Wellinger
nie był ani zachwycony wizytą swojej matki ani nie zamierzał
dotrzymywać jej towarzystwa, więc Izzy zabrała Dianę do kuchni i
zrobiła jej i sobie gorącej herbaty.
Zawsze
lubiła tą kobietę, w przeciwieństwie do jej syna i nawet jeśli
nie bardzo wiedziała o czym mogłyby rozmawiać, to jednak ucieszyła
się z jej przyjazdu.
Może
dlatego, że była ona częścią jej trudnego, bolesnego
dzieciństwa, ale częścią, z którą wiązało się wiele dobra i
ciepła.
Ostatecznie
Diana nigdy nie odmówiła jej i Karlowi pomocy. Zawsze zgadzała się
ich przenocować czy nakarmić.
Wiele
jej zawdzięczali i Iz nie zamierzała o tym zapominać.
Dlatego
też zajęła miejsce na jednym z krzeseł kuchennych i objęła
dłońmi swój kubek z herbatą, a potem obdarzyła kobietę ciepłym,
zachęcającym uśmiechem.
Doprawdy
zachęcającym, bo wtedy też Diana cicho westchnęła, po czym
odezwała się:
-Często
się zastanawiam, gdzie popełniłam błąd. Wydawało mi się, że
dobrze go wychowuję. Ale jednak … musiałam coś zrobić źle,
skoro wyrósł na takiego … takiego … - urwała, wyraźnie nie
znajdując właściwego słowa.
Ale
Izzy je znalazła, prawie od razu.
-Idiotę?
- podsunęła, a na jej wargi wypłynął uśmiech. Szybko się
jednak zreflektowała i pokręciła głową – Przepraszam, nie
mogłam się powstrzymać.
Ku
jej zdziwieniu Diana nie wyglądała na urażoną, raczej na
rozbawioną.
-Nie
przepraszaj, słońce. Tak się składa, że to słowo pasuje jak
ulał. Nie mogłaś tego lepiej ująć.
Iz
jedynie poszerzyła uśmiech, a Diana upiła łyk herbaty. Odkładając
kubek westchnęła, po czym z lekkim znużeniem pokręciła głową i
wymamrotała:
-No
pięknie. A więc to już oficjalne. Wydałam na ten świat idiotę.
Mam syna idiotę. Idiotę – powtórzyła, wyraźnie rozkoszując
się brzmieniem tego słowa, a Izzy zagryzła wargę, żeby się nie
roześmiać. Wbrew pozorom Diana wcale nie uważała tej całej
sytuacji za komiczną, nawet jeśli rzeczywiście taka była.
-Jesteś
taka kochana, mamusiu.
Wellinger
pojawił się w kuchni jak to miał w zwyczaju – nagle i
niespodziewanie. Iz drgnęła lekko, gdy ujrzała go, zatrzymującego
się przy piecu i sięgającego po czajnik, by nalać do niego wody i
zrobić sobie coś gorącego do picia. Na jego twarzy kwitł
ironiczny uśmieszek, zdradzający, że nie bierze tego wszystkiego,
co właśnie usłyszał na poważnie. Matka wbiła w niego oczy.
-Wiedziałeś,
że jesteś idiotą, Andreas? - spytała z całkiem poważną miną.
Wellinger zerknął na Iz, która natychmiast podniosła kubek
herbaty do ust, bo znowu zachciało jej się śmiać, po czym
przeniósł ponownie wzrok na matkę i uniósł brew.
-A
ty nie wiedziałaś? - odpowiedział pytaniem na pytanie, udając
kompletnie zdumionego i w teatralnym geście złapał się za serce.
Diana zacisnęła usta w wąską kreskę, co widocznie dało mu do
zrozumienia, że pora skończyć z żartami, bo westchnął i dodał:
- W każdym razie, jak już jesteś tego świadoma, to możesz mi
powiedzieć, po co przyjechałaś?
Diana
przez chwilę milczała. W końcu otworzyła usta, więc wydawać by
się mogło, że postanowiła odpowiedzieć na pytanie syna, ale ona
zwróciła się w stronę Iz i odezwała:
-Wiesz
co, kochanie, zawsze miałam nadzieję, że wy dwoje się kiedyś
zejdziecie. Ale teraz widzę, że to było bardzo głupie z mojej
strony. Szkoda takiej dziewczyny jak ty na takiego bęcwała jak mój
syn.
-Hmm
… dzięki – mruknęła Izzy, niepewna, jak właściwie powinna
zareagować na takie wyznanie. Zaskoczyło ją to, obrzydziło i
przeraziło jednocześnie. Ona i Wellinger?
Ta
kobieta miała zdecydowanie zbyt wybujałą wyobraźnię.
Andreas
wywrócił oczami i postawił z impetem czajnik na piecu, po czym
włączył pod nim gaz. A gdy już to zrobił, oparł się plecami o
blat i spojrzał na matkę.
-Wprawdzie
przyjazd tutaj, żeby mnie trochę poobrażać to całkiem niezły
pomysł i bardzo w twoim stylu … ale mogłabyś to samo zrobić
przez telefon, więc dowiem się wreszcie, co tutaj robisz?
Diana
westchnęła, po czym spiorunowała go wzrokiem i niemal warknęła:
-Wysil
swoje szare komórki, synu. Po co mogłabym tu przyjechać? - a kiedy
on nic nie powiedział, wyraźnie już rozeźlona, dodała: - Bo
doszły mnie słuchy, że będziesz miał dziecko. A to oznacza, że
ja będę babcią. Wyobraź sobie więc, że trochę mnie interesuje
dziewczyna, która to dziecko urodzi.
Po
tych słowach spojrzała na Izzy z takim żalem, jakby nie mogła
przeboleć, że to nie ona jest tą dziewczyną.
Jeszcze
czego, pomyślała Izzy.
Ona
by nawet z kijem nie podeszła do Wellingera, a co dopiero pójść z
nim do łóżka …
Wstrząsnął
nią dreszcz odrazy, więc wybiła sobie z głowy te przemyślenia i
skupiła się na rozmowie.
Rozmowie,
która już się właściwie zakończyła, gdyż Wellinger po prostu
się odwrócił i zmierzył do wyjścia z kuchni.
-Gdzie
idziesz?! - krzyknęła za nim jego matka.
-Do
burdelu! - odkrzyknął, a potem tak głośno trzasnął drzwiami
wyjściowymi, że ściany zadrżały.
Diana
westchnęła ciężko i wsparła twarz na dłoni.
Wyglądała
na kompletnie załamaną i znużoną, więc Iz posłała jej
pokrzepiający uśmiech, a potem zapytała:
-Chce
pani zostać na noc?
Diana
pokręciła głową.
-I
tak nie miałabym, gdzie spać – zaczęła, ale Iz szybko jej
przerwała.
-Może
pani spać w łóżku Andreasa. W końcu on i tak nie wróci na noc.
Powiedziała
to bardzo odruchowo, nie przemyślawszy w ogóle tych słów i niemal
od razu ich pożałowała. Już otworzyła usta, by coś dodać na
swoje usprawiedliwienie, ale kobieta ją powstrzymała:
-W
porządku, skarbie. Przecież go znam. W końcu sama go wychowałam
na takiego idiotę.
Dopiła
herbatę, po czym wstała i wyszła z kuchni, zostawiając Iz
zupełnie samą.
Odetchnęła
głęboko, a potem, nie mogąc się już dłużej powstrzymać,
zaśmiała się, prawie że na cały głos.
Jezu,
musiała przemyśleć to całe mieszkanie tutaj.
Przecież
w tym miejscu można było kompletnie zwariować.
Ale
ja chyba już zwariowałam, przemknęło jej przez głowę, gdy
kompletnie rozbawiona zmierzała do swojego pokoju, więc ewentualnie
mogę zostać.
Doprawdy,
ani trochę nie rozumiał swojej matki.
Nie
rozumiał, gdzie ona widzi problem i dlaczego tak wiele razy nazwała
go idiotą, chociaż zasługiwał na to miano w znacznie mniejszym
stopniu niż … taka Iz, na przykład.
Jasne,
nawalił z tą Millie i wciąż sam nie mógł sobie wybaczyć, że
tak głupio dał się wrobić w dzieciaka, ale to jeszcze nie koniec
świata. Poza tym, miał dość kasy, by wymigać się od ojcowskiego
obowiązku i nie musieć tego dziecka widywać.
Zatem
problem był rozwiązany.
Dlaczego
więc jego matka tak bardzo skupiła się na tej sprawie, zamiast –
skoro już w końcu przyjechała, by sprawdzić czy w ogóle żyje w
tym Monachium – zapytać go o skoki? Czemu ona nigdy nie pytała o
skoki, czemu nigdy nie chciała wysłuchać jego opowieści o
treningach i zawodach i, co najważniejsze, czemu nigdy, przenigdy mu
nie pogratulowała odniesionych zwycięstw?
W
zeszłym roku został Mistrzem Olimpijskim, do cholery! To naprawdę
było takie nic?
Westchnął
głośno z frustracją, po czym skopał mocno jakiś kamyczek, leżący
mu na drodze. Przez chwilę stał, patrząc jak kamyczek wzbija się
w powietrze i ląduje z cichym stuknięciem parę metrów dalej, w
końcu wcisnął dłonie w kieszenie i wciąż kipiąc gniewem,
ruszył znów przed siebie.
Był
wściekły, to fakt.
I
potrzebował papierosów.
Pokręcił
głową z rezygnacją, gdy uświadomił sobie, że oto stało się
nieuniknione.
Znowu
wpadł w nałóg.
A
wszystko przez tą cholerną Izzy, która kopciła jak smok i
cuchnęła jak popielniczka, karmiąc go pokusą na każdym kroku.
Uniósł
głowę i spojrzał w lewo.
Spojrzał
tam, bo doskonale wiedział, że jak się skręci, a potem pójdzie
kilkadziesiąt metrów prosto to natrafi się na mały kiosk.
W
kiosku można było kupić papierosy.
Przygryzł
wargę, a palcami prawej ręki, wepchniętej w kieszeń dżinsów
wymacał parę monet. Wyjął je i obejrzał, doliczywszy się
siedmiu euro.
Wystarczy.
Ba,
nawet zapalniczkę będzie mógł sobie kupić.
Przez
chwilę stał niezdecydowany, na środku chodnika, wpatrując się w
leżące na otwartej dłoni monety.
W
końcu przeklął głośno cały świat, po czym odwrócił się na
pięcie i ruszył w stronę kiosku.
Do
mieszkania wracał już późnym wieczorem, rozluźniony, ze znacznie
lżejszym sercem i portfelem. Wypalił dostatecznie wiele papierosów,
by ponownie wpaść w szpony nałogu, by zaspokoić chwilowo głód
nikotynowy i by przygotować się na piekło, jakim było ponowne
stanięcie twarzą w twarz z matką.
Nie
mógł liczyć na to, że zabrała się i wróciła do Oberstdorfu.
Nigdy
go nie odwiedzała, więc jeśli już się pofatygowała, to na pewno
zostanie o wiele dłużej niż jedno popołudnie.
A
w każdym razie z pewnością na tyle długo, by poznać Millie i
zapytać ją dokładnie o wszystko.
Skrzywił
się, gdy wyobraził sobie, jak czerwonowłosa pogrąża go jeszcze
bardziej w oczach matki, a potem pokręcił lekko głową i
westchnąwszy pod nosem, wbiegł szybko po schodach prowadzących do
jego bloku.
Pociągnął
za drzwi wejściowe, ale one ani drgnęły.
Wtedy
też przypomniał sobie, że zapomniał klucza, na co oparł się
ręką o ścianę budynku i zaklął głośno. Trwał przez chwilę w
tej pozycji, wyklinając samego siebie, w końcu wyprostował się i
spojrzał na domofon.
Nie
miał innego wyboru.
Zbliżył
się do małego, wiszącego na ścianie urządzenia i wcisnął guzik
z numerem swojego mieszkania.
Przez
długą chwilę nic się nie działo, aż nagle coś kliknęło i
jego uszu dobiegł głos Izzy, wydobywający się z domofonu.
-Tak,
słucham?
-To
ja.
Po
tych słowach zapadło parę sekund ciszy. Wellinger już zaciskał
dłoń na klamce, oczekując, że lada chwila drzwi się otworzą,
gdy Iz wreszcie odpowiedziała:
-Chyba
nie znam.
A
potem usłyszał kolejne kliknięcie, oznaczające, że dziewczyna
odłożyła słuchawkę i zwyczajnie go olała.
Odsunął
się powoli od domofonu, wpatrując się w niego szeroko otwartymi
oczami, nie potrafiąc uwierzyć w to, co się stało.
Co
ona sobie w ogóle myślała?!
Zalała
go gwałtowna fala uczuć, z których na prowadzenie zdecydowanie
wybiła się wściekłość. Nie zdołał nad sobą zapanować.
Uniósł rękę i walnął mocno pięścią w domofon, nie dbając
już o to, który przycisk wciska i czy w ogóle, w któryś trafia.
Dopiero
po chwili uspokoił się na tyle, by ponownie zadzwonić do swojego
mieszkania. Chwila ciszy, kliknięcie, a potem, nim Izzy zdążyła
cokolwiek powiedzieć, to on się odezwał głosem nabrzmiałym
gniewem:
-Wpuść
mnie.
Tylko
mu się wydawało czy usłyszał jej zduszony śmiech? Przysunął
się jeszcze bliżej domofonu, wciąż świdrując go nachalnym
spojrzeniem, a ona odpowiedziała:
-Wiesz
co, Wellinger, naprawdę dobrze by ci zrobiło, jakbyś się przespał
na wycieraczce.
W
jej głosie wyraźnie słychać było rozbawienie. No tak, to
przecież była taka zabawna sytuacja! Zacisnął dłonie w pięści
i już szykował się do jakiejś riposty czy może tylko powtórzenia
swojego rozkazu, gdy coś zabrzęczało, a drzwi, o które się
opierał, uchyliły się.
-Tak
na przyszłość, zabieraj ze sobą klucze, bo drugi raz nie będę
taka miła – dodała jeszcze Izzy i odłożyła słuchawkę.
Zmełł
w ustach przekleństwo, po czym wszedł do środka i zamknął za
sobą drzwi. I już miał ruszyć w kierunku schodów, gdy coś
przykuło jego uwagę.
Korytarz
był pogrążony w ciemnościach i pozornie pusty … ale właśnie,
jedynie pozornie, bo gdy Wellinger odwrócił głowę w bok,
zarejestrował jakiś ruch. Zmrużył oczy, by lepiej widzieć, ale
niewiele to pomogło, więc bez namysłu ruszył w tamtym kierunku.
Parter
nie był zbyt duży, a Wellinger znał ten blok na tyle dobrze, by
wiedzieć, że zbliża się już do drugiej ściany. Skoncentrował
się i usłyszał czyjś niespokojny oddech i dziwny szelest, a wtedy
przypomniał sobie, że tu niedaleko znajduje się włącznik
światła.
Wyciągnął
rękę i w jednej chwili zrobiło się jasno, tak jasno, że ponownie
zmrużył oczy, oślepiony intensywnym światłem. Zamrugał, żeby
odzyskać ostrość widzenia, a wtedy jego wzrok skupił się na
stojącej naprzeciwko dziewczynie.
Dziewczynie,
którą znał.
-Co
ty tu robisz? - spytał kompletnie zaskoczony, gdy jego oczom ukazała
się Millie, z dziwnie spłoszoną miną, z rękami wepchniętymi
głęboko w kieszenie swetra.
Uniósł
brew, a ona otrząsnęła się z szoku i przybrała na twarz
pogardliwy wyraz.
-Nie
twoja sprawa, Wellinger – warknęła, po czym wyminęła go i już
miała odejść, gdy on, kierowany impulsem, chwycił ją za
nadgarstek.
Szarpnął
nią z taką siłą, że odwróciła się ponownie w jego stronę i
prawie na niego wpadła, z taką siłą, że wyrwał jej rękę z
kieszeni, a wtedy z niej coś wypadło i z cichym pacnięciem
uderzyło o ziemię.
Spojrzeli
na to w tym samym momencie, a czas jakby stanął w miejscu, gdy
Wellinger wpatrzył się w leżącą na podłodze paczuszkę
wypełnioną białym proszkiem, zaś jego mózg potrzebował paru
sekund, by zrozumieć czym była.
Gdy
już zrozumiał, oczy mu się rozszerzyły. Zaraz potem Millie
pochyliła się gwałtownie, porwała paczuszkę i wepchnęła ją
ponownie do kieszeni swetra, po czym nie patrząc już na chłopaka,
ruszyła w stronę schodów.
Nie
zatrzymał jej. Pozwolił jej wbiec po schodach i zniknąć na
piętrze, zaś on sam ciągle stał w tym samym miejscu, ciągle
wpatrywał się w skrawek podłogi, na którym chwilę temu leżała
ta paczuszka, ciągle usiłował zrozumieć.
I
nie rozumiał.
Nic
tu nie miało sensu.
Sziiiit, długie to.
Oto ja, z nowym rozdziałem.
Która ostatnio nie potrafi dojść do porozumienia z Pieszczoszkiem.
Się spakował, wyszedł i nie wiem gdzie łazi. Dlatego ciężko mi cokolwiek mówić o nowych rozdziałach - ślęczę nad jedenastym, a sprawy nie ułatwia fakt, że Karl też ma jakieś fochy. Ewidentnie mnie nie kochają, no ... :<
Dobra, koniec żalów, wracam do chemii.
Zaległości zaległościami - pewnie nie wygrzebię się z nich już do czerwca, ale po maturze możecie być pewne - nic mnie nie oderwie od Waszych opowiadań :D
Trzymajcie się ciepło w ten szarobury, przygnębiający dzień <3
P.S. A jeśli uda mi się pojawić już za dwa tygodnie z nowym rozdziałem to wiecie co? Wiecie?
Skoooooki!! *_*
Kochanie, ja to będę uwielbiać do ostatniego swojego dnia na tej ziemii.
OdpowiedzUsuńŻal mi matki Welliego, kobieta czujaca się sponiewierana przez własne dziecko.
I miało się takie wrażenie, że ona to raczej do Izzy przyjechała, a nie do syna.
"Idę do burdelu"- Andi, ja już myślałam, że tobie jakaś malutka porcja rozumu wreszcie do tego móżdżku wyskoczyła? Wiesz?
No ale jeszcze sobie jak widać poczekam...
Millie i narkotyki...
A ja taka tępa jestem, że tego po poprzednim rozdziale nie ogarnęłam.
O, ja już chcę wiedzieć jak babcia jej dzidziusia to potraktuje...
Ale bynajmniej żal mi Karla :(
Jak się dowie, że jego miłość nie jest taka urocza:(
Niech on lepiej Izz słucha, bo ja ją na prawdę lubię z dnia na dzień coraz bardziej.
Dwa tygodnie<3<3<3
Czternaście dni<3<3<3
No!
Ściskam Cię Skarbie i powodzenia z tą chemią:*,
Boziuuu... Dziewczyno : kocham mamę Wellingera (y) Moja nie odważyła by się tak nazwać ani jednego ze swoich kochanych syneczków. Myślałam, że padnę ze śmiechu może w końcu coś dotrze do móżczku Andreasa :D
OdpowiedzUsuńMillie bierze ;-; No to możemy się pożegnać ze zdrowym pięknym maluszkiem. No chyba, że będzie miało jakoś wyjątkowo szczęście.
Ona ma coś do Karla i Iz, a nie do Wellingera ;-; Ja to wiem !
weny kochana :*
PROROKU.
Usuńoooooops, Millie. Ostatnio coś było nie tak w zachowaniu Millie, ale żeby narkotyki? W ciąży? no pls, o co chodzi? Intrygujesz coraz bardziej, podoba mi się to :)
OdpowiedzUsuńA Wellinger... Czasami słów do człowieka, nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy tak chamsko zachowują się w stosunku do własnych rodziców :c
Piszpiszpisz<3
Naprawdę świetny rozdział i super, że taki długi :D
OdpowiedzUsuńPowodzenia w chemii :*
Nie gadam z Tobą, koniec przyjaźni. Co z tego że mam ten rozdział i go czytam go codziennie po kilka razy, ale Ci o tym nie mówię, bo byś mi kazała pisać...
OdpowiedzUsuńSerio z Tobą nie gadam, miałaś mi mówić jak wrzucasz rozdział, a Ty nic. Pal sześć, gdybym sama mogła to sprawdzić, ale doskonale wiesz czym się zajmuję od ponad godziny.
Rób, co chcesz, nie gadam z Tobą. Będziesz mieć święty spokój, wim, że teraz odwalasz taniec radości, myślisz, że nie wiem?
No.
To ten, nawet jak z Tobą nie gadam, to muszę Ci powiedzieć, że jesteś geniuszem i nadal parskam na myśł o tym, co mi wczoraj powiedziałaś, wtedy kiedy miałam nie prychać.
Wow, udało mi się napisać komentarz całkowicie nie na temat. Zdolna ja.
I wiesz, ja podtrzymuję moje zdanie, że oni powinni być razem, bo bez tego nie będzie happy endu.
Żegnam Panią.
Też Cię kocham, maleńka <3
UsuńPisząc ten komentarz śpiewam sobie cicho pod nosem "będą skoki, będzie zabawa, będzie się działo" :D Rozdział naładowany akcją, aż dostałam wypieków. Między Izzy i Wellingerem coś wisi w powietrzu i nawet mi nie mów, że tu nie będzie żadnego wątku uczuciowego! Iskrzy między nimi, choć sami nie są tego świadomi. Jeśli zaś chodzi o Millie, to miałam takie przeczucie, że będzie kombinowała coś w sferze białych proszków, pigułek itp. No nic, trzeba cierpliwie czekać na kolejny rozdział, który mam nadzieję przeczytać i skomentować jeszcze na ciepło, zaraz gdy go dodasz :) Mam potworne zaległości i przez ostatnie dwa tygodnie za niczym tak nie tęskniłam, jak za opowiadaniami! Pozdrawiam :*
OdpowiedzUsuńhi hi usmiałam się jak głupia, gdy przeczytałam ten tekst Lizzy, że nie tknęlaby Wellingera nawet kijem :)
OdpowiedzUsuńto nie Milly bierze , prawda? to pewnie ma związek z poprzednim rozdziałem.
no nic, nie wnikam już.
pozdrawiam i caluję :*
o m g *.*
OdpowiedzUsuńwiesz, że ten rozdział jest świetny? na prawdę. :D
teraz, to ja już nic nie rozumiem. no cóż, z niecierpliwością czekam na następny :D wybacz za brak czasu :/
Pozdrawiam ciepło i weny! <3
Izzy ma rację. Dobrze by mu zrobił nocleg na wycieraczce. Po co go wpuszczała? Za to jak potraktował swoją matkę, nawet tą wycieraczkę powinno się mu zabrać, niech śpi na zimnym betonie.
OdpowiedzUsuńA jeśli chodzi o Millie to coś mi się wydaje, że jej obecność w Monachium nie ma zbyt wiele wspólnego z Wellingerem. Skoro zna się z ojcem Karla i Izzy, to chyba raczej do nich ma jakąś "sprawę". Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to tylko zbieg okoliczności :)
PS Trzynaście dni, trzynaście! :D
Jak ja uwielbiam dynamikę tych Twoich rozdziałów! Mama Welligo była fantastyczna, zdecydowanie wygrała odcinek. A Andi jednak nie poszedł się szlajać tylko wrócił z podkulonym ogonem. I jestem ciekawa co Millie kombinuje. Jakoś mi się nie chce wierzyć, że jest ćpunką... Zrobiłaby coś takiego dziecku? Mam nadzieję, że nie. I ciekawa jestem co Wellinger zrobi ze swoim odkryciem. I pytanie czy ktoś mu uwierzy? I pewnie jeśli ktoś to jedyni Iz. Będzie się działo.
OdpowiedzUsuńja juz osobiscie nie moge się doczekac skoków, ahhh, i jeszcze Harrahov na mnie czeka! <333333333333
OdpowiedzUsuńUwielbiam to opowiadanie, mama Wellinger najlepsza - "wychowałam idiotę" hahahahahha
Mam jednak taką cichą nadzieję, że Andi i Iz będa razem haha :D
Ta Millie od samego początku mi się nie podobała! i wyszło że jest cpunką,pffff
Czekam na nowość z niecierpliwością :***
a mnie by było szkoda Wellingera na wycieraczkę, jest jaki jest, ale sporą taryfą ulgową jest ta ładna buźka, więc sporo jestem w stanie wybaczyć.
OdpowiedzUsuń[kraj-dzwieku]