Bogu
dzięki ból pleców nieco zelżał, więc wysiadając na dworcu w
Oberstdorfie, Wellinger był dobrej myśli. Ostatecznie pierwszy raz
od dwóch tygodni miał trening na skoczni, a każda chwila na
skoczni go uszczęśliwiała. W dodatku była okazją do wyrwania
się, choć na moment, z Monachium i tego chorego mieszkania, w
którym nie miał już siły mieszkać.
Gdyby
to od niego zależało, dawno by się stamtąd wyniósł.
Jednak
nie mógł.
Nie
mógł, o czym dobitnie poinformował go Karl, gdy bezskutecznie
próbował przemawiać do lepszej strony jego osobowości. A więc
dopóki Millie nie urodziła jego dziecka (Dopóki nie mam pewności,
że to moje dziecko, poprawił go automatycznie Andreas), musiał
mieszkać razem z nią, przynajmniej w taki sposób okazując jej
swoją troskę i wsparcie.
A
to zabawne, bo przecież nie miał w sobie absolutnie żadnej troski
i nie zamierzał okazać absolutnie żadnego wsparcia tej
dziewczynie.
Nie
miał jednak ochoty kłócić się z Karlem.
Zwłaszcza,
że ostatnimi czasy Karla coraz trudniej było poznać.
Posłał
krótkie spojrzenie idącemu tuż obok chłopakowi, z którym
wspólnie przyjechał na trening i poświęcił parę chwil na
zastanowienie się, co go właściwie tak bardzo zmieniło.
Millie.
To na pewno. Ale w jaki sposób? Po co, dlaczego i kiedy? Wytężył
swoje szare komórki i wrócił do dnia, gdy ta dziewczyna pojawiła
się w ich mieszkaniu po raz drugi i od tej pory została na stałe.
Już wtedy Karl sprawiał wrażenie człowieka, któremu zależy.
Z
drugiej strony, przecież Karlowi zawsze zależało.
To
on, Andreas miał lekceważący stosunek do życia, Geiger podchodził
do wszystkiego poważnie i z pełnym zaangażowaniem.
Westchnął,
a jego myśli nagle zmieniły kierunek i skupiły się na Iz.
Gdy
się wprowadziła, myślał, że czekają go najgorsze lata życia.
Teraz,
w porównaniu z Millie i nowym, zmienionym Karlem, była tylko
drobnostką, małym pyłkiem kurzu w porównaniu z wielką plamą na
dywanie.
-Spóźnimy
się – zauważył, gdy już otrząsnął się z tych rozmyślań i
zerknął na zegarek. Trening zaczynał się o siedemnastej; było za
pięć, a oni wciąż mieli trochę do przejścia. No ale ostatecznie
trudno było ich winić za słabe połączenia komunikacyjne między
Monachium a Oberstdorfem i za półgodzinne opóźnienie pociągu.
Poprawił pasek torby sportowej, zawieszonej na ramieniu i spojrzał
na Karla.
-Trener
nie powinien się czepiać. Richard i Sev też się często
spóźniają, a on zawsze przymyka na to oko. Zresztą, nie nasza
wina.
Wellinger
wzruszył lekko ramionami i rozmowa się urwała. Milczeli przez
następny kwadrans, w czasie którego dostali się w końcu na teren
skoczni, a tam od razu zostali wylewnie powitani przez kolegów z
kadry.
Karl
ruszył w stronę trenera, by wyjaśnić mu powód spóźnienia
swojego i Andreasa, natomiast Wellinger został z kolegami, żeby
trochę z nimi pogadać, nim rozpocznie się trening.
Gdyby
wtedy wiedział, jakim torem potoczy się rozmowa, na pewno poszedłby
z Karlem.
-No
no no, mamy tu chyba wielkiego przegranego, co? - Wank roześmiał
się głośno, po czym trzasnął swojego młodszego imiennika w
łopatki tak mocno, że ten aż stracił równowagę. Szybko się
jednak otrząsnął i obrzucił go zaskoczonym spojrzeniem –
Słyszałem, że będziesz tatusiem, młody!
Wellinger
poczuł, że marznie mu krew w żyłach, ale nim zdołał wykazać
się jakąś odpowiedzią, rozległy się zbiorowe śmiechy i tym
razem przemówił Freitag:
-A
mówiłem Ci, młody, nie uciekaj z biologii! Parę lekcji i
wiedziałbyś co i jak i że tak czasami bywa, jak się nie uważa …
Teraz
wszyscy już prawie leżeli na ziemi ze śmiechu. To go otrzeźwiło.
Otrząsnął się z szoku, pokręcił głową i z, z trudem hamowaną
wściekłością, wycedził:
-Nie
będę żadnym ojcem. Bo to nie jest moje dziecko.
Wank
pierwszy przestał się śmiać. Otarł kąciki oczu z łez i
spojrzał na Wellingera z zaskoczeniem.
-Nie
Twoje? Słyszeliśmy coś innego.
-No
to źle słyszeliście – warknął, zaciskając mocno dłonie w
pięści – I ja Wam teraz mówię, jak jest naprawdę. Żadna
dziewczyna nie jest ze mną w ciąży. Nie będzie żadnego dziecka,
żadnych pieluch i żadnego wychowywania. I tak się składa, że
wiem co i jak, idioto – dodał, patrząc z pogardą na Freitaga, po
czym, nie czekając na odpowiedź, wyminął ich i i odszedł w
kierunku hangaru.
Wciąż
kipiąc gniewem, zabrał się za zbieranie swojego sprzętu, żeby
jak najszybciej móc rozpocząć trening.
W
głowie kołatała mu tylko jedna myśl.
Skopać
tym dupkom tyłki.
W
końcu to on tu był najlepszy.
Ostatnimi
czasy Izzy niejednokrotnie zastanawiała się po co właściwie
poszła na studia. Wybrała przypadkowo pierwszy lepszy kierunek, na
który akurat się dostała i teraz, w miarę upływu dni,
odmierzających czas do października nie czuła jakiejś ogromnej
ekscytacji na myśl o pierwszych wykładach.
W
końcu doszła do wniosku, że studia nie były jej potrzebne do
zdobycia wykształcenia. To znaczy, może też, ale w znacznie
mniejszym stopniu. Ponieważ studiowanie oznaczało wyjazd do
wielkiego miasta, a tym samym ucieczkę od domu i bolesnej
przeszłości.
No
i jeszcze chciała być blisko Karla. Dlatego postawiła na
Monachium, dlatego była w stanie strawić nawet towarzystwo
Wellingera, byle tylko znaleźć się obok brata, który zawsze ją
ochraniał, dawał jej poczucie bezpieczeństwa i był właściwie
jedyną osobą, która ją kochała.
Tylko
Karl ją zawsze kochał.
A
ona jego.
Jednak
teraz, gdy była już połowa września, a więc nieubłaganie
zbliżał się rok akademicki, Iz zaczęła się przekonywać jak
bardzo pochopną i nieprzemyślaną podjęła decyzję. Prawda była
taka, że wcale nie chciało jej się studiować. Nie potrzebowała
tego w życiu. Była w stanie zadowolić się zwykłą, nudną,
niezbyt dobrze płatną pracą.
Gdyby
mieszkała tylko z Karlem, pewnie po rozważeniu takich wniosków,
rzuciłaby całą tą uczelnię w cholerę. Jednak przecież był
jeszcze Wellinger, na którego nie miała najmniejszego zamiaru się
ciągle natykać.
No
i Millie.
Wcale
nie mniejszy problem.
Wcześniej
irytowało ją w czerwonowłosej przede wszystkim to, że nie było w
niej nic, co mogłoby normalnego człowieka irytować. Była radosna,
zawsze uśmiechnięta i nie sprawiała żadnych problemów. Ponieważ
nie miała pieniędzy i nie mogła pracować, zajmowała się
wszystkimi domowymi sprawami; gotowaniem i sprzątaniem, aż do
pojawienia się Karla i stanowczego nakazania jej się położyć. Iz
patrzyła na całą tą relację Millie i Karla z niepokojem, a wręcz
strachem, bo najbardziej w świecie bała się, że jej brat może
cierpieć. Nawet próbowała z nim o tym porozmawiać, ale on zbywał
ją, zapewniając, że wszędzie doszukuje się problemów i
podstępu.
-Wiesz,
świat naprawdę nie jest aż tak okrutnym miejscem, a nie wszyscy
ludzie to parszywe mendy, Iz – mówił, uśmiechając się do niej
uśmiechem, którego nie odwzajemniała.
Ponieważ
zbyt dobrze wiedziała, że jest zupełnie na odwrót.
Zaś
jej obawy względem Millie potwierdziły się pewnego późnego
wieczora, gdy Karl i Wellinger wyjechali na zawody LGP, a one zostały
same w domu.
Izzy
miała wolne i nie nosiła w sobie absolutnie żadnej potrzeby czy
ochoty, by wyjść dziś z domu, więc wzięła długi, gorący
prysznic, przebrała się w pidżamę i wyszła z łazienki na
korytarz.
W
samą porę, by zobaczyć, jak Millie pośpiesznie narzuca na siebie
kurtkę, wkłada buty i odwraca się, by otworzyć drzwi wejściowe.
-Gdzie
idziesz? - spytała odruchowo, na co czerwonowłosa zamarła w
miejscu na ułamek sekundy, po czym wykonała gwałtowny obrót i
spojrzała na stojącą przed nią Iz, z lekko spłoszonym wyrazem
twarzy.
-Chciałam
się trochę przejść – odpowiedziała po chwili, uśmiechając
się jakoś tak dziwnie i wzruszając ramieniem – No wiesz, świeże
powietrze, dobre dla dziecka …
Izzy
skrzyżowała ramiona na piersiach i uniosła brew.
-Ale
jest już późno – zauważyła. Sama nie wiedziała, co nią
kierowało i dlaczego tak bardzo się uczepiła faktu, że Millie
wychodzi z domu o 22, ale podskórnie czuła, że dziewczyna coś
knuje. Tylko jakie miała dowody? Jak mogła ją zatrzymać?
Nie
mogła.
Więc,
gdy Millie wymamrotała, że wróci za pół godziny i nie będzie
się za bardzo oddalać, a potem prawie że wybiegła z mieszkania,
Iz nie wykonała żadnego ruchu.
Westchnęła
tylko, odwracając się na pięcie i kierując do swojego pokoju.
Nie
zamierzała jednak o tym zapomnieć.
Wręcz
przeciwnie, postanowiła sobie wtedy, że dowie się co właściwie
knuje ta cała Millie.
Nie
żeby ją to coś obchodziło.
Obchodził
ją tylko Karl i postanowiła sobie, że za nic w świecie nie
pozwoli nikomu go skrzywdzić.
A
już zwłaszcza dziewczynie, która nosiła w sobie dziecko
Wellingera.
Godzinę
później Millie wciąż nie było, a Izzy leżała bezczynnie na
łóżku, gapiąc się w sufit. Obok niej spoczywała paczka
papierosów, czekających na wypalenie. Zerkała na nie co chwila,
wzdychając cicho, po czym znowu przenosiła wzrok na sufit.
Naprawdę
nie miała ochoty nigdzie dziś wychodzić …
Ale
palenie w mieszkaniu? Nawet jeśli Karl był zagranicą, nawet jeśli
była sama, to Iz i tak czuła, że posunęłaby się za daleko.
Leżała
jeszcze przez chwilę, w końcu poderwała się do pozycji siedzącej,
złapała za paczkę i wepchnąwszy ją do kieszeni spodni ruszyła w
stronę drzwi.
Zamknęła
mieszkanie na klucz i zostawiła go pod wycieraczką, na wypadek
gdyby Millie wróciła wcześniej od niej. I już miała skierować
się ku schodom, gdy spojrzała w górę, a wtedy coś jej przyszło
do głowy.
Podeszła
ku schodom, ale nie tym, prowadzącym w dół, tylko w górę i
zaczęła się po nich wspinać. Dotarła na ostatnie, szóste
piętro, a tam, oprócz drzwi mieszkaniowych, ujrzała także drzwi
pożarowe. Sięgnęła do klamki; otworzyły się bez problemu.
Kolejna wędrówka po schodach, tym razem znacznie krótsza
doprowadziła ją tam, gdzie chciała.
Na
otwartą przestrzeń, na dach bloku.
Ostrożnie
zbliżyła się do krawędzi i spojrzała w dół, a wówczas doznała
lekkiego zawrotu głowy. Może nie było tu jakoś bardzo wysoko, ale
wystarczająco, by Iz w tempie ekspresowym powróciła do schodów.
Nie
chciała jednak schodzić na dół i wracać do mieszkania.
Przecież
o to jej chodziło. Po to tu przyszła. Bo było to miejsce, które
mogło z powodzeniem zastąpić balkon, w którym ona mogła sobie
posiedzieć i wypalić parę papierosów, bez obawy, że pojawi się
Karl i zrobi jej awanturę.
Uśmiechnęła
się do siebie, po czym usiadła, tam gdzie stała i wydobywszy
paczkę z kieszeni, zapaliła od razu pierwszego papierosa.
Rozluźnienie
przyszło szybko. Odchyliła się do tyłu i prawie położyła na
dachu, opierając się o niego łokciami. Zapatrzona w ciemne,
usiane gwiazdami niebo, które znajdowało się bliżej, niż
kiedykolwiek odetchnęła z ulgą i w końcu poczuła się swobodnie.
To
uczucie nie trwało jednak długo.
Ponieważ
wtedy zadzwonił jej telefon.
W
pierwszej chwili pomyślała, że to pewnie Karl, jak zawsze dzwoni,
by zapytać czy wszystko w porządku, u niej i u Millie, oczywiście.
Westchnęła cicho, po czym wydobyła komórkę z kieszeni dżinsów
i zerknęła na wyświetlacz.
A
wtedy serce w niej zamarło.
Podskoczyła
w miejscu, jak oparzona i nim zdążyła pomyśleć, odrzuciła
telefon daleko od siebie, jakby to był jadowity pająk. Uderzył w
metalowy dach, po czym potoczył się daleko i zatrzymał
niebezpiecznie blisko krawędzi.
Nie
zwróciła uwagi na to, że właśnie prawie spowodowała upadek
swojej komórki z wysokości kilkudziesięciu metrów; potrafiła
myśleć jedynie o imieniu, które ujrzała pół minuty temu na jej
ekranie i o tym, jak bardzo się tego bała.
Nie
dzwonił od kilku miesięcy.
Nie
dzwonił już od tak dawna.
Wciągnęła
gwałtownie powietrze, gdy uświadomiła sobie, że od dłuższej
chwili je wstrzymywała, po czym pokręciła głową, oszołomiona.
Telefon przestał dzwonić i znieruchomiał, ale już po chwili
rozbrzmiał ponownie. Wibracje wstrząsające komórką spowodowały,
że zaczęła się niebezpiecznie przesuwać, aż prawie zawisła na
krawędzi dachu. I dopiero to ostudziło Iz do takiego stopnia, że
wstała, podeszła bliżej i wzięła ją do ręki.
A
potem, idąc za ciosem, odebrała.
-Czego
chcesz? - warknęła od razu do słuchawki, nie zaprzątając sobie
głowy powitaniem i uprzejmościami. Zadbała o to, by ton jej głosu
był chłodny i napastliwy, a przede wszystkim, by nie drżał i nie
zdradził w żaden sposób szoku i strachu, jakie ją ogarnęły.
I
chyba się udało.
-Nie
wróciłaś.
Jego
głos rozszedł się po wszystkich jej nerwach i komórkach w mózgu,
wywołał dreszcze … ale nie strach. Ze zdumieniem uświadomiła
sobie, że w tym głosie nie ma wściekłości, oskarżeń i
zapowiedzi zemsty.
Ten
głos zabrzmiał smutno i dziwnie bezradnie.
Otrząsnęła
się z tej chwilowej dezorientacji, po czym odparła, wciąż
chłodno:
-I
nie wrócę.
Zagryzła
wargę tak mocno, że aż poczuła smak krwi w ustach, a on się
odezwał:
-Minęły
trzy miesiące, a Twój ojciec praktycznie nie brał. Stacza się
coraz niżej. Ja mu nie załatwię działki.
-I
ja też nie.
Usłyszała,
jak westchnął.
-W
takim razie on umrze.
-Mam
to gdzieś – powiedziała całkowicie szczerze. Do dziś nie
wiedziała, co ją skłoniło, by wtedy zdobyć dla ojca narkotyki,
ale wiedziała na pewno, że już nigdy tego nie zrobi. Nic jej nie
obchodził. Sam zmarnował sobie życie, nie zamierzała mu więc
pozwalać, by marnował również jej życie.
Jednak,
mimo iż były to prawdziwe słowa, wyraźnie nie przekonały jej
rozmówcy, bo już po chwili powiedział:
-Wcale
nie, Izzy.
Westchnęła
z frustracją, uświadamiając sobie, że ta dyskusja donikąd nie
prowadzi.
-Zostaw
mnie w spokoju, Alex. Proszę Cię. Mam swoje życie. Nowe życie.
Mieszkam teraz gdzie indziej. Zerwałam z tym. I nie chcę do tego
wracać.
-Ale
on jest Twoim ojcem.
To
przemawianie do jej dobrej strony mu nie wyszło, bo akurat w tym
temacie Iz miała bardzo ściśle określoną opinię, której nie
dawała żadnych praw do zmienienia się choć odrobinę.
-Jest
tylko dawcą nasienia i Ty dobrze o tym wiesz – powiedziała
twardo, wbijając wolną dłoń w kieszeń bluzy i zaciskając palce
na paczce papierosów. Chciała jak najszybciej zakończyć tę
rozmowę i wrócić do palenia - Nigdy się mną nie interesował.
Nigdy go nie obchodziłam. Nic mu nie jestem winna.
-Ten
ostatni raz, Izzy.
Po
raz kolejny zszokowała ją jego wypowiedź i ton głosu. Jakby miała
do czynienia z kimś zupełnie innym.
Jakby
to nie on, parę miesięcy temu przykładał jej nóż do gardła,
gotowy natychmiast ją zabić.
W
każdym razie, dobry czy zły, nie grał z nią w jednej drużynie.
Nie mieli z sobą nic wspólnego, a ona po prostu chciała, by
zniknął z jej życia, wraz z ojcem ćpunem.
-Nie
mogę! Nie mieszkam już w Oberstdorfie, Alex! Nie mogę przyjechać!
- oznajmiła tak głośno i dobitnie, jak tylko potrafiła, mając
nadzieję, że wreszcie do niego dotrze.
Pomyliła
się.
-Twój
brat jest teraz na konkursie. Zagranicą. Mylę się?
To
było jak policzek.
Zamknęło
jej usta.
Wiedział
tak wiele.
Zbyt
wiele.
Paraliżujący
strach znowu zakiełkował w jej sercu, gdy pomyślała o Karlu,
Karlu, którego tak bardzo chciała uchronić przed błędami swojej
przeszłości, przed tym wszystkim, co zrobiła, a co mogło i na
niego sprowadzić problemy. Nie chciała tego. Tylko ona odpowiadała
za swoje czyny. Nie on.
-Nie
waż się go w to mieszać – warknęła, gdy już doszła do siebie
i ogarnęła ją czysta, niepohamowana złość. Westchnął cicho.
-Ani
myślę. Nic mnie nie obchodzi. Obchodzi mnie, żebyś ty przyjechała
i ten ostatni raz załatwiła swojemu ojcu towar. Dużo towaru. Przy
odrobinie szczęścia przedawkuje i koniec. A wtedy ani Ty ani ja nie
będziemy już mieli problemu.
Przez
chwilę oboje milczeli, a ona toczyła zażarty bój z własnymi
myślami.
I
w końcu odezwała się cicho:
-Po
co ciągle przy nim trwasz?
-Dług.
Spłacam dług. Jestem mu to winien.
Westchnęła
z rezygnacją.
A
potem powiedziała, już teraz żałując swojej decyzji:
-Dobrze.
Przyjadę.
No witajcie, skarby.
Jak widzicie musiałam zmienić wszystko, łącznie z adresem mailowym i nickiem.
Wasze blogi będę dalej komentować ze starego konta i bardzo Was proszę, żeby w miarę możliwośći nie łączyć gdzieś mojego nowego nicka ze starym. Zależy mi na ostrożności, żeby tym razem blog nie wpadł w niepowołane ręce.
I z tego miejsca bardzo Wam dziękuję. Tak wiele z Was odpowiedziało na moją prośbę - jesteście najlepsze <3
a rozdział dodaję dzisiaj, bo jednak zmiękłam, i jednak Welli zaczął ze mną współpracować. Może jakoś napiszę na dniach tą dziewiątkę. A potem dziesiątka jest już dawno gotowa, więc patrzę w przyszłość z optymizmem :)
Trzymajcie się, skarby ;*
No witaj skarbie. <3
OdpowiedzUsuńZapomniałam Ci wczoraj powiedzieć jak bardzo cieszę się, że nie przestałaś jednak publikować, bo znasz moje zdanie na ten temat. Taki geniusz nie może pisać tylko dla siebie, no i dla mnie, ale ja jestem tylko szarym robaczkiem, więc wiesz.
Zaczynam pieprzyć. Jak następnym razem przyjdzie mi coś do głowy o jedenastej, to wyślij mnie do spania, ok?
I jestem cholernie wkurzona na Karla. Nie pamiętam, czy Ci to mówiłam po pierwszym czytaniu, ale strasznie jestem zła.
Wiem, że nie weźmiesz tego pod uwagę ale powinnaś znaleźć dla Karla i Millie jakieś mieszkanie, żeby Izz i Welli mogli sobie żyć w spokoju.
Bo Karl ewidentnie stracił rozum.
Coś mnie z nim łączy.
A ta końcówka bardziej by mi się podobała, gdyby nie chodziło o moją Izzy.
Kocham Cię <333
No to komplikacji ciąg dalszych, bohaterowie nie mają z tobą łatwo :D
OdpowiedzUsuńCiekawe, co kombinuje Millie, mam wrażenie, że to, czymkolwiek to jest, zaskoczy nas wszystkich i będzie wielką niespodzianką. Bo jakoś wątpię, że ciężarna kobieta spaceruje po mieście w środku miasta.
Izzy nie powinna się zgadzać, mimo wszystko. Ma nowe życie, powinna odciąć się od przeszłosci, skupić się na tym, co jest. Bo za łatwo jest wrócić do tego, co było.
A Wellingerowi (choć było mi go szkoda) przyda się takie mini upokorzenie. Ja nie wiem, co musi się jeszcze stać, aby wyciągnął jakieś wnioski ze swojego haniebnego zachowania :p
Jednak dodałaś:D
OdpowiedzUsuńCzyli co? Wena na Welliego znajdzie się zawsze i wszędzie. Nieprawdaż?
W każdym razie rozdział świetny.
Jak ja kocham tych pajaców<3 - jedyne motto, które mi po tym pozostanie.
Oni są przeuroczy, przezabawni i w ogóle. Ten tekst o biologii...
No nie wiem, Bo jak ja byłam w gimnazjum to ten temat został kategorycznie pominięty, a WDŻR nie mieliśmy w ogóle. Więc może biedny Andi też kończył jakieś podrzędne szkoły, a te dwie wredoty zamiast go czegoś jako starsi koledzy nauczyć to tylko się śmiać umieją...
Kończąc zachwycanie się skoczkami, a przechodząc do reszty rozdziałów. Pierwszy raz od samego początku mam wątpliwości czy dziecko, noszone przez Millie naprawdę jest dziełem Wellusiowym. Bo te jej dziwne spacerki... W nocy, po wielkim mieście, w zaawansowanej ciąży i w samotności... Taa, jasne...
Szczerze mówiąc to jak Izzy za nią wyszła, to już myślałam, że znajdzie ją obmacującą się z jakimiś facetami...
A potem wypadło mi do głowy jeszcze coś innego.
Bo skąd niby Ci przeklęci narkomani są pewni, że Izzy jest u Karla? I na dodatek, że Karl wyjechał...
No i głupawo wymyśliłam, że Millie to jakiś szpieg, przez nich nadesłany, aby śledzić rodzeństwo, który cóż, wykorzystał po prostu wielką i ogólnie znaną słabość Welliego...
Dobra, za dużo dopatrywania się sensacji, aferzystka że mnie.
A pewnie to po prostu biedna ofiara spójnej nocy z rozpuszczonym gwiazdorkiem...
Andi...Andi... Wiesz jak ja tu czekam, żebyś pokazał, że masz ludzkie oblicze???
To tyle kochana, kończę kolejny monolog ;)
Ściskam, pozdrawiam i chcę więcej.
Weny<3
haha.
Usuńa wiesz co Twoje wersja jest znacznie lepsza od mojej - chyba Ty powinnaś pisać to opowiadanie, nie ja ;D
Dziękuję ;)
Nie, nie, nie.
UsuńTo opowiadanie jest twoje, bo w moich rękach Izzy nie oparłaby się urokom Pana W.
I ktoś by pewnie wcześniej czy później został wysłany na tamten świat.
A póki jest twoje to ja im życzę wszystkiego najlepszego i niech żyją długo i szczęśliwie.
No właśnie:D
a wiesz, z jedną rzeczą to nawet trafiłaś ^^
UsuńYyy... Że co?
UsuńTo ja mam nadzieję, że zaliczyłaś do tych rzeczy "długo i szczęśliwie".
Dobra, inaczej:
Jeśli spróbujesz tknąć Karla albo Andiego, to zobaczysz...
(nie jest to prośbą, tylko groźba!).
Hmm... No chyba, że chodzi o to pierwsze. Bo pisałaś, że nie będą razem... Ale komu w życiu nie zdarza się zapomnieć?
hahaha :D
Usuńpożyjemy, zobaczymy ;)
Co Ty znów zgotowałaś tej biednej Izzy? :( Wciągasz ją w jakieś kryminały, mam nadzieję, że wyjdzie z tego cała i zdrowa, bo coś mi się wydaje, że temu Alexowi wcale nie chodzi o dobro jej ojca...
OdpowiedzUsuńJeśli chodzi o Millie, to też mi wpadł do głowy taki pomysł, że ona może być jakimś szpiegiem i nie wydaje mi się to takie głupie :p Ale nie będę tu stawiać bezpodstawnych opinii, bo to, że wyszła na spacer jeszcze nie robi z niej kryminalistki. Liczyłam na to, że jak Izzy wyjdzie to natknie się na nią w jakimś podejrzanym miejscu, ale na to chyba byłoby jeszcze za wcześniej. O ile ona faktycznie coś knuje.
A Welli jaki agresor! Oczywiście, że jesteś tam najlepszy, mam nadzieję, że zmieciesz ich wszystkich z powierzchni tej skoczni :D
Kochana!
OdpowiedzUsuńJak ja się przestraszyłam :( Przyszło mi do głowy, że dawno nie czytałam nic w jednym z moich ulubionych opowiadań, więc postanowiłam zajrzeć, a tam... No właśnie. Dobrze, że jednak jesteś, pomimo trudności. Szkoda, że jeszcze tylko dwa rozdziały :( Wspaniale wykreowałaś tu postaci i tak to szybko zleciało. Jestem ciekawa co kombinuje Millie i mały pomysł zaczyna mi świtać, ciekawe czy trafię ze spostrzeżeniem. Biedny Wellinger - chyba czuje się nieco osaczony i zdezorientowany. Nawet takiego cwaniaka potrafią przygnieść codzienne problemy. Martwię się tez o Izzy i mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Pozdrawiam i całuję :*
hej, ja się chyba źle wyraziłam ;)
Usuńwcale nie dwa rozdziały.
Po napisanej już dziesiątce czeka mnie ( i Was, jeśli zechcecie) cała masa rozdziałów.
także nie bój się, tak szybko się mnie nie pozbędziecie :P
dziękuję :*
Ahaaaa :P To ja pewnie źle zrozumiałam, wybacz. W takim razie jestem bardzo zadowolona i czekam na dalszy ciąg :)
UsuńNigdy więcej nie mów babci, że jesteś głodna -.- Tak była dziś u babci. ;3 Nie mam nic do ucznia na jutro, więc czytam, a mam tego trochę xd
OdpowiedzUsuńWięc od razu do rozdziału:
- Spodziewałam się, że wszyscy będą wiedzieć, że wszyscy będą wyśmiewać biednego Wellingera :D Hahahahahaahahahaha ;3
- Gdzie znika Millie ? Mam swoją teorię, po dzisiaj, że ona jednak chce wrobić Andreasa w dziecko i wtedy spotkała się z jego prawdziwym ojcem, żeby coś tam uzgodnić ;3 hahahaha odbija mi ;-; za dużo jedzenia i roznosi mnie energia ;3
- Iz co ty do cholery wyprawiasz ?! ; - ; Mam nadzieję, że jednak dziewczyna się aż tak nie stoczy :c
weny kochana :*
http://jak-kolysanka.blogspot.com/ <------ nowy blog zapraszam ;3
UsuńHej :D nadal nie mogę obserwować, kurde mać, nie wiem co się z tym dzieję, zaraz eksploduję normalnie :///
OdpowiedzUsuńco do rozdziału:
co ta Millie knuje? i w ogóle dlaczego Iz daję się namówić? coś mi tu nie pasuje :/ już nie mogę się doczekać rozwiązania tego wszystkiego :D
popróbuję coś z ustawieniami, ale nie wiem co z tego wyjdzie.
Pozdrawiam gorąco, i weny! ;*
hej ;) naprawdę się tym nie przejmuj, to były tylko takie moje głupie, wyższe środki ostrożności :D
Usuńdziękuję Ci bardzo ;*
Ochhhh Izzzzzzzzzzzzzzzz, w co Ty się znów pakujesz..
OdpowiedzUsuńdlaczego ja wcześniej nie zauważyłam, że dodałaś ten rozdział?
OdpowiedzUsuńwrrr.
coraz bardziej Millie zaczyna mi działać na nerwy
Coś kombinuje, a to mnie bardzo denerwuje
Jakoś nie mogę się do niej przekonać.
Kurczę, dlaczego ja wciąż mam nadzieję, że ten Wellinger czuje coś do Iz?
i nie jest to uczucie obrzydzenia, tylko raczej motylki w brzuchu :D
ale nie mam się już nawet co łudzić.
Oby tylko serduszko mijego Karlusia nie zostało przez nikogo zranione.
A jak na razie i Millie, i Iz mają coś na sumieniu
Kocham Cię <3333
Chyba muszę zacząć od przeprosin, bo takich zaległości to ja u ciebie chyba jeszcze nigdy nie miałam! Tak więc przepraszam i nawet nie będę się tłumaczyć, bo sama nie wiem czemu tak długo nie zaglądałam na bloggera, tylko od razu przejdę do treści.
OdpowiedzUsuńOtóż rozdział był genialny ^^
Powiem ci, że nawet przez chwilę zrobiło mi się żal Wellingera. Cała ta sytuacja musi być dla niego trudna, ale przecież nikt inny tu nie zawinił, tylko właśnie on. Gdyby pomyślał wcześniej, teraz tylko Izzy byłaby jego "problemem", a nikt nie posyłałby żadnych docinków w jego stronę. No cóż, ma pecha chłopak ;)
Co do Izzy to momentami doskonale ją rozumiałam. Początkowo ta niechęć do nauki - mnie też studia czasami wydają się niepotrzebnym doświadczeniem, a z drugiej strony każde doświadczenie kształci człowieka, więc trzeba to przeboleć ;)
No, a zazdrość o brata i ta troska, żeby nie sprawił sobie bólu i przykrości łącząc się z Millie jest zrozumiała. Przecież rodzeństwo zawsze mogło liczyć tylko na siebie, a teraz pojawia się ktoś trzeci. Izzy musi to przeboleć.
Zaniepokoił mnie natomiast ten telefon na koniec rozdziału. Kurczę, a myślałam, że dziewczyna jakoś wyplątała się z bolesnej przeszłości, a tu widać, że przeszłość wciąż depcze jej po piętach.
Nie jestem pewna czy ona dobrze robi postanawiając spotkać się z ojcem. Z tego nic dobrego wyniknąć nie może. No, ale może nie będę prorokować i przejdę do następnego rozdziału - to właśnie lubię w zaległościach, że nie muszę czekać z niecierpliwością na nowości ^^