sobota, 19 października 2013

Siedem: Zawsze będziesz uzależniony.

Wróciła z pracy kompletnie wykończona, marząc jedynie o gorącym prysznicu i ciepłym łóżku. Rzuciła torebkę byle gdzie, zsunęła ze zmęczonych stóp niewygodne buty i poszła prosto do swojego i Karla pokoju, żeby zabrać stamtąd swoją pidżamę.
W pokoju było zupełnie ciemno, więc wchodząc zahaczyła dłonią o włącznik światła. Zrobiło się jasno, a jej wzrok padł na łóżko, które stało w centrum.
I wtedy aż krzyknęła.
Łóżko w żadnym wypadku nie było puste. Nie zajmowała go również Millie, jak jeszcze można by się było tego spodziewać z racji tego, że należało teraz w połowie do niej.
Nie, na tym łóżku siedział Wellinger, z jakimś tajemniczym wyrazem twarzy, jakiego jeszcze nigdy nie przywołał, w każdym razie nie w jej obecności.
-Co ty wyprawiasz, Wellinger? - warknęła rozzłoszczona. Przeraziła się na jego widok, ale teraz gdy jej serce już się uspokoiło, pozostała tylko złość, ta sama, która zawsze ją ogarniała, gdy on był blisko. W odpowiedzi jedynie uśmiechnął się dziwnie, po czym poklepał miejsce obok siebie.
-Chodź do mnie, Iz.
Jej brwi powędrowały bardzo wysoko, obrazując zdumienie, jakie w niej wywołał tymi słowami. W życiu by nie pomyślała, że będzie brać udział w takiej sytuacji. Nie ruszyła się nawet na krok z miejsca, w którym stała, a Wellinger wciąż siedział na jej łóżku, poklepując miejsce obok siebie, z zapraszającą miną.
-Chodź, przecież nie gryzę.
Nie mogła tak stać w tych drzwiach w nieskończoność i chyba właśnie ten wniosek skłonił ją do wykonania jego polecenia. Powoli podeszła do niego, po czym dość niepewnie opadła na łóżko obok. Przekręcił się w jej stronę i uśmiechnął prawie że promiennie. Jej przerażenie wzrosło. Co on znowu wymyślił?
-Powiesz mi o co chodzi? - spytała niecierpliwie – Bo ja wcale …
Urwała gwałtownie, gdy poczuła jego rękę na swoim kolanie. Wstrząsnął nią nagły dreszcz, a jej oczy natychmiast powędrowały na miejsce, którego dotknął. Wellinger na tym nie poprzestał. Nie spuszczając wzroku z jego dłoni obserwowała jak przesuwa ją coraz to wyżej, aż w końcu dotarł do biodra. Serce jej mocno waliło; uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy, oczy, które znajdowały się teraz w znacznie mniejszej odległości od jej twarzy niż wcześniej.
Jego wargi naparły na jej usta bez żadnego ostrzeżenia, jego ręce objęły jej plecy zaborczym ruchem, jej ciało zostało pociągnięte do przodu. Wszystko w niej zawrzeszczało w proteście, w naturalnym odruchu obronnym przed absurdem, jakim był fakt, że Wellinger ją całował. Ale poza tym jej organizm zupełnie się wyłączył i pozostała jak nieruchoma, bezbronna marionetka w jego ramionach.
Nie była pewna, do czego zmierza Wellinger, szybko jednak została postawiona przed brutalną prawdą. Zamierzał ją potraktować tak, jak traktował wszystkie kobiety.
Przelecieć i zostawić.
Wcześniej gardziła tymi kobietami, twierdząc, że same są sobie winne. Teraz, znalazłszy się w takiej samej sytuacji, stwierdziła, że po prostu nie umie mu odmówić, nie umie go odepchnąć i powiedzieć, że tego nie chce. Nie wiedziała, czy było to zwykłe pożądanie i zdominowanie rozsądku przez emocje i hormony czy może to Wellinger tak działał na kobiety. Ale nic jej to nie obchodziło.
Nagle doszła do wniosku, że nic jej nie obchodzi, że owszem chce, by ją przeleciał i zostawił.
Proszę bardzo.
-Będziemy się kochać, Iz – wyszeptał w pewnej chwili, prosto do jej ucha, potwierdzając tym samym jej przypuszczenia – Będziemy się kochać całą noc.
-Yhym – wymruczała cicho z aprobatą, bo naprawdę nie miała nic przeciwko temu.
Zdejmował jej sweter. Jego miękkie wargi działały lepiej niż gorący prysznic. Całował jej ramiona, jednocześnie masując je dłońmi, tak że momentalnie poczuła jak schodzi z niej całe napięcie, a serce się uspokaja. O tak, Wellinger był cudowny … Zamknęła oczy, uśmiechając się do samej siebie, gdy jego palce zacisnęły się na zapięciu jej biustonosza, błyskawicznie ją z niego uwalniając. Jego dłonie przesunęły się niżej, znacznie niżej, a wargi podążyły w ślad za nimi ...


Poderwała się do pozycji siedzącej tak nagle, tak gwałtownie, że prawie straciła równowagę i tylko fakt, iż przytrzymała się szafki nocnej uchronił ją od spadnięcia z łóżka. Pozostała przez chwilę w tej skrzywionej pozycji, dysząc ciężko z szeroko otwartymi oczami, przed którymi wciąż co rusz przetaczały się pojedyncze sceny z jej snu.
Snu?
Przecież to był najpospolitszy w świecie koszmar!
Kompletnie roztrzęsiona podniosła się z łóżka i ruszyła do drzwi. Musiała wyjść z tego pokoju, z pokoju Wellingera, który on tyle razy kalał swoją obecnością.
Boże, przecież spała w łóżku, w którym on urządzał te swoje conocne ekscesy …
Nic dziwnego, że przyśnił jej się taki koszmar.
-Matko przenajświętsza – jęczała do siebie pod nosem, w drodze do kuchni. Dotarłszy tam, otworzyła lodówkę i wyciągnęła z niej butelkę wody. Odkręcając ją, wciąż mruczała: - Chryste … nigdy więcej … co za koszmar...
-Dobrze się bawisz, Geiger? - dobiegł nagle do jej uszu zaspany, ale wyraźne rozeźlony głos Wellingera. Zamknęła lodówkę i podeszła do blatu, opierając się o niego łokciami i spoglądając z góry na rozłożonego na kanapie chłopaka.
-Nie za bardzo. Miałam zły sen.
Przekręcił głowę, by na nią spojrzeć. Na jego twarzy malował się całkowity brak zainteresowania, którego nawet nie próbował ukryć, ale jednak mruknął w odpowiedzi:
-Taa? A co ci się śniło?
-Ty – powiedziała prosto z mostu, co sprawiło, że po raz pierwszy w oczach Wellingera błysnął cień zainteresowania, a na wargi wypłynął lekko kpiący uśmieszek.
-I co ja tam niby robiłem?
Przed oczami mignęła jej jedna ze scen z tego okropnego snu, na co cała aż się wzdrygnęła z odrazy i wstrętu.
-Uwierz mi, nie chcesz wiedzieć, Wellinger.
Nie był typem człowieka, który za wszelką cenę wyciąga z kogoś odpowiedź, więc tylko poszerzył swój kpiący uśmieszek i usiadł. Opuścił powoli nogi na podłogę, po czym spróbował podnieść się z kanapy, jednak prawie natychmiast z powrotem na niej wylądował, trzymając się za krzyż, ze zbolałą miną.
-Osz kurwa, mój kręgosłup! - jęknął, zaciskając mocno powieki, podczas gdy na jego twarz wypełznął grymas bólu. Iz wysiliła się na odrobinę współczucia i niepokoju, kiedy chłopak zamarł na chwilę z lekko skrzywionym grzbietem i głową niemal wciśniętą w kolana, jednak nie zdążyła nic zrobić, bo usłyszała kroki i sekundę później w kuchni pojawił się Karl.
Karl w wymiętej koszulce, z rozczochranymi włosami i zaspanym wyrazem twarzy, przecierający oczy i tłumiący ziewnięcie.
Karl, który pierwszy raz sprawił, że Iz pomyślała, iż woli teraz Wellingera niż jego.
Wellingera! Ta myśl tylko ją bardziej rozwścieczyła. Założyła ramiona na piersiach i spojrzała na brata z gniewem.
-Widzę, że już wstałeś – odezwała się zaczepnym tonem. Karl opuścił ręce i obdarzył ją zaskoczonym spojrzeniem.
-Masz zły humor? - spytał z tak niewinną miną, jaką tylko on był w stanie zrobić. Izzy prychnęła i już miała odpowiedzieć, gdy wyręczył ją Wellinger.
-Ona nie musi mieć złego humoru, bo spała w łóżku, ale nie wszyscy mieli takie szczęście – Karl przeniósł wzrok na Andreasa, który już wyprostował plecy, ale wciąż nie wstawał, wyraźnie nie chcąc ryzykować nawrotu bólu – W każdym razie ja nie miałem. Chyba nie muszę ci opowiadać, jak się fantastycznie czuję, co?
Przez chwilę wydawało się, że Karl zachowa się jak to Karl; przybierze pokorną minę, przeprosi i zadba o to, by wszystko wróciło do normy. Ale ku zaskoczeniu Izzy nic takiego się nie stało. Zamiast tego prychnął cicho, po czym mruknął:
-Wielkie rzeczy, spałeś jedną noc na kanapie. I co takiego się niby stało?
Wellinger zrobił wielkie oczy, jakby Geiger przemówił w jakimś obcym i niezrozumiałym dla niego języku. Izzy spojrzała na brata, nie wierząc, że rzeczywiście powiedział coś takiego, a sam zainteresowany przyjął bojową postawę, świadczącą o pełnej gotowości do ofensywy.
Wyglądało na to, że Karl potrafił się wkurzyć częściej niż raz na parę lat.
-Co się stało? - powtórzył z niedowierzaniem Wellinger, gdy już się trochę otrząsnął i odzyskał zdolność mówienia – Co się stało? Och, w zasadzie to nic się nie stało. No może poza taką małą drobnostką, że od spania na tej cholernej kanapie odkształcił mi się kręgosłup, ale nie, nie przejmuj się, zapewne nie będzie to miało żadnego wpływu na moją dyspozycję w dzisiejszym treningu.
-Spałeś na tej kanapie jedną noc, Andreas, jedną jedyną noc. A ja śpię codziennie i jakoś się nie użalam.
Karl wyraźnie nie zamierzał odpuścić jako pierwszy i Izzy już przeczuwała, że wyniknie z tego niemała awantura. Przysiadła na kuchennym krześle, patrząc to na brata, to na Wellingera i z zainteresowaniem obserwowała tą słowną potyczkę.
-Tak, ale ja się o tą noc wcale nie prosiłem – warknął Wellinger, kompletnie już wyprowadzony z równowagi – I nie może być tak, że będę spał na kanapie, bo ty wspaniałomyślnie odstępujesz połowę łóżka tej dziuni i twoja siostra zajmuje moje!
Nawet Iz poczuła, że Andreas przegiął. Wyraz twarzy Karla zmienił się błyskawicznie. Jeśli wcześniej był zły, to teraz dosłownie kipiał gniewem.
-Ta dziunia nosi twoje dziecko. Twoją córkę – zauważył bardzo cicho, ale w jego głosie wyraźnie zabrzmiało ostrzeżenie, a wręcz groźba. Iz pomyślała, że jeszcze nigdy nie słyszała takiej nuty w głosie brata. Uderzyła ją ta myśl. Co to wszystko miało znaczyć? Kim był ten Karl, stojący pośrodku kuchni i niemal sztyletujący wzrokiem swojego kumpla?
-To nie jest moje dziecko – zaperzył się Wellinger, jak zawsze, gdy poruszano ten temat. Karl już otwierał usta, jednak nie zdążył nic powiedzieć, bo ktoś inny zabrał głos.
-To jest twoje dziecko.
Millie pojawiła się w kuchni znienacka. Podeszła do Karla i stanęła obok, posyłając mu ciepły uśmiech. A potem przeniosła wzrok na Wellingera i jej oczy cisnęły w jego kierunku błyskawice, a dłonie spoczęły na wyraźnie już zarysowanym brzuchu.
Jej słowa i spojrzenie musiały dodać Andreasowi sił, bo nieoczekiwanie podniósł się do pozycji stojącej, nawet się przy tym nie krzywiąc, po czym podszedł do blatu, by być bliżej Millie. Dziewczyna utrzymała chłodne spojrzenie, ale na niego to nie podziałało tak, jak by tego oczekiwała. Oparł się rękami o blat i utkwiwszy w niej oczy, wycedził:
-Nie. Nie dam się wrobić w dzieciaka. Jak tylko się urodzi, robimy testy na ojcostwo. Nie będę frajerem, od którego wyciągniesz kasę, tylko dlatego, że zachciało ci się seksu bez gumki.
Po tych słowach Wellinger okrążył blat, wyminął Karla i Millie i ruszył w stronę korytarza. Usłyszeli jak trzasnął drzwiami, a potem zapadła cisza.
-Nie przejmuj się nim – mruknął Karl, łapiąc Millie za rękę i uśmiechając się do niej z otuchą – To kretyn, ale zmądrzeje.
Millie odwzajemniła uśmiech, a Iz poczuła nagle, z jednej strony zmieszanie, że jest świadkiem tej sceny, z drugiej zaś głęboką samotność. Nie mogąc dłużej tego znieść, wstała z krzesła, po czym wyszła z kuchni, czego ani Karl ani Millie nie zauważyli.
Poszła prosto do swojego pokoju, gdzie szybko przebrała się w dżinsy, koszulkę i bluzę, wepchnęła do torby paczkę papierosów i zawiesiła ją sobie na ramię. Wychodząc z pokoju, natknęła się na Wellingera, który, również już przebrany, kierował się do drzwi wyjściowych.
I wtedy zrobiła coś, czego w życiu by się po sobie nie spodziewała.
-Czekaj, Wellinger – zawołała, zatrzymując go w miejscu – Idę z tobą.


Odeszli ledwo dziesięć metrów od mieszkania, a ona wyciągnęła już zapalniczkę oraz papierosa i zapaliła go, unosząc go od razu do ust. Wellinger milczał chwilę, ale w pewnym momencie poczuła na sobie jego spojrzenie. Zerknęła więc na niego, a wtedy on, bez żadnego ostrzeżenia, zapytał:
-Mogę jednego?
Nie wiedziała, co ją bardziej zaskoczyło, samo to pytanie czy niemal przyjazny ton głosu, z jakim je zadał. Tak czy tak pozostała w szoku i przez dłuższą chwilę nie była w stanie udzielić mu odpowiedzi.
W końcu, nic nie mówiąc, wydobyła paczkę z kieszeni i podała mu ją razem z zapalniczką.
Obserwowała go uważnie, jak wyciąga jednego papierosa z paczki, jak unosi go do ust, a potem go zapala, zaciąga się głęboko i wypuszcza dym z płuc, niczym rasowy palacz. Uniosła brew, ponownie zaskoczona, a on ujrzał to zaskoczenie, gdy popatrzył na nią, by oddać jej paczkę i zapalniczkę.
-Co? - burknął, uśmiechając się kpiąco – Spodziewałaś się, że zacznę kaszlać jak gruźlik?
-Nie wiedziałam, że palisz – odpowiedziała, otrzepując palcem końcówkę papierosa i spoglądając na niego z umiarkowanym zainteresowaniem. Wellinger wzruszył ramionami, ponownie unosząc papierosa do ust.
-Skończyłem z tym rok temu. Nie pomagało w skokach.
-Wygląda na to, że nasze słabości i nałogi ciągną się za nami przez całe życie, co? - stwierdziła z lekką pogardą, jednocześnie czując się znacznie lepiej, bo w końcu poczuła, że ma nad nim przewagę. Nie skomentował tego w żaden sposób, więc przez chwilę po prostu szli, milcząc i paląc. I dopiero, gdy już kończyła swojego papierosa, odezwała się:
-Nie mogę uwierzyć, że Karl aż tak się zakochał.
-Skąd wiesz, że się zakochał?
Prychnęła.
-Bo nie jestem ślepa – mruknęła, wydmuchując dym po raz ostatni, po czym zrzuciła resztki papierosa na ziemię i zdeptała go butem. Wahała się chwilę, aż wreszcie wyciągnęła kolejnego i zapaliła go – W każdym razie, nie spodziewałabym się, że da się aż tak omotać. Przecież on jest taki … - urwała, jakby szukając właściwego słowa, aż wreszcie dokończyła: - odpowiedzialny.
-Nawet najlepszym zdarza się przegrać – podsumował Wellinger, po czym też zrzucił niedopałek swojego papierosa i zrobił coś, czego w życiu by się nie spodziewała. Sięgnął ręką do kieszeni jej bluzy, wyciągając zapalniczkę oraz kolejną fajkę i po prostu ją sobie zapalił. Obdarzyła go niedowierzającym spojrzeniem, na co tylko uniósł brwi, jakby pytająco, wydmuchując dym z ust. Iz pokręciła głową, jak zawsze wstrząśnięta jego arogancją i bezczelnością. Z wrażenia aż odebrało jej mowę i zapomniała, co chciała powiedzieć, jednak wcale nie musiała nic mówić, bo wówczas on zapytał: - A ty co, nie wierzysz w miłość, Iz?
Pierwszy raz w życiu zwrócił się do niej po imieniu i to jeszcze za pomocą tego wymyślonego przez Karla zdrobnienia. Poczuła się dziwnie. Jej imię zabrzmiało dziwnie w jego ustach.
Dopiero po chwili przypomniała sobie, że Wellinger zadał jej pytanie, więc otrząsnęła się i wzruszyła ramieniem.
-Nie tyle, że nie wierzę – odpowiedziała szczerze, patrząc przed siebie i marszcząc z namysłem nos – Po prostu jej nie rozumiem. I przez to jej nie ufam. Za cholerę nie jestem w stanie pojąć, jak ona działa.
-Wybacz, ale ja ci tego raczej nie wytłumaczę.
Zaśmiała się cicho, słysząc jego słowa i obrzuciła go krótkim, ale bardzo dosadnie pogardliwym spojrzeniem.
-Wierz mi, Wellinger, jesteś ostatnią osobą, po której spodziewałabym się, że wyjaśni mi na czym polega miłość – rzuciła z ironią. On tylko skrzywił się, w dziwnej imitacji uśmiechu, po czym wrócił do palenia.
Szło mu błyskawicznie. Zaciągał się i wydmuchiwał dym z prędkością rakiety. Uważnie obserwowała, jak rozdeptuje niedopałek i dzięki temu udało jej się w porę zareagować, gdy wyciągnął rękę w stronę kieszeni jej bluzy.
-Nawet o tym nie myśl, Wellinger – warknęła, kładąc dłoń na kieszeni i piorunując go spojrzeniem – Za chwilę wypalisz mi pół paczki, a fajki swoje kosztują.
-Taka z ciebie sknera, Geiger? - odpowiedział z kpiącym uśmieszkiem, ale wzruszył ramionami, udając obojętność – Jak sobie chcesz, nie zależy mi.
Ale ona dobrze wiedziała, że zależało. Sama też już miała za sobą okres niepalenia, okres, który trwał trzy miesiące, ale który w końcu się urwał. I wciąż pamiętała, jak potem łapczywie rzuciła się na papierosy, jak niemal udało jej się nadrobić te wszystkie długie tygodnie abstynencji. Rozumiała go więc doskonale. Ale ponieważ jednocześnie nie znosiła go z całego serca, to nic nie sprawiało jej większej uciechy niż obserwowanie jego mąk, bo nie miał przy sobie pieniędzy na zakup papierosów, a prosząc ją o chociaż jeden, ostatni wymierzyłby cios we własne, nadymane ego. Zaciągnęła się więc głęboko, obserwując go kątem oka.
Po jego twarzy przemknął grymas, który szybko przed nią ukrył, odwracając głowę w drugą stronę. Izzy uśmiechnęła się do samej siebie.
Ten Wellinger to jednak umiał człowiekowi poprawić humor!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz