sobota, 7 grudnia 2013

Dwanaście: Niespodziewany sojusznik.

-Chciałem pożyczyć Millie twój sweter – powiedział Karl lekko drżącym głosem, a jego ciemne oczy wpatrywały się w siostrę z mieszaniną strachu, niedowierzania i zawodu – I znalazłem … znalazłem to. Wypadło z kieszeni.
Iz ponownie spojrzała na paczuszkę, a sam ten widok sprawił, że zrobiło jej się niedobrze.
-To nie moje! -odpowiedziała szybko, z roztargnieniem, bo wierzyć jej się nie chciało, że Karl mógł choć przez chwilę pomyśleć, iż miała coś wspólnego z tym świństwem. Ale on wciąż patrzył na nią bez przekonania, więc westchnęła i dodała: -Karl, przecież mnie znasz, wiesz, że nigdy w życiu nie brałam narkotyku do ust!
-Do ust może nie – wtrąciła się Millie, a na jej twarzy pojawił się kpiący uśmieszek – Akurat z tego, co wiem kokainę zażywa się nosem, a nie ustami.
Izzy spojrzała na nią, kompletnie nie mogąc zrozumieć w co ona pogrywała.
I wtedy powoli, bardzo powoli w jej głowie ukształtowało się zrozumienie.
Ostrzeżenie Alexa …
Te jej wieczorne wyjścia …
I to lekkie pobudzenie, nieraz rozszerzone źrenice …
Wszystkie elementy ułożyły się w jedną całość, a Iz poczuła dziwną niemoc w całym ciele, gdy dotarła do niej ta paraliżująca prawda.
-Oczywiście, że wiesz, skoro sama bierzesz! W co ty pogrywasz, Millie? Przecież to twoja koka, nie moja!
Ale Millie tylko prychnęła pogardliwie, najwyraźniej świetnie się bawiąc odgrywaniem niewiniątka i pogrążaniem Iz w oczach Karla.
-Nie trzeba być ćpunem, żeby wiedzieć takie rzeczy.
Izzy już otwierała usta, by coś powiedzieć, jednak ktoś jej przerwał.
-To prawda – usłyszała i dopiero parę sekund później dotarło do niej, że słowa te wypłynęły z ust jej brata.
Przeniosła na niego spojrzenie, z którego aż biły niedowierzanie i szok.
-Karl … Chyba jej nie wierzysz?
Ale w jego oczach znalazła odpowiedź, która sprawiła, że zrobiło jej się słabo i nogi się pod nią ugięły.
-A więc to tak? -spytała cicho, patrząc już tylko na niego, jakby w tym pokoju byli jedynie oni dwoje, a Millie i Wellinger nie istnieli – Więc naprawdę uważasz, że kłamię? Że zażywam kokę? Więc naprawdę bardziej ufasz dziewczynie, którą ledwo znasz, zamiast swojej własnej, rodzonej siostrze?
Chciało jej się płakać.
Karl, co z tobą?
Ty taki nie jesteś, miała ochotę powiedzieć, ale coś ją zdławiło w gardle.
A potem serce zakuło z bólu, gdy Karl odpowiedział:
-W ciągu tych wszystkich lat nie dałaś mi zbyt wielu powodów do zaufania. Może się mylę?
Nie. Nie mylił się.
I to właśnie było najgorsze, to wytrąciło jej wszystkie argumenty z ręki i dało jej pewność, że jest na straconej pozycji.
Dlatego odwróciła się i wybiegła z mieszkania, pragnąc uciec gdzieś daleko, gdzie problemy nie istnieją.


Po wyjściu Izzy zostali w trójkę. Karl i Millie, stojący obok siebie i Wellinger naprzeciwko nich, który popatrzył twardo na swojego kumpla i warknął:
-Jesteś skończonym idiotą, Karl.
Karl otworzył usta, by coś odpowiedzieć, ale nie zdążył, bo Andreas już spojrzał z najwyższą odrazą na Millie
i dodał:
-A z ciebie zwykły kawał suki, nic więcej.
-Nie mów tak do niej! -Karl w końcu doszedł do głosu, ale tą wypowiedzią tylko zyskał sobie równie nieprzychylne spojrzenie Wellingera. Spojrzenie, które wytrzymał i na które odpowiedział w podobny sposób.
-Oboje jesteście siebie warci – oświadczył po krótkiej chwili milczenia Wellinger głosem zimnym jak kostki lodu, jednocześnie kręcąc głową. A potem wyminął ich i skierował się do drzwi wyjściowych, chcąc
natychmiast opuścić to mieszkanie, tak jak zrobiła to Izzy parę minut temu.
Miał nadzieję, że ją znajdzie.
I właściwie był tego pewien.
W końcu mogła być w tylko jednym miejscu.


Izzy bardzo rzadko płakała.
Naprawdę bardzo rzadko. Prawie wcale.
Więc kiedy już w końcu pozwoliła sobie na łzy, nie potrafiła ich powstrzymać.
Siedziała w swoim najbardziej zaufanym miejscu, na dachu, z twarzą ukrytą w kolanach, wypłakując sobie oczy i oczekując momentu, w którym łzy w końcu przestaną płynąć.
Ten moment nie nadszedł.
Zamiast tego usłyszała czyjeś kroki.
Uniosła głowę i ujrzała wysoką sylwetkę Wellingera, zmierzającego w jej kierunku. Zacisnęła zęby, odwracając się szybko w drugą stronę i przetarła policzki nadgarstkiem lewej ręki.
Wyczuła, że stanął tuż nad nią, jednak nie zareagowała na tą jego obecność w żaden sposób. Sekundę później on się odezwał:
-Przyniosłem ci kurtkę.
Prychnęła cicho.
-Spierdalaj, Wellinger.
Nie wyglądał na ani trochę urażonego jej grubiańskim zachowaniem. Wręcz przeciwnie; usiadł tuż obok niej i odwrócił się w jej stronę, cały czas trzymając w wyciągniętej ku niej ręce kurtkę.
-Przeziębisz się.
Nigdy w życiu nie zwrócił się do niej takim łagodnym, wręcz troskliwym tonem. Powinna więc poczuć do niego wdzięczność; zamiast tego trafił ją szlag.
Spojrzała na niego z ogniem w oczach, a sekundę później z jej ust wylał się gniewny potok słów:
-Mam to głęboko w dupie, jasne?! Nie chcę żadnej jebanej kurtki, żadnego pierdolonego ciepła i zdrowia! Tak trudno to, kurwa, zrozumieć?!
Patrzyła na niego cały czas, oczekując jakiejś zmiany w jego twarzy i postawie. Spodziewała się, że odpowie jej coś w podobnym stylu i odejdzie albo zrobi tylko to drugie, nie wypowiadając ani słowa.
Jednak przeliczyła się. Nie drgnął ani jeden mięsień jego twarzy, chociaż delikatnie uniósł kąciki warg, gdy spokojnie powiedział:
-Może jednak zmienisz zdanie, jak zobaczysz, co jest w jednej z kieszeni tej jebanej kurtki.
Po tych słowach włożył rękę do kieszeni kurtki, by sekundę później, z miną magika, wyciągającego królika z kapelusza, wydobyć z niej paczkę papierosów. Iz obrzuciła go zdegustowanym spojrzeniem, gdy pomachał jej radośnie paczką przed oczami i fuknęła cicho.
-Nie chcę fajek – mruknęła, marszcząc nos niczym obrażone dziecko i odwróciła głowę w drugą stronę.
-Okej – usłyszała jego obojętny głos. Wzruszył ramionami, po czym zapalił sobie papierosa i przestał zwracać na dziewczynę uwagę. Przez długą chwilę panowała między nimi głucha cisza, przerywana jedynie odległymi odgłosami samochodów i miasta. Izzy zapatrzyła się w przestrzeń, z łokciem wspartym na kolanach, a czołem na dłoni. Starała się ignorować obecność siedzącego obok niej chłopaka, nie mogła jednak ignorować coraz silniejszego zapachu dymu tytoniowego, który docierał do jej nozdrzy, podrażniając je.
Zacisnęła wargi, próbując myśleć o wszystkim, tylko nie o tym, ale nie udało się.
Jej organizm domagał się nikotyny.
Dużej dawki nikotyny.
Zerknęła kątem oka na Wellingera. Raz, drugi, trzeci, aż w końcu to zauważył, a gdy ich spojrzenia się spotkały, uniósł brew, jakby pytająco i podał jej wypalonego w połowie papierosa.
Westchnęła ciężko, bardzo dobrze wiedząc, że nie zdoła się oprzeć, po czym wzięła od niego fajkę i uniosła ją od razu do ust.
Niemal natychmiast zalała ją ciepła fala błogiej ulgi. Jak to cholernie pomagało …
-Lepiej? -zapytał, gdy już prawie kończyła. Zaciągnęła się mocno, ostatni raz i skinęła głową, bo owszem czuła się lepiej. Znacznie lepiej.
Ugasiła niedopałek, zgniotła go lekko i wyrzuciła gdzieś w powietrze, w nosie mając teraz ochronę środowiska. A potem objęła ciasno nogi ramionami, oparła brodę na kolanach i ponownie westchnęła.
-Co ja mam teraz zrobić, Andreas? -spytała zrezygnowanym tonem, czując jak chwilowe lepsze samopoczucie gwałtownie się ulatnia i ponownie ogarnia ją uczucie beznadziei.
Nawet jeśli zaskoczyła go tym, że zwróciła się do niego po imieniu to nie dał tego po sobie poznać.
Nawet jeśli wiedział, co miała na myśli i jakiej oczekiwała odpowiedzi to zignorował to.
Usłyszała ciche trzaśnięcie, a potem przed jej oczami pojawiła się ręka Wellingera, trzymająca zapalonego już papierosa.
-Zapalić – odpowiedział z przekonaniem, a na jego twarzy choć raz nie kwitł ten głupi, doprowadzający ją zawsze do szału uśmieszek.
Przyjęła jego radę z wdzięcznością.
Wzięła ją sobie do serca i wypaliła całą paczkę, aż do końca, chociaż świetnie wiedziała, że to ani trochę nie rozwiąże jej problemów.
Ale miała to gdzieś.


W końcu, po upływie dobrych dwóch godzin, gdy temperatura powietrza znacznie się obniżyła i zaczął wiać porywisty, przeszywający do szpiku wiatr, Wellinger namówił ją do powrotu do mieszkania.
Po schodach schodziła powoli, bez przekonania. Wcale nie chciała tam wracać. Nie chciała stawać twarzą w twarz z Karlem.
A już tym bardziej z Millie. Miała ochotę rozszarpać ją gołymi rękami.
-Suka – mruknęła pod nosem, ale idący za nią Wellinger usłyszał.
-Uwielbiasz rozmawiać sama ze sobą, co? -rzucił kpiąco. Izzy zatrzymała się przed drzwiami mieszkania, obrzuciła chłopaka pobłażliwym spojrzeniem i odpowiedziała:
-Tak, miło dla odmiany pogadać z kimś na poziomie.
Pokręcił głową z lekkim rozbawieniem, a ona otworzyła drzwi i weszli do środka.
Miała ochotę jedynie położyć się i spać jak najdłużej … dlatego też położyła dłoń na klamce drzwi prowadzących do swojego i Karla pokoju i uchyliła je. Światło, zapalone w korytarzu oświetliło wnętrze pomieszczenia, a wówczas Izzy wycofała się z niego tak gwałtownie, że wpadła na wciąż jeszcze stojącego w korytarzu Wellingera.
-Co jest? -spytał, marszcząc brwi, gdy spojrzała na niego z lekką rozpaczą wymalowaną na twarzy. W odpowiedzi Izzy westchnęła. Zrozumiał – Śpią tam razem?
Pokiwała głową, po czym westchnąwszy ponownie, tym bardziej o wiele ciężej ruszyła w kierunku kuchni, by następnie przejść do salonu i tam położyć się spać na kanapie.
Była już w połowie korytarza, gdy zatrzymał ją jego głos.
-Iz.
Odwróciła się powoli w jego stronę i zmierzyła go pytającym spojrzeniem. Miał lekko zaciśnięte wargi i ogólnie sprawiał wrażenie, jakby walczył sam ze sobą. W końcu westchnął cicho i mruknął:
-Idź do mojego pokoju. Ja się prześpię na kanapie.
Po tych słowach wyminął ją i zniknął jej z oczu, zostawiając ją w stanie krańcowego osłupienia.


Następnego dnia Izzy obudziła się bardzo wcześnie i bardzo gwałtownie.
Rozcierając zaspane powieki, podniosła się do pozycji siedzącej, a potem obrzuciła zaskoczonym spojrzeniem pomieszczenie, w którym się znajdowała.
Wszystko było jakieś inne. Wyglądało i pachniało inaczej … Jej wzrok padł na stos książek, okupujący biurko, który jednak nie wyglądał niechlujnie, jak u niej, tylko był bardzo równy.
I w ogóle panował tutaj niezaburzony porządek, jakiego ona nigdy nie zdołałaby uzyskać.
Nie była w swoim pokoju.
Tylko w pokoju Wellingera.
Potrzebowała dosłownie paru sekund, by zrozumieć, dlaczego spędziła tutaj noc, a wtedy wszystko wróciło; paczka z kokainą, triumf na twarzy Millie, odwrócenie się od niej Karla … Zakuło ją serce. Aż do tej chwili mogła mieć nadzieję, że to wszystko było tylko koszmarnym snem.
Teraz już dobrze wiedziała, że nic z tych rzeczy.
Z ciężkim sercem wstała, po czym wyszła z pokoju i przeszła do kuchni. Jeśli ona spała w łóżku Wellingera, to on sam musiał spędzić noc na twardej, niewygodnej kanapie. I rzeczywiście był tam. Oparła się łokciami o blat kuchenny, przechyliła się przez niego i ujrzała Andreasa, śpiącego na brzuchu, z ręką pod głową i rozrzuconą wokół pościelą. Prawie się uśmiechnęła na ten widok … prawie, bo to przecież nie było ani trochę zabawne.
Nigdy by nie przypuszczała, że dojdzie do takiego punktu w swoim życiu, gdy Karl ją znienawidzi, a Wellinger będzie jedyną rozumiejącą ją osobą, która w dodatku próbuje jej pomóc.
Potrząsnęła lekko głową, wciąż nie dowierzając temu wszystkiemu i postanowiła zrobić sobie kawę.
Kawa zawsze pomagała. Oczywiście, nie w takim stopniu jak papierosy, ale jednak.
Nastawiła wodę i wyciągnęła dwa kubki. Mogła przecież zaparzyć też kawę Wellingerowi, w końcu odstąpił jej łóżko i był miły …
No proszę, jak chciał to potrafił. Rzuciła mu krótkie spojrzenie przez ramię, akurat w chwili, w której przewrócił się na plecy i przetarł twarz dłonią.
Budził się długo, w końcu jednak podniósł się do pozycji siedzącej i przeczesał palcami zmierzwione włosy, jeszcze bardziej je czochrając. Izzy zdjęła czajnik z gazu i zalała obie kawy, a potem przeszła z nimi do salonu.
-Zrobiłam Ci kawę – mruknęła, bez powitania, siadając obok niego na kanapie i podając mu parujący kubek - Czarną i mocną, taką jaką lubisz.
Wellinger spojrzał z lekkim zaskoczeniem na kubek, który podetknęła mu dziewczyna, a potem na nią.
-Nie pijam kawy. Nie cierpię jej.
Izzy nawet nie mrugnęła. Podetknęła mu kubek prawie że pod nos i odparła spokojnie:
-Oczywiście, że cierpisz.
Uniósł brew, teraz patrząc na nią już z wyraźnym zdumieniem.
-Nie, nigdy jej nie znosiłem – oświadczył stanowczo.
Wtedy Iz straciła cały spokój i cierpliwość. Kiedy dźgnęła go mocno kubkiem w ramię, czarna ciecz zachybotała, obijając się o ścianki, a on aż podskoczył, gdy poczuł, że parę kropelek gorącej kawy ląduje na jego udzie. Przetarł materiał spodni w chwili, w której ona warknęła:
-Nie wkurwiaj mnie, Wellinger, tylko bierz tą pieprzoną kawę.
Tym razem już nie protestował, tylko od razu wziął kubek. Objął go dłońmi i wciągnął wraz z powietrzem wspaniały aromat świeżo zaparzonej kawy.
A potem poczuł na sobie natarczywe spojrzenie siedzącej obok dziewczyny.
Westchnął i wywrócił oczami, po czym uniósł kubek do ust, podmuchał chwilę i ostrożnie upił mały łyk.
Przełknął, z trudem powstrzymując się przed wypluciem.
-Fuj – jęknął, prostując się i odkładając szybko kubek na stół – Obleśna.
Spojrzał na Izzy i ujrzał na jej twarzy lekki uśmieszek.
-Ależ skąd – mruknęła, unosząc do ust swój własny kubek i też biorąc łyk. Tyle, że znacznie większy, no i ona, w przeciwieństwie do niego, wcale się nie skrzywiła, tylko westchnęła cicho z wyraźną rozkoszą, po czym dodała: - Bardzo Ci smakuje.
To była kolejna absurdalna wymiana zdań z tą dziewczyną, ale nie chciał się kłócić. Wywrócił więc jedynie oczami i wymruczał:
-Taa. Dzięki, Geiger.
Uśmiechnęła się tylko, zadowolona, że postawiła na swoim, a wtedy rozległ się dźwięk otwieranych drzwi.
Parę sekund później w kuchni pojawił się Karl.
Na jego widok Izzy cała zesztywniała i zacisnęła mocno dłonie w pięści. Karl szybko odwrócił od niej wzrok, po czym schylił się, by otworzyć lodówkę i wyciągnąć z niej butelkę wody. Gdy to robił, oboje, zarówno Izzy, jak i Wellinger, wpatrywali się w jego plecy, z tą samą morderczą iskrą w oku.
W końcu, nie potrafiąc już dłużej tego znieść, dziewczyna podniosła się z kanapy, przeszła do kuchni, wyminęła Karla i ruszyła w stronę drzwi wyjściowych.
Założyła już buty i właśnie obwiązywała szyję szalikiem, gdy uświadomiła sobie, że Karl stoi w drzwiach kuchni, z butelką wody w ręku i ironicznym, zupełnie do niego nie pasującym uśmieszkiem na twarzy.
A potem nim zdążyła cokolwiek zrobić czy powiedzieć, zapytał z kpiną:
-Idziesz zapalić czy wciągnąć?
To pytanie uderzyło ją prosto w serce.
Zadało więcej bólu niż jakiekolwiek żale czy pretensje, którymi mógłby ją obciążyć.
I sprawiło, że coś w niej pękło. Narosły w niej bezsilność i rozpacz, które znalazły ujście w gniewie. Obdarzyła brata jednym, płomiennym spojrzeniem, po czym rzuciła lodowatym tonem:
-Wiesz co Ci powiem, Karl? Pierdol się. Najlepiej z tą swoją czerwonowłosą wywłoką.
Nie czekała na jego odpowiedź.
Wyszła z impetem z mieszkania.
I nie omieszkała trzasnąć drzwiami. 


agh, wciąż jestem zła jak trzy dupy, głupi konkurs, biedny Krzysio.
no, ale jutro będzie lepiej, Karl przypomni sobie, że umie skakać nie tylko w mixach, a Welli, że w skokach trzeba lądować jednak troszkę inaczej.
A ja muszę sobie przypomnieć,że miało tu nie być wątku miłosnego.
Wiecie jak ja to spieprzyłam?
Narozrabiałam i to okropnie. Teraz tylko trzeba to wszystko naprawić, eh.
O zaległościach u Was już nie wspominam. Ja po prostu już nawet nie wchodzę na bloggera ... ale obiecuję, obiecuję, kochane, że przez Święta to już na pewno wszystko nadrobię.
Ściskam <3


14 komentarzy:

  1. Ja uwielbiam ten rozdział, bo on jest początkiem tej cudownej serii, dającej mi nadzieję.
    Nadzieja matką głupich, nie?
    W każdym razie, przeczytanie tego rozdziału po raz nie wiem który, sprawiło, że znowu wściekłam się na Karla i to jeszcze bardziej niż po dzisiejszym konkursie.
    I nie czepiaj się tego lądowania, mówiłam Ci już. To była mała skocznia, jutro wracamy na dużą i w związku z tym będzie dużo radości.
    No bo Miętusek będzie i w ogóle. I Rysiu, jak ja za nim tęskniłam.
    I w ogóle Gregor okropnie wygląda w żółtym, naszemu Krzysiowi o wiele bardziej pasuje.
    Nie no, dzisiaj to już nie epos, to poemat dygresyjny.
    Do meritum.
    Ta akcja z kawą jest taka totalnie aww, zwłaszcza, że wykorzystałaś ją później w szczytnym celu.
    Jej, Tai mi się przypomniał.
    I w ogóle to ten Welli jest taki cudowny i ja totalnie świruję na jego punkcie w tym opowiadaniu.
    No i Izzy, moja najukochańsza.
    No i kurde, nie mogę tego za cholerę normalnie skomentować, więc się zamykam.
    I naprawdę ten dzień zrobił się lepszy odkąd wróciłaś.
    Moja kochana <33

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział bardzo mi się podoba. Jak i cały blog, trafiłam na niego nie dawno i przeczytałam wszystkie rozdziały i się zakochałam ;))
    Co do rozdziału to,uważam że Karl wierząc Milli zrobił głupio. Uwierzyć jakieś obcej dziewczynie a nie uwierzyć własnej siostrze głupota. Fajnie, że Andreas jako jedyny okazał wsparcie Izzy. Po cichu liczę, że Izz będzie z Wellim. Bardzo bym tego chciała <3
    Pozdrawiam i życzę weny !!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Czerwonowłosa wywłoka... Cieszę się, że Iz podziela moje zdanie na temat Millie! :D
    Millie, Millie... czy tylko mi się wydaje, że to imię nie pasuje do takiej suki jak ona? Jakieś takie zbyt delikatne.
    A Karl?
    Nie poznaję go! To nie jest Karl, to pewnie jakiś jego klon, który się pod niego podszywa, nie wierzę, że to on.
    Zapomniałaś, że miało nie być wątku miłosnego? Nie mam nic przeciwko temu i nie mam zamiaru Ci o tym przypominać kiedy się tu gdzieś przypadkiem zagalopujesz :)
    A jeśli chodzi o lądowanie Wellingera, to ja się tam nawet ucieszyłam, chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego? :) Ostatecznie nie stracił tak dużo, a moja patriotyczna dusza miała mały powód do radości :D Choć Gregor znów wszystko przyćmił, ech. Czy on naprawdę nie mógłby trochę przystopować? :( Lubię go (czuję się do tego zmuszona ;p), ale skoki są nudne kiedy w każdym konkursie muszę podziwiać jego triumf... a poza tym to on faktycznie nie wygląda najkorzystniej w żółtym :D
    Ajajaj, nie mogę się tu dłużej rozpisywać, muszę iść wspierać Real Madryt. Biedactwa, zawsze ich olewam jak zaczynają się skoki...

    OdpowiedzUsuń
  4. Co ty gadasz. Świetny rozdział. Przeczytałam go, aż dwa razy. :) Biedna Iz, dobrze, że jest chociaż Wellinger. Uwielbiam te inteligentne wymiany zdań między nimi :D Co do Millie to suka, każdy widzi. Oby Karl się obudził. Opowiadanie super. Trzymaj się cieplutko! ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ona mi cholera od początku nie pasowała do Karla, ona mi w ogóle od początku nie pasowała.

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozdział rzecz jasna świetny! Ale czemu do cholery Karl uwierzył, że Izzy bierze?! Ja rozumiem, że zakochany, ale własnej siostrze?! No dobrze, że przynajmniej ma Andiego :)
    A mówiąc o Andim to tak blisko miał podium... Ale Gregor 52 zwycięstwo- wrr. No i Karl mógł się trochę wysilić.
    Napisałam do ciebie maila, ale chyba nie doszedł... Pozdrawiam i więcej wiary w samą siebie :D

    OdpowiedzUsuń
  7. No więc tak Skarbie<3
    Muszę zacząć od tego cytatu: 'A ja muszę sobie przypomnieć,że miało tu nie być wątku miłosnego.
    Wiecie jak ja to spieprzyłam?
    Narozrabiałam i to okropnie'...
    Czy ja dobrze zrozumiałam czy też mnie wzrok myli?
    Wiedz , że właśnie poprawiłaś o 100 stopni mój cholerny, grobowy humorek.
    Bo ja wiem... To opowiadanie ma mówić o skomplikowanych relacjach międzyludzkich...
    O problemach, o głęboko zakorzenionej psychologii ...
    No ale... Właśnie to 'ale'<3
    Wiem , że ja jestem głupia i infantylna, ale przecież dwóch idealniejszych połówek nie ma... No, nie ma...

    A tobie Karl powiem, że jeśli można się gniewać na anioła, (a można) to ja właśnie tu kipię ze złości na Ciebie...
    Także ty wiesz, niech Cię miłość błędnie nie zaślepia bo masz kochaną, dobrą siostrę.
    Wierzę w Ciebie...
    W Andiego też wierzyłam i proszę...
    Rozpływam się nad nim...

    A ty kochanie wierz w siebie i pisz dla nas, pisz.
    Zaległości co tak, kiedyś się je nadrobi...
    ALE NAJWAŻNIEJSZE, ŻE JESTEŚ<3
    ściskam Cię tak mocno...:*

    OdpowiedzUsuń
  8. No to się porobiło :D Plany - jak wiemy - są po to, żeby je modyfikować. Rozdział jest tak genialny, że czytałam trzy razy :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo fajny rozdział. Dopiero od dziś czytam tego bloga, ale strasznie mi się spodobał. Czekam na więcej w kwestii Iz i Andreasa <3 Niby się nie lubią ale są do siebie strasznie podobni. Mam nadzieje, że ich wątek będzie jeszcze bardziej ciekawy. Sam blog też jest zajefajny. Czekam na więcej <3 Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Czekalam na ten rozdzial i czekalam. Wiesz ze w jakims stopniu mi sie podoba? Mowie w jakims bo to co jest opisywane ( ze Izz i Karl sa pokloceni przez ta wywloke nazywana potocznie Milli) jest dosc przykre. Zeby brat nie ufal siostrze tylko wierzyl szmacie? Tak sie kurde nie robi! A podoba mi sie bo Izz i Wellinger odnalezli wspolny jezyk. Moze nie tak ja bym chcial (love story *.*) ale jest lepiej niz bylo na poczatku. . Andi jest jej oparciem teraz. Dobrze ją rozumie. Z niecierpliwoscia czekam na nowosc i zapraszam w swieta do siebie na nowe opowiadanie ;)
    Weny! I powodzenia ;****
    Inszaaaa

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie wiem czy wspominałam, że jest to moje najukochańsze opowiadanie??? Zrobię to teraz, bo ten rozdział był... nie mam lepszego słowa, więc powiem, że był... zaje***ty :D Uwielbiam główną bohaterkę, co rzadko mi się zdarza, a Twój Welli jest taki... inny. Czytałam z otwartą paszczą, dosłownie połykając słowa! Kawał dobrego napięcia mi zaserwowałaś. Wątek miłosny ma tu być i koniec! Może być to trudna, dziwna miłość (inaczej się nie da) ale ma być. Oni się mają ku sobie, i to od początku, choć wtedy zapewniałaś, że nic ich nie połączy. Te rozmowy na dziwne tematy, wspólne palenie papierosów, a w końcu odstąpienie jej łóżka... awww ♥ Rób dalej, to co tworzysz, bo jest cholernie dobre i z radością reaguję na każdy nowy rozdział. Ciumaski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jejciu, kochana.
      dziękuję, no, zatkało mnie z lekka.
      Ale jednocześnie Ty wiesz, że ja kocham Twoje opowiadanie i nie mogę się doczekać aż dodasz kolejny rozdział, także czekam <33

      Usuń
  12. Ojejku.
    Zastanawiam się kogo pierwszego pobić..
    Karla i jego debilne zachowanie?
    Millie i to, że jest najgorszą suką, jaka może tylko żyć?
    Czy Ciebie i fakt, że nic mi nie powiedziałaś o nowym rozdziale?!
    Wrr.
    Wygrywa Millie.
    Chociaż jej to już nie będzie potrzebne, prawda?
    Ale z tym Karlem to nie żartowałaś. Gdzie jest mój Aniołek?
    Odleciał?
    Nie, to niemożliwe.
    Więc niech lepiej się ogarnie, bo ja tu się martwię. Zwłaszcza, że jego serduszko niedługo będzie złamane na pół.
    Ech.
    Mimo wszystko Cię kocham, wiesz?
    Kocham Cię za wszystko i za jeszcze jedną rzecz.
    Wellinger i Izzy <3
    Awwwwww <3
    Oni muszą być parą!
    On stał się taki, taaaaaaaki kochany!
    Ja wiedziałam, że za skorupą dupka musiała kryć się dobra strona tego idealnego pajaca.
    Kocham go jeszcze bardziej.
    Ty łobuzie, nie rób ni tego, bo za bardzo już kocham Wankusia i Fettiego. Kolejnego już nie zniosę.
    Ach <3
    KOCHAM CIĘ POTWORZE <33333

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie wiem, dlaczego trafiłam tu tak późno :c Jestem głupia, bo to na prawdę świetne opowiadanie! Nadrobiłam z zapartym tchem i jestem pod mega wrażeniem! Masz ogromny talent, nie zmarnuj tego :)
    Nie lubie pisać długich komentarzy więc powiem jedno : nie wiem kogo zabić pierwszego >.< Karla za to, że ufa jakiejś wywłoce bardziej niż swojej siostrze czy Millie za to, że wrobiła Iz w swoje gierki >.< Coś czuje, że ona da im jeszcze popalić >.<
    Ale Welli... na początku dupek, a potem zdjął maskę ♥ Teraz to jedyna osoba, na której może polegać Iz i dobrze ♥ Połączysz ich razem, prawda? Będą parą? No proszę ♥
    Czekam na następny, weny ! :*
    PS Zapraszam też do siebie :)

    OdpowiedzUsuń