadzieja, że już raczej nic złego ją nie spotka, skoro wieczór miała spędzić w domu, na nic nie robieniu.
Pomyliła się.
Już gdy weszła do mieszkania, uderzyła ją nienaturalna, wręcz złowroga cisza, jaka bardzo rzadko tutaj panowała. Izzy zdjęła buty, rozwiązała szalik i odwiesiła płaszcz, a potem zamarła na moment w miejscu, nasłuchując. Poza własnym oddechem i jakimiś dźwiękami, dochodzącymi zza ściany, oddzielającej ich mieszkanie od sąsiedniego, nie usłyszała zupełnie nic. Nieco zaskoczona, a jednocześnie z dziwnym uczuciem niepokoju w sercu przeszła dalej, aż do kuchni.
Kuchnia była pusta, ale jedno spojrzenie w prawo wystarczyło, by ujrzeć Karla i Millie siedzących w salonie na kanapie. Telewizor był wyłączony, oni sami nie rozmawiali ze sobą.
Izzy odchrząknęła.
Karl poderwał głowę tak, jakby tuż obok niego właśnie spadła bomba i uderzyła o ziemię z ogłuszającym łoskotem.
-Co tu tak cicho? - zapytała Iz, po czym przeniosła spojrzenie z brata na Millie.
Uderzył ją wyraz twarzy dziewczyny.
Uśmiechała się … triumfalnie?
Izzy uniosła brew, nie bardzo rozumiejąc uśmiech czerwonowłosej, nie bardzo wiedząc jak ma go odczytać i dlaczego prawie natychmiast jej serce przyśpieszyło, jakby ono doskonale wiedziało.
Bo wiedziało.
Jej serce wiedziało, że stało się coś złego, coś, co już niedługo zamieni jej okropny dzień w koszmarny.
Zarejestrowała jakiś ruch przy drzwiach. Zerknęła tam szybko i ujrzała Wellingera, wchodzącego do kuchni, z całkowicie obojętną miną i dłońmi w kieszeniach spodni. Zatrzymał się przy niej i też uniósł brwi, jakby pytająco.
-To co, dowiem się, o co chodzi? - zwróciła się Izzy do brata, gdy już nie wytrzymała tego napięcia. Karl pokręcił lekko głową, po czym wstał i zbliżył się do lady, która stała się teraz jedyną rzeczą oddzielającą go od siostry.
A potem uniósł rękę i położył, czy raczej rzucił to, co w niej trzymał na ladę.
Izzy skupiła na tym wzrok.
I zrobiło jej się słabo, gdy ujrzała małą paczuszkę z białym proszkiem.
Paczuszkę, którą rozpoznałaby dosłownie wszędzie.



Co ja robię?
Chyba ryzykuję.
Nie wiem dlaczego, w zasadzie. Bo przecież nie jest wcale lepiej. I nie napisałam nic do tego opowiadania od dwóch tygodni.
Ale zaczęły się skoki. I ten sezon jest póki co dziwny ... bardzo dziwny. Ale przecież był Welli.
I w ogóle dzisiaj poczułam ... że może znowu mogę pisać. Tutaj pisać.
I wiem. Ten rozdział jest bardzo słaby i krótki ... bo powstał już kiedy czułam, że jest coraz gorzej. Ale to chyba znaczy, że teraz będzie coraz lepiej?
Mam nadzieję. I mam nadzieję, że jeszcze tu ze mną zostaniecie ... jeśli chcecie.
A ja zostałam z Wami, wiecie? Naprawdę, postaram się ciągle czytać i komentować Wasze cuda. Wiem, że jest z tym różnie, ale ta klasa maturalna nie jest łatwa.
Ale dla Was wszystko, słowo <3
także ... do następnego.
I oby było lepiej :)

12 komentarzy:

  1. Nie wiem co Ci napisać, słońce moje najjaśniejsze.
    Kocham Cię, ale to wiesz.
    Uwielbiam wszystko o piszesz, ale to też wiesz.
    Ty po prostu wszystko wiesz, łobuzie.
    Znasz moje zdanie na temat tego rozdziału, pamiętam doskonale naszą rozmowę na jego temat.
    Jest króciutki, ale następny jest dłuższy.
    Wiesz co? Dziwnie się czuję tak bardzo wściekając się na Karla, po tymjak n dzisiaj tak ładnie wyglądał, nawet jak znaczek tvp przysłaniał mu głowę.
    No i cóż, pewnie jak Ty zaczniesz tu pisać, to ja też wrócę do AKA, no bo symbioza i trzecia zasada dynamiki, tak?
    I wiesz, ja zostanę tu do końca i wszędzie indziej.
    Kocham <333

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow! Szybka jesteś :D
    Rozdział jest dobry, nie wiem na co się skarżysz. Byłam strasznie ciekawa jak to się dalej potoczy i moja ciekawość została zaspokojona, ale nie całkiem... Zobaczymy co wymyślisz później. Nie musisz przecież publikować regularnie - wierne czytelniczki powrócą tu nawet po kilkumiesięcznej nieobecności, wierz mi. Jest sezon i jak się widzi tych wszystkich słodziaków na ekranie, to aż ciężko czegoś później nie napisać :) Ja jestem tak nakręcona, że dzisiaj napisałam już dwa rozdziały do przodu :P Musisz się odblokować, choć jak wiadomo, nauka daje w kość. Trzymam za Ciebie kciuki! Mimo małego kryzysu i tak świetnie Ci poszło z tym rozdziałem. Trzymaj się :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Ty łobuzie Ty.
    Co Ty gadasz, że to jest słabe? No proszę Cię. Bulshit.
    To jest takie... takie.. no wiesz jakie ;p
    Wrrr.
    Zabiję tą Millie.
    JAK ONA MOŻE?
    Chce zranić mojego Pysiaczka numer trzy :(
    Karluniu, uciekaj od niej. Chodź do mnie. Ja Ci krzywdy nie zrobię.
    No i Izzy ma kłopoty.
    Ja się założę, że ta czerwonowłosa menda maczała w tym palce.
    Uch.
    Może Andi pomoże Iz? Może W KOŃCU pokaże więcej ludziej twarzy?
    Kocham Cię, kurde, bardzo mocno <333

    OdpowiedzUsuń
  4. A jeśli o mnie chodzi, to ja umiem określić zachowanie tej dziewczyny jednym jedynym słowem: co za ...
    I tu nie skończę, ponieważ byłoby to bardzo brzydkie sformułowanie :P
    Teraz wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale: Andi! Ratuj Iz z opałów!
    O tym, jak ja się ucieszyłam, że blogger w końcu wyświetlił mi nowość chyba mówić nie muszę, prawda? =D
    Kocham Cię <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozdział jest bardzo dobry, tylko czemu przerwany w taaaaaakim momencie? I ciekawa jestem co zrobi Wellinger? Stanie w obronie Iz? Ach, ach. Czekam na ciąg dalszy. Baaardzo.

    OdpowiedzUsuń
  6. Króciutki i owszem, ale na pewno nie słaby. Ty nigdy nie piszesz słabych rozdziałów.
    Czekałam z niecierpliwością na nowość, bo chciałam się czegoś więcej dowiedzieć. W efekcie chyba wiem jeszcze mniej. Po za tym, że Millie zaczyna się robić niebezpieczna. Wkopała Liz. A Karl... Cóż Karl na pewno nie będzie zadowolony z tej sprawy z narkotykami, bo wątpię, żeby Lizz wyznała mu prawdę po co są jej potrzebne. Dlatego on pomyśli, że to ona bierze. Jedyna nadzieja w... ( nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę) Wellingerze. Niech się weźmie w garść, skoro do jego móżdżku dotarło, że Karl to jego przyjaciel i niech powie mu, co widział.
    Ech, pokręcone to wszystko, ale właśnie dlatego tak bardzo to kocham. Nawet gdybyś opuściła tego bloga i wróciła po kilku miesiącach z pewnością miałabyś dalej wierne grono czytelniczek.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Niech piorun trzaśnie tą czerwonowłosą wywłokę i będzie spokój. Na początku wydawała się po prostu dziewczyną, która tylko zawzięcie walczy o swoje i nawet mi się to w niej podobało, ale teraz wyszło szydło z worka. Założę się, że nawet to dziecko nie jest dzieckiem Andiego... Bezużyteczna wywłoka, mówiąc najłagodniej.
    Rozdział nie jest wcale słaby, jest świetny, ale wiem, że Ty i tak będziesz mówić swoje ;> Przyczepię się tylko do jednego faktu. Jak mogłaś to zakończyć w takim momencie, wzbudzając mój apetyt na dalsze czytanie? I to bynajmniej nie na czytanie lektury, za którą muszę się wziąć.
    No cóż, jakoś to przeboleję. Mam nadzieję, że następne zawody będą już normalne i w jakiś sposób Cię zainspirują, bo ja jestem bardzo ciekawa jak zachowa się Wellinger w tej sytuacji. W końcu przyłapał Millie z tym świństwem przy sobie...

    OdpowiedzUsuń
  8. jak się cieszę, że znowu piszesz :)
    dlaczego skończyłaś to w takim momencie? to zabójstwo na mnie, no cóż, muszę czekać na następny. :( pisz, pisz i jeszcze raz pisz, bo wychodzi Ci to świetnie (pewnie sama o tym wiesz, ale tak tylko przypominam :*)
    weny, duuużo weny.
    pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Jest cudownie<3
    Co z tego, że krótko, liczy się tylko, że do nas wróciłaś...
    Bo twoje opowiadanie jest czymś bez czego blogosfera sensu dla mnie nie ma. Wiesz?
    Ale do rzeczy: Chcę mi się dosłownie WYĆ jak tu o Karlu czytam. Przecież to jest anioł chodzący... Tak perfidnie wykorzystany przez tą całą Millie. Tak teraz to już raczej pewne, ona go wykorzystuje , a Welli żadnym tatusiem nie będzie.
    Paulina skomentowała najlepiej - WYWŁOKA...
    Andi... A ciebie to ja już nie komentuję... Zachowaj się jak na człowieka przystało, tyle. Wierzę w Ciebie.
    Buziaki i dużo weny Kochana<3
    A co do sezonu nie będzie cały taki, bo ja się po prostu nie zgadzam ;c

    OdpowiedzUsuń
  10. Wiem jak sie czujesz, matura to bzdura a te probne to po prostu porazka, zalamac sie mozna!
    Odcienk bardzo dobry! Glupoty gadasz ;*
    Ja zostalam! I bede do konca!
    Niech ta Milli zniknie z ich zycia! Te prochy nie byly Iz. Niech Karl da sie jej wytlumaczyc! Welli ma jej pomoc! Wspierac!
    Czekam na nowosc ;***
    Inszaaa <3

    OdpowiedzUsuń
  11. Oczywiście, że jest świetnie! Ale się porobiło. Jak szalona czytałam od samego początku :D No i mamy tutaj bardzo dużo do powiedzenia. Andi okazał się (tym razem) świnią bez serca, ale chyba jest na dobrej drodze. Hahaha- ma świetną mamuśkę! Izzy jest cudowna. Kocham ją. I Karla też! Tyle w życiu przeszli, a są gotowi zacząć nowe życie. Przynajmniej Karl, bo z Izzy trochę gorzej. Ale ja się dziwie, że brat uwierzył w tą sprawę z narkotykami. Ja rozumiem, że dla niego od palenia do mało do uzależnienia, ale to w końcu jego siostra, no! I przerwałaś w takim momencie! Ale i tak cię kocham <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję kochana.
      za to i za tamtego maila,naprawdę wiele to dla mnie znaczyło ;)
      trzymaj się <3

      Usuń