Wellinger zaszczycił wszystkich swoją obecnością dopiero następnego dnia rano, gdy już zjedli śniadanie i każde zajęło się sobą.
Izzy miała ochotę podejść do niego i strzelić mu w pysk, a potem wyzywającym tonem zapytać, gdzie się tyle podziewał, ale zdusiła w sobie to pragnienie i po prostu go zignorowała.
Ale Karl go nie zignorował. Nie zignorował również faktu, że Wellinger od razu zniknął w swoim pokoju, dając tym samym znak, że nie chce z nikim rozmawiać. Wręcz przeciwnie, poszedł tam za nim, wszedł do środka bez pukania i zamknął drzwi.
Sam ten fakt był wystarczająco zaskakujący, ale Karl na tym nie poprzestał. Wszystko wskazywało na to, że noc spędzona na twardej, niewygodnej kanapie, która w dodatku była wyraźnie za mała, by zmieścić jego długie ciało, wydobyła z Karla całe, dotąd głęboko skrywane pokłady furii i złości. Nie minęła nawet minuta, a mieszkanie aż się zatrzęsło od jego krzyku:
-Co to ma znaczyć, że wyrywałeś sobie dupy, do cholery?!
Izzy pierwszy raz w życiu usłyszała, jak jej brat krzyczy. Teraz tylko uśmiechnęła się, a ten uśmiech jedynie się poszerzył, gdy ujrzała minę Millie.
-To mój brat – powiedziała z taką dumą, jakby Karl właśnie co najmniej ocalił życie setki ludzi, a nie podniósł głos na Wellingera.
Wellingera, który najwyraźniej postanowił się obronić, bo po chwili i jego krzyk dotarł do ich uszu.
-Nie ma mowy, żebym pozwolił tu zostać tej wywłoce! I to nie jest moje dziecko!
Millie drgnęła, a jej dłonie bezwolnie powędrowały na zaokrąglony brzuch. Iz rzuciła jej krótkie spojrzenie, po czym pokręciła głową, pokazując w ten niemy sposób swoją niechęć do Wellingera. Nie usłyszały już więcej krzyków, ale Karl wciąż nie wychodził z pokoju Andreasa, co dało im pewność, że rozmowa trwa, choć teraz prowadzona jest już ciszej i spokojniej.
I wreszcie Karl postawił na swoim. Millie została w ich mieszkaniu i zostać miała, aż do rozwiązania, aż do chwili, w której mogli zrobić testy, na które tak nalegał Wellinger i przekonać się, kto faktycznie jest ojcem dziecka.
Izzy bardzo chciała, by Wellinger zapłacił za swoje i to nie tylko symbolicznie, chciała, by to było jego dziecko i by musiał ponieść odpowiedzialność za utrzymywanie go. Z drugiej strony nie uśmiechało jej się mieszkanie z owym dzieckiem, zwłaszcza, że naprawdę nie wyobrażała sobie, by jeszcze dla niego mogło się znaleźć miejsce w ich już i tak przeludnionym mieszkaniu. Miała nadzieję, że Millie, mimo braku pracy i pieniędzy, znajdzie sobie coś i nie będzie im ciągle siedziała na głowie.
Jednak później, patrząc na Karla i jego stosunek do dziewczyny, zaczynała dochodzić do wniosku, że brat nigdy jej na to nie pozwoli.
Przez następny miesiąc całą czwórką oswabadzali się z tą nową sytuacją, której w żadnym wypadku nie można było nazwać łatwą.
Izzy cieszyła się z tego, że miała pracę i mogła urywać się na większość dnia z mieszkania, bo atmosfera w nim stała się absolutnie nie do zniesienia, głównie z powodu tego, który od początku tą atmosferę zatruwał.
Nie sądziła, że Wellinger może ją drażnić jeszcze bardziej, ale najwyraźniej się pomyliła, gdyż o ile wcześniej był denerwujący, tak teraz każda minuta spędzona w jego towarzystwie sprawiała, że nóż jej się w kieszeni otwierał.
Jednak to nie ona miała z nim najciężej. Zazwyczaj było tak, że jeśli sama nie sprowokowała kłótni, to Wellinger po prostu ją ignorował, a był to przywilej, jakim nie mogła poszczycić się Millie.
Czerwonowłosa od samego początku traktowana była przez niego jak niepotrzebny balast, jak utrudnienie życia i coś absolutnie niechcianego. Nie przegapił ani jednej okazji do naprzykrzania jej się, narzekania na jej bezużyteczność, jako że będąc w zaawansowanej już przecież ciąży nie mogła pracować i podkreślania co rusz faktu, że noszone przez nią dziecko, na pewno nie jest jego. Izzy podziwiała Millie za sposób, w jaki te wszystkie docinki znosiła, wyglądało bowiem na to, że nic ani nikt nie jest w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Cierpliwie wysłuchiwała każdego słowa Wellingera, a potem po prostu obdarzała go ironicznym uśmieszkiem i wracała do czynności, którą akurat jej przerwał. A to z kolei doprowadzało go do stanu najwyższej furii i przeważnie kończyło się wyjściem z domu i powrotem dopiero następnego dnia rano.
W takich chwilach Iz czuła, że lubi tą dziewczynę i choć dzielenie z nią pokoju było pewnym utrudnieniem, zwłaszcza dla Karla, który wciąż spał na kanapie, to jednak zaczynała się do niej coraz to bardziej przekonywać.
Uśmiechnęła się pod nosem, przypominając sobie ostatni głupi tekst Wellingera na temat ciężarnych kobiet, na który Millie – pierwszy chyba raz reagując na jego zaczepkę - odpowiedziała w sposób, jakim nie powstydziłaby się sama Iz, co sprawiło, że chłopak wyniósł się i więcej już nie pokazał się im na oczy. I gdy rozkoszowała się jeszcze wspomnieniem jego wykrzywionej furią twarzy, usłyszała jak otwierają się drzwi wejściowe.
A potem w ułamku sekundy do pokoju wpadła Millie, z szerokim uśmiechem na twarzy i roziskrzonymi oczami.
-Izzy, popatrz na to! - zawołała uradowana, siadając obok dziewczyny na łóżku i wyciągając w jej stronę prawą rękę – Spójrz!
Izzy, lekko zdezorientowana wzięła od niej coś, co wyglądało na zdjęcie USG i rzeczywiście nim było. Odwróciła go … i odwróciła raz jeszcze, nie do końca pewna, z której strony powinna patrzeć. Millie tylko się zaśmiała, po czym ustawiła zdjęcie w jej rękach w odpowiedni sposób i wskazała palcem na sporych rozmiarów kształt, znajdujący się w centrum fotografii i wyglądający jak zwinięte w kłębek dziecko, z podkurczonymi do siebie maleńkimi rączkami i nóżkami.
-To dziewczynka – wyjaśniła z dumą czerwonowłosa. Iz uniosła na nią oczy i ujrzała, że uśmiech na twarzy dziewczyny przybrał jeszcze większe rozmiary, a z jej brązowych tęczówek aż biły radość i ekscytacja.
-Gratuluję – wybąkała, oddając jej zdjęcie. A potem podniosła głowę jeszcze wyżej i ujrzała stojącego w drzwiach Karla.
-Pierwszy raz byłem na badaniu USG – odpowiedział na jej niezadane pytanie. Na jego twarzy malowało się lekkie oszołomienie, ale również ta sama radość, którą dosłownie emanowała Millie – Niesamowite.
-Karl był wspaniały – wtrąciła się dziewczyna, patrząc na niego z zachwytem – Cały czas trzymał mnie za rękę i tak interesował się dzieckiem, że lekarz wziął go za ojca. Zabawne, prawda?
Prawdę mówiąc, Izzy nie dostrzegała w tym nic zabawnego, ale uśmiechnęła się z przymusem, bo najwyraźniej tego od niej oczekiwano. Nie powiedziała ani słowa, jednak nawet gdyby chciała, to i tak nie udałoby jej się tego zrobić, bo Millie podniosła się z łóżka i oznajmiwszy, że idzie zrobić sobie herbatę, wyszła z pokoju.
Możliwe, że zrobiła to przypadkiem, możliwe, że specjalnie. Iz było wszystko jedno, ważne, że została sama z bratem i mogła poruszyć temat, który nurtował ją od dłuższego czasu.
-Chyba bardzo lubisz tą Millie, co? - spytała, starając się uśmiechnąć delikatnie, by zachęcić go do rozmowy i pokazać na wstępie, że wcale nie zamierza go w niej atakować.
Karl wzruszył lekko ramieniem, ale zdradził go uśmiech, który najwyraźniej nie chciał zniknąć z jego twarzy. Westchnął i uśmiechnął się jeszcze szerzej, a potem kręcąc głową, odparł:
-Jest cudowna.
Izzy jeszcze nigdy nie słyszała, by jej brat mówił, że jakaś dziewczyna jest cudowna. Wyprostowała się na łóżku, a on podszedł i usiadł obok niej.
-Karl? - zagaiła po chwili milczenia, którą on poświęcił na wpatrywanie się gdzieś w przestrzeń z nieobecnym, lekko rozmarzonym wyrazem twarzy.
Wzdrygnął się, jakby oderwała go od jakichś przyjemnych myśli i spojrzał na nią.
-Co?
-Zakochałeś się w niej – powiedziała prosto z mostu, chociaż teoretycznie on powinien być tego świadomy.
I był.
Westchnął ciężko, przeczesał włosy palcami i kiwając głową, przyznał:
-Tak. Chyba tak, Iz.
Nie przypuszczała, że kiedyś znajdzie się w takiej sytuacji. Sama nie myślała o miłości, odsuwała ją jak najdalej od siebie i to chyba sprawiło, że zapomniała, iż inni nie muszą postępować tak samo. To że miłość nie istniała w jej życiu, nie oznaczało przecież, że nie może istnieć w życiach reszty ludzi.
Jej brat nigdy nie odrzucał miłości. Czekał na nią cierpliwie.
I w końcu się doczekał.
Otrząsnąwszy się trochę z szoku, wyciągnęła rękę i złapała jego dłoń, a potem uścisnęła ją delikatnie. Karl obdarzył ją ciepłym uśmiechem.
-Tylko na siebie uważaj, dobrze? - mruknęła, wpatrując się w niego znad zmarszczonego z niepokoju czoła – Obiecaj mi, że będziesz uważał.
Zaśmiał się cicho, po czym przyciągnął ją do siebie, zamykając ją w swoich silnych ramionach.
-Obiecuję – wyszeptał jej do ucha.
A ona nie miała powodów, by mu nie wierzyć.
Coś się jednak zmieniało w Karlu, a Izzy obserwowała to z coraz to większym zaniepokojeniem.
Z powodu braku własnych doświadczeń w sprawach miłości, nie do końca wiedziała, jak się zachowuje zakochany człowiek, była jednak przekonana, że to, co wyprawia jej brat, gdy Millie znajduje się w pobliżu, nie jest do końca normalne.
Gdy się pojawiała, dla Karla znikał cały świat, wszyscy ludzie i nic więcej się nie liczyło. Gdy się uśmiechała, sprawiał wrażenie, jakby wyłączały mu się jakiekolwiek funkcje mózgowe, a przecież on nigdy nie tracił zdrowego rozsądku. Gdy byli razem, Iz miała wrażenie, że cały ich blok mógłby się zapalić, a on i tak nie zwróciłby na to uwagi.
Wiedziała, że najprawdopodobniej przesadza. Że jest zwyczajnie zazdrosna, bo Karl zawsze był tylko i wyłącznie jej, jej bratem, a ona całym jego światem. Jednak nie mogła opędzić się od tych natrętnych myśli, od złych przeczuć, od wewnętrznego głosu, który powtarzał jej ciągle, że nie wyniknie z tego nic dobrego.
Przecież znała Karla. Wiedziała, że mimo tego jak się teraz zachowuje, jest odpowiedzialny i rozsądny. Poza tym obiecał jej, że będzie uważał.
A przecież ona mu ufała.
Z zaufaniem jednak powinno się uważać.
Wyszła z łazienki, przebrana w pidżamę, z wilgotnymi włosami, opadającymi jej na plecy i skierowała się do swojego pokoju, zamierzając od razu położyć się spać.
Światło było wyłączone, paliła się tylko lampka, stojąca na stoliku nocnym. Izzy wchodziła do środka bardzo cicho, bo nie wiedziała przecież czy Millie już nie śpi.
I rzeczywiście, Millie spała.
Ale nie sama.
Iz aż stanęła jak wryta, gdy jej oczom ukazał się ten niespodziewany obrazek, jakim była Millie i jej brat, leżący razem w łóżku, ona z głową na jego torsie, on obejmujący ją ramieniem, oboje pogrążeni w głębokim śnie.
Stała tak przez chwilę, wpatrując się w nich, aż w końcu wycofała się ostrożnie na korytarz i tam odetchnęła głęboko, zdając sobie sprawę, że wstrzymywała oddech. Na lekko chwiejnych nogach przeszła do kuchni, myśląc gorączkowo.
To, co właśnie zobaczyła było jawnym dowodem na to, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Że Karl przestał uważać, tak jak jej obiecał i że wszystko zaszło za daleko.
Bo co on sobie wyobrażał, co? Jasne, mógł się w niej zakochać, to jeszcze nie zbrodnia, ale ta dziewczyna przecież była w ciąży! W ciąży i to z Wellingerem! Co ten Karl chciał zrobić? Wychowywać cudze dziecko?
Tak, to byłoby bardzo do niego podobne.
A Wellinger nie miałby prawa narzekać, jeśli odebrano by mu tą niewątpliwą przyjemność, jaką było zajmowanie się własną córką. W końcu aż się do tego palił.
Kręciła głową, poddając się temu natłokowi myśli, a jednocześnie krążyła po kuchni, niczym dzikie zwierzę zamknięte w klatce. Była tak bardzo pogrążona w rozmyślaniach, że nie zauważyła, iż nie jest w pomieszczeniu sama.
Dopiero, gdy się odezwał, zdała sobie sprawę z jego obecności.
-Geiger – usłyszała nagle cichy głos Wellingera. Zamrugała, po czym spojrzała w kierunku, z którego ten głos dobiegł. Ujrzała go, siedzącego przy stole i trzymającego w rękach książkę, której lekturę wyraźnie dopiero co przerwał, by unieść wzrok na dziewczynę i obdarzyć ją niechętnym spojrzeniem.
-Co?
-Nie mam zielonego pojęcia, co ty wyprawiasz i dlaczego zachowujesz się jak skończona idiotka, ale też nic mnie to nie obchodzi, więc możesz się wynieść i nie przeszkadzać mi, gdy czytam?
Normalnie zignorowałaby taką prowokację albo wręcz przeciwnie, odszczeknęłaby mu się, teraz jednak dostrzegła w nim jedynego w tej sytuacji sojusznika.
-Karl i Millie śpią razem w moim i jej łóżku – pożaliła mu się, podchodząc bliżej i opadając na krzesło, naprzeciwko niego. Wellinger uniósł brew, lekko zaskoczony i zapytał:
-A mają na sobie ubrania?
Obdarzyła go niedowierzającym spojrzeniem, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę zadał takie pytanie.
-Oczywiście, że tak!
Wzruszył ramionami.
-No to nie widzę problemu – stwierdził lekceważącym tonem głosu, powracając do swojej książki. Ona jednak nie zamierzała mu tak łatwo odpuścić. Kompletnie nie przejmując się faktem, że chłopak przestał zwracać na nią uwagę, wbiła w niego natarczywe spojrzenie i powiedziała:
-Problem w tym, że Karl powinien spać na kanapie, a zajął miejsce w łóżku, miejsce, które należy do mnie. Więc gdzie ja teraz mam spać, co?
Wellinger skrzywił się, gdy jej słowa wyraźnie wwierciły mu się w mózg, burząc koncentrację i odrywając go od czytanego tekstu. Powoli uniósł głowę, wzdychając z przesadną afektacją i uśmiechając się z kpiną.
-Jesteś całkiem inteligentna, Geiger – mruknął w końcu – Skoro więc Karl zajął twoje miejsce, a zwykle śpi na kanapie, to jak myślisz, gdzie w takim razie będziesz musiała spać?
-Nie zamierzam spać na kanapie – zaprotestowała, bo oczywiście od razu dotarło niej, o czym mówi.
-No to śpij na podłodze – rzucił tym samym lekceważącym tonem i ponownie miał zamiar powrócić do książki, gdy ona poderwała się, przechyliła przez stół i wyrwała ją z jego rąk.
Spojrzał na nią zdumiony i rozwścieczony, a ona nagle coś sobie uświadomiła.
-Zaraz, zaraz … - powiedziała powoli, z namysłem – Ty masz przecież dwuosobowe łóżko, Wellinger.
Spojrzenie, jakie jej posłał po tej wypowiedzi było tak niedowierzające, niemal przerażone, że normalnie na pewno by się roześmiała, teraz jednak zapanowała nad tym, bo sytuacja była zbyt poważna. Założyła ramiona na piersiach, a on wyprostował się jak struna i odpowiedział:
-Nawet nie myśl o tym, że będziesz spała w nim ze mną.
Był to tak absurdalny pomysł, nawet jak na niego, że Izzy aż prychnęła.
-Chyba na głowę upadłeś, Wellinger, jeśli myślisz, że mogłabym to zrobić. Ale spać w tym łóżku, bez ciebie …
-Co ty pieprzysz? - warknął.
-Ty będziesz spał na kanapie, a ja w twoim łóżku – wyjaśniła mu spokojnie, chociaż widziała, że jest o krok od wybuchu i zdawała sobie sprawę, że prędzej kontynenty się połączą, nim Wellinger zgodzi się odstąpić jej swoje łóżko. Ale miała już asa w rękawie, idealny argument, by osiągnąć swój cel.
-Zapomnij, Geiger.
-Zrobisz to – oznajmiła z naciskiem – Albo …
Domyśliła się, że nie potraktuje jej poważnie i faktycznie, zaśmiał się z drwiną, po czym spytał kpiąco:
-No co? Albo co?
Wciąż patrząc mu w oczy, powiedziała:
-Albo zadzwonię do twojej matki i powiem jej, że będziesz miał dziecko z laską, której praktycznie nie znasz.
Uśmiech zniknął z jego twarzy w ułamku sekundy, oczy się zwęziły, a on sam wyglądał tak, jakby miał ochotę ją zabić gołymi rękami.
-Nawet nie wiem czy to faktycznie moje dziecko – rzucił w końcu, ale sam usłyszał, jak nieprzekonująco to zabrzmiało.
-Och, no tak i tu cały mój chytry plan lega w gruzach – zadrwiła Izzy - Bo przecież nie zaryzykuję kłamstwa, rozmawiając z twoją matką.
Zamilkł na długą chwilę, cały czas mordując ją spojrzeniem, aż w końcu odwrócił wzrok, z ciężkim westchnięciem.
-Zamorduję tego Karla – mruknął pod nosem. Izzy tylko się uśmiechnęła, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła raźnym krokiem w stronę pokoju Wellingera.
Miała ogromną nadzieję, że w końcu się wyśpi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz