sobota, 9 listopada 2013

Dziesięć: Ach te matki.

Wellinger nie był ani zachwycony wizytą swojej matki ani nie zamierzał dotrzymywać jej towarzystwa, więc Izzy zabrała Dianę do kuchni i zrobiła jej i sobie gorącej herbaty.
Zawsze lubiła tą kobietę, w przeciwieństwie do jej syna i nawet jeśli nie bardzo wiedziała o czym mogłyby rozmawiać, to jednak ucieszyła się z jej przyjazdu.
Może dlatego, że była ona częścią jej trudnego, bolesnego dzieciństwa, ale częścią, z którą wiązało się wiele dobra i ciepła.
Ostatecznie Diana nigdy nie odmówiła jej i Karlowi pomocy. Zawsze zgadzała się ich przenocować czy nakarmić.
Wiele jej zawdzięczali i Iz nie zamierzała o tym zapominać.
Dlatego też zajęła miejsce na jednym z krzeseł kuchennych i objęła dłońmi swój kubek z herbatą, a potem obdarzyła kobietę ciepłym, zachęcającym uśmiechem.
Doprawdy zachęcającym, bo wtedy też Diana cicho westchnęła, po czym odezwała się:
-Często się zastanawiam, gdzie popełniłam błąd. Wydawało mi się, że dobrze go wychowuję. Ale jednak … musiałam coś zrobić źle, skoro wyrósł na takiego … takiego … - urwała, wyraźnie nie znajdując właściwego słowa.
Ale Izzy je znalazła, prawie od razu.
-Idiotę? - podsunęła, a na jej wargi wypłynął uśmiech. Szybko się jednak zreflektowała i pokręciła głową – Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać.
Ku jej zdziwieniu Diana nie wyglądała na urażoną, raczej na rozbawioną.
-Nie przepraszaj, słońce. Tak się składa, że to słowo pasuje jak ulał. Nie mogłaś tego lepiej ująć.
Iz jedynie poszerzyła uśmiech, a Diana upiła łyk herbaty. Odkładając kubek westchnęła, po czym z lekkim znużeniem pokręciła głową i wymamrotała:
-No pięknie. A więc to już oficjalne. Wydałam na ten świat idiotę. Mam syna idiotę. Idiotę – powtórzyła, wyraźnie rozkoszując się brzmieniem tego słowa, a Izzy zagryzła wargę, żeby się nie roześmiać. Wbrew pozorom Diana wcale nie uważała tej całej sytuacji za komiczną, nawet jeśli rzeczywiście taka była.
-Jesteś taka kochana, mamusiu.
Wellinger pojawił się w kuchni jak to miał w zwyczaju – nagle i niespodziewanie. Iz drgnęła lekko, gdy ujrzała go, zatrzymującego się przy piecu i sięgającego po czajnik, by nalać do niego wody i zrobić sobie coś gorącego do picia. Na jego twarzy kwitł ironiczny uśmieszek, zdradzający, że nie bierze tego wszystkiego, co właśnie usłyszał na poważnie. Matka wbiła w niego oczy.
-Wiedziałeś, że jesteś idiotą, Andreas? - spytała z całkiem poważną miną. Wellinger zerknął na Iz, która natychmiast podniosła kubek herbaty do ust, bo znowu zachciało jej się śmiać, po czym przeniósł ponownie wzrok na matkę i uniósł brew.
-A ty nie wiedziałaś? - odpowiedział pytaniem na pytanie, udając kompletnie zdumionego i w teatralnym geście złapał się za serce. Diana zacisnęła usta w wąską kreskę, co widocznie dało mu do zrozumienia, że pora skończyć z żartami, bo westchnął i dodał: - W każdym razie, jak już jesteś tego świadoma, to możesz mi powiedzieć, po co przyjechałaś?
Diana przez chwilę milczała. W końcu otworzyła usta, więc wydawać by się mogło, że postanowiła odpowiedzieć na pytanie syna, ale ona zwróciła się w stronę Iz i odezwała:
-Wiesz co, kochanie, zawsze miałam nadzieję, że wy dwoje się kiedyś zejdziecie. Ale teraz widzę, że to było bardzo głupie z mojej strony. Szkoda takiej dziewczyny jak ty na takiego bęcwała jak mój syn.
-Hmm … dzięki – mruknęła Izzy, niepewna, jak właściwie powinna zareagować na takie wyznanie. Zaskoczyło ją to, obrzydziło i przeraziło jednocześnie. Ona i Wellinger?
Ta kobieta miała zdecydowanie zbyt wybujałą wyobraźnię.
Andreas wywrócił oczami i postawił z impetem czajnik na piecu, po czym włączył pod nim gaz. A gdy już to zrobił, oparł się plecami o blat i spojrzał na matkę.
-Wprawdzie przyjazd tutaj, żeby mnie trochę poobrażać to całkiem niezły pomysł i bardzo w twoim stylu … ale mogłabyś to samo zrobić przez telefon, więc dowiem się wreszcie, co tutaj robisz?
Diana westchnęła, po czym spiorunowała go wzrokiem i niemal warknęła:
-Wysil swoje szare komórki, synu. Po co mogłabym tu przyjechać? - a kiedy on nic nie powiedział, wyraźnie już rozeźlona, dodała: - Bo doszły mnie słuchy, że będziesz miał dziecko. A to oznacza, że ja będę babcią. Wyobraź sobie więc, że trochę mnie interesuje dziewczyna, która to dziecko urodzi.
Po tych słowach spojrzała na Izzy z takim żalem, jakby nie mogła przeboleć, że to nie ona jest tą dziewczyną.
Jeszcze czego, pomyślała Izzy.
Ona by nawet z kijem nie podeszła do Wellingera, a co dopiero pójść z nim do łóżka …
Wstrząsnął nią dreszcz odrazy, więc wybiła sobie z głowy te przemyślenia i skupiła się na rozmowie.
Rozmowie, która już się właściwie zakończyła, gdyż Wellinger po prostu się odwrócił i zmierzył do wyjścia z kuchni.
-Gdzie idziesz?! - krzyknęła za nim jego matka.
-Do burdelu! - odkrzyknął, a potem tak głośno trzasnął drzwiami wyjściowymi, że ściany zadrżały.
Diana westchnęła ciężko i wsparła twarz na dłoni.
Wyglądała na kompletnie załamaną i znużoną, więc Iz posłała jej pokrzepiający uśmiech, a potem zapytała:
-Chce pani zostać na noc?
Diana pokręciła głową.
-I tak nie miałabym, gdzie spać – zaczęła, ale Iz szybko jej przerwała.
-Może pani spać w łóżku Andreasa. W końcu on i tak nie wróci na noc.
Powiedziała to bardzo odruchowo, nie przemyślawszy w ogóle tych słów i niemal od razu ich pożałowała. Już otworzyła usta, by coś dodać na swoje usprawiedliwienie, ale kobieta ją powstrzymała:
-W porządku, skarbie. Przecież go znam. W końcu sama go wychowałam na takiego idiotę.
Dopiła herbatę, po czym wstała i wyszła z kuchni, zostawiając Iz zupełnie samą.
Odetchnęła głęboko, a potem, nie mogąc się już dłużej powstrzymać, zaśmiała się, prawie że na cały głos.
Jezu, musiała przemyśleć to całe mieszkanie tutaj.
Przecież w tym miejscu można było kompletnie zwariować.
Ale ja chyba już zwariowałam, przemknęło jej przez głowę, gdy kompletnie rozbawiona zmierzała do swojego pokoju, więc ewentualnie mogę zostać.


Doprawdy, ani trochę nie rozumiał swojej matki.
Nie rozumiał, gdzie ona widzi problem i dlaczego tak wiele razy nazwała go idiotą, chociaż zasługiwał na to miano w znacznie mniejszym stopniu niż … taka Iz, na przykład.
Jasne, nawalił z tą Millie i wciąż sam nie mógł sobie wybaczyć, że tak głupio dał się wrobić w dzieciaka, ale to jeszcze nie koniec świata. Poza tym, miał dość kasy, by wymigać się od ojcowskiego obowiązku i nie musieć tego dziecka widywać.
Zatem problem był rozwiązany.
Dlaczego więc jego matka tak bardzo skupiła się na tej sprawie, zamiast – skoro już w końcu przyjechała, by sprawdzić czy w ogóle żyje w tym Monachium – zapytać go o skoki? Czemu ona nigdy nie pytała o skoki, czemu nigdy nie chciała wysłuchać jego opowieści o treningach i zawodach i, co najważniejsze, czemu nigdy, przenigdy mu nie pogratulowała odniesionych zwycięstw?
W zeszłym roku został Mistrzem Olimpijskim, do cholery! To naprawdę było takie nic?
Westchnął głośno z frustracją, po czym skopał mocno jakiś kamyczek, leżący mu na drodze. Przez chwilę stał, patrząc jak kamyczek wzbija się w powietrze i ląduje z cichym stuknięciem parę metrów dalej, w końcu wcisnął dłonie w kieszenie i wciąż kipiąc gniewem, ruszył znów przed siebie.
Był wściekły, to fakt.
I potrzebował papierosów.
Pokręcił głową z rezygnacją, gdy uświadomił sobie, że oto stało się nieuniknione.
Znowu wpadł w nałóg.
A wszystko przez tą cholerną Izzy, która kopciła jak smok i cuchnęła jak popielniczka, karmiąc go pokusą na każdym kroku.
Uniósł głowę i spojrzał w lewo.
Spojrzał tam, bo doskonale wiedział, że jak się skręci, a potem pójdzie kilkadziesiąt metrów prosto to natrafi się na mały kiosk.
W kiosku można było kupić papierosy.
Przygryzł wargę, a palcami prawej ręki, wepchniętej w kieszeń dżinsów wymacał parę monet. Wyjął je i obejrzał, doliczywszy się siedmiu euro.
Wystarczy.
Ba, nawet zapalniczkę będzie mógł sobie kupić.
Przez chwilę stał niezdecydowany, na środku chodnika, wpatrując się w leżące na otwartej dłoni monety.
W końcu przeklął głośno cały świat, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę kiosku.


Do mieszkania wracał już późnym wieczorem, rozluźniony, ze znacznie lżejszym sercem i portfelem. Wypalił dostatecznie wiele papierosów, by ponownie wpaść w szpony nałogu, by zaspokoić chwilowo głód nikotynowy i by przygotować się na piekło, jakim było ponowne stanięcie twarzą w twarz z matką.
Nie mógł liczyć na to, że zabrała się i wróciła do Oberstdorfu.
Nigdy go nie odwiedzała, więc jeśli już się pofatygowała, to na pewno zostanie o wiele dłużej niż jedno popołudnie.
A w każdym razie z pewnością na tyle długo, by poznać Millie i zapytać ją dokładnie o wszystko.
Skrzywił się, gdy wyobraził sobie, jak czerwonowłosa pogrąża go jeszcze bardziej w oczach matki, a potem pokręcił lekko głową i westchnąwszy pod nosem, wbiegł szybko po schodach prowadzących do jego bloku.
Pociągnął za drzwi wejściowe, ale one ani drgnęły.
Wtedy też przypomniał sobie, że zapomniał klucza, na co oparł się ręką o ścianę budynku i zaklął głośno. Trwał przez chwilę w tej pozycji, wyklinając samego siebie, w końcu wyprostował się i spojrzał na domofon.
Nie miał innego wyboru.
Zbliżył się do małego, wiszącego na ścianie urządzenia i wcisnął guzik z numerem swojego mieszkania.
Przez długą chwilę nic się nie działo, aż nagle coś kliknęło i jego uszu dobiegł głos Izzy, wydobywający się z domofonu.
-Tak, słucham?
-To ja.
Po tych słowach zapadło parę sekund ciszy. Wellinger już zaciskał dłoń na klamce, oczekując, że lada chwila drzwi się otworzą, gdy Iz wreszcie odpowiedziała:
-Chyba nie znam.
A potem usłyszał kolejne kliknięcie, oznaczające, że dziewczyna odłożyła słuchawkę i zwyczajnie go olała.
Odsunął się powoli od domofonu, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami, nie potrafiąc uwierzyć w to, co się stało.
Co ona sobie w ogóle myślała?!
Zalała go gwałtowna fala uczuć, z których na prowadzenie zdecydowanie wybiła się wściekłość. Nie zdołał nad sobą zapanować. Uniósł rękę i walnął mocno pięścią w domofon, nie dbając już o to, który przycisk wciska i czy w ogóle, w któryś trafia.
Dopiero po chwili uspokoił się na tyle, by ponownie zadzwonić do swojego mieszkania. Chwila ciszy, kliknięcie, a potem, nim Izzy zdążyła cokolwiek powiedzieć, to on się odezwał głosem nabrzmiałym gniewem:
-Wpuść mnie.
Tylko mu się wydawało czy usłyszał jej zduszony śmiech? Przysunął się jeszcze bliżej domofonu, wciąż świdrując go nachalnym spojrzeniem, a ona odpowiedziała:
-Wiesz co, Wellinger, naprawdę dobrze by ci zrobiło, jakbyś się przespał na wycieraczce.
W jej głosie wyraźnie słychać było rozbawienie. No tak, to przecież była taka zabawna sytuacja! Zacisnął dłonie w pięści i już szykował się do jakiejś riposty czy może tylko powtórzenia swojego rozkazu, gdy coś zabrzęczało, a drzwi, o które się opierał, uchyliły się.
-Tak na przyszłość, zabieraj ze sobą klucze, bo drugi raz nie będę taka miła – dodała jeszcze Izzy i odłożyła słuchawkę.
Zmełł w ustach przekleństwo, po czym wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. I już miał ruszyć w kierunku schodów, gdy coś przykuło jego uwagę.
Korytarz był pogrążony w ciemnościach i pozornie pusty … ale właśnie, jedynie pozornie, bo gdy Wellinger odwrócił głowę w bok, zarejestrował jakiś ruch. Zmrużył oczy, by lepiej widzieć, ale niewiele to pomogło, więc bez namysłu ruszył w tamtym kierunku.
Parter nie był zbyt duży, a Wellinger znał ten blok na tyle dobrze, by wiedzieć, że zbliża się już do drugiej ściany. Skoncentrował się i usłyszał czyjś niespokojny oddech i dziwny szelest, a wtedy przypomniał sobie, że tu niedaleko znajduje się włącznik światła.
Wyciągnął rękę i w jednej chwili zrobiło się jasno, tak jasno, że ponownie zmrużył oczy, oślepiony intensywnym światłem. Zamrugał, żeby odzyskać ostrość widzenia, a wtedy jego wzrok skupił się na stojącej naprzeciwko dziewczynie.
Dziewczynie, którą znał.
-Co ty tu robisz? - spytał kompletnie zaskoczony, gdy jego oczom ukazała się Millie, z dziwnie spłoszoną miną, z rękami wepchniętymi głęboko w kieszenie swetra.
Uniósł brew, a ona otrząsnęła się z szoku i przybrała na twarz pogardliwy wyraz.
-Nie twoja sprawa, Wellinger – warknęła, po czym wyminęła go i już miała odejść, gdy on, kierowany impulsem, chwycił ją za nadgarstek.
Szarpnął nią z taką siłą, że odwróciła się ponownie w jego stronę i prawie na niego wpadła, z taką siłą, że wyrwał jej rękę z kieszeni, a wtedy z niej coś wypadło i z cichym pacnięciem uderzyło o ziemię.
Spojrzeli na to w tym samym momencie, a czas jakby stanął w miejscu, gdy Wellinger wpatrzył się w leżącą na podłodze paczuszkę wypełnioną białym proszkiem, zaś jego mózg potrzebował paru sekund, by zrozumieć czym była.
Gdy już zrozumiał, oczy mu się rozszerzyły. Zaraz potem Millie pochyliła się gwałtownie, porwała paczuszkę i wepchnęła ją ponownie do kieszeni swetra, po czym nie patrząc już na chłopaka, ruszyła w stronę schodów.
Nie zatrzymał jej. Pozwolił jej wbiec po schodach i zniknąć na piętrze, zaś on sam ciągle stał w tym samym miejscu, ciągle wpatrywał się w skrawek podłogi, na którym chwilę temu leżała ta paczuszka, ciągle usiłował zrozumieć.
I nie rozumiał.
Nic tu nie miało sensu.


Sziiiit, długie to.
Oto ja, z nowym rozdziałem.
Która ostatnio nie potrafi dojść do porozumienia z Pieszczoszkiem.
Się spakował, wyszedł i nie wiem gdzie łazi. Dlatego ciężko mi cokolwiek mówić o nowych rozdziałach - ślęczę nad jedenastym, a sprawy nie ułatwia fakt, że Karl też ma jakieś fochy. Ewidentnie mnie nie kochają, no ... :<
Dobra, koniec żalów, wracam do chemii.
Zaległości zaległościami - pewnie nie wygrzebię się z nich już do czerwca, ale po maturze możecie być pewne - nic mnie nie oderwie od Waszych opowiadań :D
Trzymajcie się ciepło w ten szarobury, przygnębiający dzień <3
P.S. A jeśli uda mi się pojawić już za dwa tygodnie  z nowym rozdziałem to wiecie co? Wiecie?
Skoooooki!! *_*


14 komentarzy:

  1. Kochanie, ja to będę uwielbiać do ostatniego swojego dnia na tej ziemii.
    Żal mi matki Welliego, kobieta czujaca się sponiewierana przez własne dziecko.
    I miało się takie wrażenie, że ona to raczej do Izzy przyjechała, a nie do syna.
    "Idę do burdelu"- Andi, ja już myślałam, że tobie jakaś malutka porcja rozumu wreszcie do tego móżdżku wyskoczyła? Wiesz?
    No ale jeszcze sobie jak widać poczekam...
    Millie i narkotyki...
    A ja taka tępa jestem, że tego po poprzednim rozdziale nie ogarnęłam.
    O, ja już chcę wiedzieć jak babcia jej dzidziusia to potraktuje...
    Ale bynajmniej żal mi Karla :(
    Jak się dowie, że jego miłość nie jest taka urocza:(
    Niech on lepiej Izz słucha, bo ja ją na prawdę lubię z dnia na dzień coraz bardziej.

    Dwa tygodnie<3<3<3
    Czternaście dni<3<3<3
    No!

    Ściskam Cię Skarbie i powodzenia z tą chemią:*,

    OdpowiedzUsuń
  2. Boziuuu... Dziewczyno : kocham mamę Wellingera (y) Moja nie odważyła by się tak nazwać ani jednego ze swoich kochanych syneczków. Myślałam, że padnę ze śmiechu może w końcu coś dotrze do móżczku Andreasa :D
    Millie bierze ;-; No to możemy się pożegnać ze zdrowym pięknym maluszkiem. No chyba, że będzie miało jakoś wyjątkowo szczęście.
    Ona ma coś do Karla i Iz, a nie do Wellingera ;-; Ja to wiem !
    weny kochana :*

    OdpowiedzUsuń
  3. oooooops, Millie. Ostatnio coś było nie tak w zachowaniu Millie, ale żeby narkotyki? W ciąży? no pls, o co chodzi? Intrygujesz coraz bardziej, podoba mi się to :)
    A Wellinger... Czasami słów do człowieka, nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy tak chamsko zachowują się w stosunku do własnych rodziców :c
    Piszpiszpisz<3

    OdpowiedzUsuń
  4. Naprawdę świetny rozdział i super, że taki długi :D
    Powodzenia w chemii :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie gadam z Tobą, koniec przyjaźni. Co z tego że mam ten rozdział i go czytam go codziennie po kilka razy, ale Ci o tym nie mówię, bo byś mi kazała pisać...
    Serio z Tobą nie gadam, miałaś mi mówić jak wrzucasz rozdział, a Ty nic. Pal sześć, gdybym sama mogła to sprawdzić, ale doskonale wiesz czym się zajmuję od ponad godziny.
    Rób, co chcesz, nie gadam z Tobą. Będziesz mieć święty spokój, wim, że teraz odwalasz taniec radości, myślisz, że nie wiem?
    No.
    To ten, nawet jak z Tobą nie gadam, to muszę Ci powiedzieć, że jesteś geniuszem i nadal parskam na myśł o tym, co mi wczoraj powiedziałaś, wtedy kiedy miałam nie prychać.
    Wow, udało mi się napisać komentarz całkowicie nie na temat. Zdolna ja.
    I wiesz, ja podtrzymuję moje zdanie, że oni powinni być razem, bo bez tego nie będzie happy endu.
    Żegnam Panią.

    OdpowiedzUsuń
  6. Pisząc ten komentarz śpiewam sobie cicho pod nosem "będą skoki, będzie zabawa, będzie się działo" :D Rozdział naładowany akcją, aż dostałam wypieków. Między Izzy i Wellingerem coś wisi w powietrzu i nawet mi nie mów, że tu nie będzie żadnego wątku uczuciowego! Iskrzy między nimi, choć sami nie są tego świadomi. Jeśli zaś chodzi o Millie, to miałam takie przeczucie, że będzie kombinowała coś w sferze białych proszków, pigułek itp. No nic, trzeba cierpliwie czekać na kolejny rozdział, który mam nadzieję przeczytać i skomentować jeszcze na ciepło, zaraz gdy go dodasz :) Mam potworne zaległości i przez ostatnie dwa tygodnie za niczym tak nie tęskniłam, jak za opowiadaniami! Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  7. hi hi usmiałam się jak głupia, gdy przeczytałam ten tekst Lizzy, że nie tknęlaby Wellingera nawet kijem :)
    to nie Milly bierze , prawda? to pewnie ma związek z poprzednim rozdziałem.
    no nic, nie wnikam już.
    pozdrawiam i caluję :*

    OdpowiedzUsuń
  8. o m g *.*
    wiesz, że ten rozdział jest świetny? na prawdę. :D
    teraz, to ja już nic nie rozumiem. no cóż, z niecierpliwością czekam na następny :D wybacz za brak czasu :/
    Pozdrawiam ciepło i weny! <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Izzy ma rację. Dobrze by mu zrobił nocleg na wycieraczce. Po co go wpuszczała? Za to jak potraktował swoją matkę, nawet tą wycieraczkę powinno się mu zabrać, niech śpi na zimnym betonie.
    A jeśli chodzi o Millie to coś mi się wydaje, że jej obecność w Monachium nie ma zbyt wiele wspólnego z Wellingerem. Skoro zna się z ojcem Karla i Izzy, to chyba raczej do nich ma jakąś "sprawę". Jakoś nie chce mi się wierzyć, że to tylko zbieg okoliczności :)
    PS Trzynaście dni, trzynaście! :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak ja uwielbiam dynamikę tych Twoich rozdziałów! Mama Welligo była fantastyczna, zdecydowanie wygrała odcinek. A Andi jednak nie poszedł się szlajać tylko wrócił z podkulonym ogonem. I jestem ciekawa co Millie kombinuje. Jakoś mi się nie chce wierzyć, że jest ćpunką... Zrobiłaby coś takiego dziecku? Mam nadzieję, że nie. I ciekawa jestem co Wellinger zrobi ze swoim odkryciem. I pytanie czy ktoś mu uwierzy? I pewnie jeśli ktoś to jedyni Iz. Będzie się działo.

    OdpowiedzUsuń
  11. ja juz osobiscie nie moge się doczekac skoków, ahhh, i jeszcze Harrahov na mnie czeka! <333333333333
    Uwielbiam to opowiadanie, mama Wellinger najlepsza - "wychowałam idiotę" hahahahahha
    Mam jednak taką cichą nadzieję, że Andi i Iz będa razem haha :D
    Ta Millie od samego początku mi się nie podobała! i wyszło że jest cpunką,pffff
    Czekam na nowość z niecierpliwością :***

    OdpowiedzUsuń
  12. a mnie by było szkoda Wellingera na wycieraczkę, jest jaki jest, ale sporą taryfą ulgową jest ta ładna buźka, więc sporo jestem w stanie wybaczyć.

    [kraj-dzwieku]

    OdpowiedzUsuń