sobota, 19 października 2013

Pięć: Czwórka to tłum.

Izzy nie była pewna, jak to się stało, ale gdzieś pomiędzy wrzaskami Millie i Wellingera, jej własnym triumfem i dziwnym zagubieniem Karla ostatecznie stanęło na tym, że czerwonowłosa zostaje w ich mieszkaniu.
Nie mogła powiedzieć, że jest tym zachwycona, ale jej odczucia to było nic w porównaniu z tym, jak czuł się Wellinger.
Zaraz po tym, jak stało się jasne, że mieszkanie zyskało nowego lokatora, wypadł z niego jak burza, obrazując swoją wściekłość i niezadowolenie poprzez głośne trzaśnięcie drzwiami. A potem już szybko zbiegał po schodach, właściwie bez żadnego pomysłu odnośnie miejsca, do którego mógłby się teraz udać.
Wiedział tylko jedno.
Musiał znaleźć się jak najdalej stąd.


Iz nie zaskoczył fakt, że Wellinger po prostu zabrał swój nieodpowiedzialny, ale wyjątkowo rozpusty tyłek i zostawił ją i Karla samych z problemem, jakim była Millie.
Gdy zostali w trójkę, stwierdziła, że najlepsza rzecz, jaką może zrobić to zaproponowanie dziewczynie obiadu. Sama była zaskoczona swoim altruistycznym odruchem, ale jej zdumienie wzrosło, gdy Millie przystała na tą, właściwie tylko i wyłącznie grzecznościową propozycję, po czym nałożywszy sobie olbrzymią porcję spaghetti zaczęła ją pochłaniać z taką szybkością, jakby od tego zależało jej życie.
Izzy zerknęła na Karla. Karl wyglądał na równie wytrąconego z równowagi, ale w jego oczach dostrzegła też dziwne rozmarzenie, jakiego nie spodziewała się ujrzeć. Postanowiła sobie jednak, że później go o to zapyta i teraz ponownie zwróciła uwagę na gościa.
-Kiedy ostatnio coś jadłaś? - spytała, chociaż patrząc na błyskawicznie znikającą zawartość talerza Millie, należało spodziewać się, jaka mniej więcej będzie jej odpowiedź.
Minęło parę chwil, nim dziewczyna przełknęła wszystko, co miała w ustach, a wtedy wzruszyła ramieniem i namyśliwszy się, odparła:
-Z dwa, może trzy dni temu.
Tym razem to Karl pierwszy spojrzał na siostrę, a ona odpowiedziała na to spojrzenie. Wiedziała, o czym pomyślał. Zresztą, nawet gdyby nie ta odpowiedź, to i tak było widać, że Millie nie miała najłatwiejszego życia, przynajmniej ostatnio. Jej wygląd, ubrania … A przecież była w ciąży. Iz policzyła w myślach. Od jej pierwszej i ostatniej wizyty minęły z cztery tygodnie. Czyli teraz była już w czwartym miesiącu ciąży, co było widoczne, ale dopiero gdy się jej dobrze przypatrzyło, bo jej drobna budowa ciała i za duże ubrania skutecznie maskowały ten fakt. Teraz odczekała chwilę, jakby dając im szansę na zadanie więcej pytań, ale oni milczeli, więc znowu wzruszyła ramionami i wróciła do jedzenia.
Piętnaście minut i dwie dokładki później Millie odsunęła od siebie pusty talerz i uśmiechnęła się.
-Raaany – mruknęła, kładąc dłonie na swoim brzuchu, który nagle wydał się Izzy naprawdę bardzo duży; aż zadrżała na myśl, że w jego wnętrzu kryje się dziecko, w dodatku dziecko Wellingera... - To było naprawdę pyszne. Dziękuję Wam.
Z jej twarzy biła szczerość, radość i taka niewymowna wdzięczność, że Iz aż zrobiło się głupio. Natomiast Karl odwzajemnił uśmiech.
-Nie ma sprawy. Może pokażę ci mieszkanie?
Millie przystała na tą propozycję z ochotą, jakby w tym mieszkaniu rzeczywiście było coś do pokazywania. Izzy patrzył zdumiona, jak Karl prezentuje dziewczynie niemal każdy centymetr kwadratowy kuchni i salonu i przechodzi dalej, by kontynuować ten pokaz.
Kiedy zniknęli jej z oczu, przechodząc do dalszej części mieszkania, Izzy ogarnęła wzrokiem zagracony stół oraz blat kuchenny, brudne garnki po makaronie i sosie, stojące w zlewie i westchnęła ciężko.
Wyglądało na to, że nikt nie zrobi tego za nią.
Już po chwili sprzątała po obiedzie, nie wiedząc, że najtrudniejsza część dnia wciąż jest jeszcze przed nią.


Wściekłość była dobrym uczuciem, bo dodawała sił i podnosiła poziom adrenaliny, dzięki czemu można było wyżyć się na kimś lub na czymś i jakoś rozładować to wewnętrzne napięcie.
Ale wściekłość miała też to do siebie, że znikała równie szybko, co się pojawiała, więc już po parunastu minutach bezcelowego miotania się po monachijskich ulicach, Wellinger opadł na jedną z ławeczek, stojących w parku i mocno przesunął dłońmi po głowie.
Powtórne pojawienie się tej całej Millie w jego życiu i tak dobitne oznajmienie mu, że w ciągu kolejnych paru miesięcy zostanie ojcem kompletnie wyprowadziło go z równowagi.
Nigdy w życiu by się nie spodziewał, że coś takiego mu się przytrafi.
On ojcem? W głowie mu się to nie mieściło.
Przecież nigdy tego nie chciał! Seks tak, ale nic ponadto – dlatego ciągle przyprowadzał sobie coraz to nowe panienki. Bo pragnął korzystać z życia, póki był młody. A zresztą, kogo on oszukiwał. Zawsze chciał korzystać z życia, bez względu na wiek. Zobowiązania, jedna kobieta do końca życia, dzieci, dom … to nie była właściwa perspektywa. Nie podobało mu się to.
Przez chwilę myślał gorączkowo, zastanawiając się jak wybrnąć z całej tej sytuacji. I nagle go oświeciło, a wtedy wyprostował się jak struna i nawet uśmiechnął się pod nosem.
Da tej całej Millie kasę i niech sobie robi, co chce. Niech sobie idzie, gdzie chce, urodzi to dziecko i wychowuje go sobie sama. Może nawet, przy odrobinie szczęścia, uda mu się ją namówić do aborcji …
Tak, to było trochę nieludzkie, ale w tej chwili niewiele go to obchodziło. W tej chwili obchodziło go tylko to, by pozbyć się ze swojego życia tej dziewczyny, tego problemu, tej niedogodności i powrócić do tego co było. Do wygodnego światka, w którym robił tylko to, na co miał ochotę i nikomu nie był nic winien.
Poczuł się trochę lepiej, ale i tak nie zamierzał jeszcze wracać do mieszkania. I w ogóle nie zamierzał tam spędzić wieczoru.
Wiedział doskonale jak chce spędzić wieczór.
Podniósł się się z ławeczki, teraz już szeroko uśmiechnięty i całkowicie rozluźniony, po czym ruszył w kierunku miejsca, w którym był jednym ze stałych bywalców.
Miał wielką nadzieję, że dzisiejsza noc obfitować będzie w wydarzenia, które osłodzą mu trudy tego całego dnia i przygotują na kolejny, który wcale nie zapowiadał się lepiej.


Był już wieczór, a Wellinger wciąż nie wracał. Wyglądało więc na to, że Iz i Karl znowu samotnie będą musieli stawić czoła problemowi, jakim tym razem było podjęcie decyzji odnośnie miejsca snu Millie.
-Wiesz dobrze Karl, że to mieszkanie dla dwóch osób – mówiła ściszonym głosem Iz, gdy czerwonowłosa poszła pod prysznic, a oni wspólnie sprzątali po szybkiej kolacji – Trzech góra. Już ja ledwo się mieszczę, jak sobie wyobrażasz jej obecność tutaj?
-Nie tylko w moim pokoju jest dwuosobowe łóżko - Karl ścierał ze stołu, jednak był na tyle skupiony na rozmowie, że nie zauważał, iż wszystkie okruszki lądują na ziemi, zamiast na jego otwartej dłoni. Podszedł do zlewu i otrzepał nad nim ręce, a potem dodał: - Andreas ma takie samo, więc Millie mogłaby spać razem z nim.
W jego głosie brakowało jednak przekonania. Iz obdarzyła go pobłażliwym spojrzeniem.
-Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby którekolwiek z nich było zachwycone z tego powodu – mruknęła. Zakręciła kran i wytarła ręce do spodni – A zresztą, czemu my się tym zajmujemy? To nie nasza sprawa, tylko Wellingera. Gdzie, u diabła, ten palant się podziewa?
Karl nic na to nie odpowiedział, a ona skrzyżowała ramiona na piersiach, wzdychając z frustracją. Nagle uświadomiła sobie, że nie wypaliła dzisiaj ani jednego papierosa i ogarnął ją dobrze znany głód nikotynowy. Jednak jedno spojrzenie na brata powiedziało jej, że to nie jest dobry pomysł, by teraz wychodzić, nawet gdyby nie zdradziła mu celu swojego wyjścia. Musiała tu zostać i mu pomóc, bo raczej żadne z nich nie mogło oczekiwać, że Wellinger rozwiąże problem matki jego nienarodzonego jeszcze dziecka za nich.
-Czasem mam ochotę porządnie mu dołożyć – wyznał Karl, a było to wyznanie o tyle zaskakujące, bo Izzy lepiej niż ktokolwiek inny wiedziała, że jej brat jeszcze nigdy nie użył wobec nikogo pięści. Zawsze wojował słowem, przekonany, że dyplomacja działa lepiej niż przemoc.
Aż dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że oboje praktycznie wychowywali się na przemocy.
No ale to właśnie był fenomen Karla. Mimo mrocznej przeszłości potrafił wyjść na ludzi.
Gorzej było z nią samą.
-No dobra, to co z tym robimy? - zapytała z cichym westchnieniem, patrząc wyczekująco na Karla. Jednak nim jej brat zdążył cokolwiek odpowiedzieć, w kuchni rozbrzmiał czyjś cichy, lekko drżący głos.
-Mogę spać na kanapie.
Izzy odwróciła się gwałtownie i ujrzała Millie, stojącą w drzwiach kuchni, ubraną w jej własny szlafrok, który pożyczyła jej, gdy stało się jasne, że dziewczyna nie ma żadnych innych ubrań, oprócz łachów, w których przyszła.
Wyglądała znacznie porządniej niż wcześniej, bo z jej twarzy zniknął brud i rozmazane resztki makijażu. I uśmiechała się nieśmiało, wręcz lękliwie.
-Naprawdę nie chcę Wam robić problemu – dodała już pewniej.
-Ale jesteś w ciąży – zauważył przytomnie Karl, po czym zarumienił się aż po czubki uszu, jakby powiedział coś niestosownego. Millie poszerzyła uśmiech.
-No właśnie, w ciąży, a nie obłożnie chora. Kanapa nie jest przecież aż tak niewygodna. Nic mi nie będzie.
Iz ze zdumieniem uświadomiła sobie, że to faktycznie jest dobre wyjście. Dlaczego ona i Karl na to nie wpadli? Pokręciła głową i właśnie miała zgodzić się z dziewczyną, gdy stało się coś nieoczekiwanego.
Karl wyprostował się jak struna, prezentując tym samym cały swój imponujący wzrost, którym Iz nagle poczuła się przytłoczona. Zdążyła tylko pomyśleć, że właśnie dlatego zawsze czuła się przy nim bezpieczna, mimo iż przeważnie sprawiał wrażenie niezgrabnego, bezbronnego chłopca, a potem on powiedział stanowczym tonem:
-Mowy nie ma. W ciąży czy nie, i tak bym ci na to nie pozwolił. Ty będziesz spała z Izzy w naszym pokoju, a ja na kanapie.
Co?
Zszokowana Izzy spojrzała na brata, jakby spodziewała się, że żartuje, ale on nie żartował. Zignorował jej spojrzenie i po prostu wyszedł z kuchni, zostawiając ją samą z Millie.
Wrócił parę minut później. Obie stały nieruchomo, patrząc jak przynosi swoją poduszkę i kołdrę, po czym układa je na małej, niezachęcającej do spania kanapie, przygotowując sobie miejsce do snu.
-Dobranoc – mruknął, zatapiając się w pościeli i dając im znak, że nie chce o tym rozmawiać, na pewno nie teraz.
Iz, choć wciąż zszokowana, uszanowała decyzję brata.
Ale Millie podeszła powoli do kuchennego stołu, przechylając się przez niego tak, by mieć widok na salon i leżącego na kanapie Karla.
Izzy była już w drzwiach, gdy usłyszała jej głos:
-Dziękuję, Karl.
A na jej wychudzonej twarzy kwitł uśmiech, szeroki, szczery i pełen zachwytu.
Iz nie mogła widzieć miny Karla, ale była prawie całkowicie pewna, że on też się uśmiechnął.
Nie wiedziała tylko czy bardziej jej się to podobało czy ją niepokoiło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz