niedziela, 20 października 2013

Osiem: Demony przeszłości.

Bogu dzięki ból pleców nieco zelżał, więc wysiadając na dworcu w Oberstdorfie, Wellinger był dobrej myśli. Ostatecznie pierwszy raz od dwóch tygodni miał trening na skoczni, a każda chwila na skoczni go uszczęśliwiała. W dodatku była okazją do wyrwania się, choć na moment, z Monachium i tego chorego mieszkania, w którym nie miał już siły mieszkać.
Gdyby to od niego zależało, dawno by się stamtąd wyniósł.
Jednak nie mógł.
Nie mógł, o czym dobitnie poinformował go Karl, gdy bezskutecznie próbował przemawiać do lepszej strony jego osobowości. A więc dopóki Millie nie urodziła jego dziecka (Dopóki nie mam pewności, że to moje dziecko, poprawił go automatycznie Andreas), musiał mieszkać razem z nią, przynajmniej w taki sposób okazując jej swoją troskę i wsparcie.
A to zabawne, bo przecież nie miał w sobie absolutnie żadnej troski i nie zamierzał okazać absolutnie żadnego wsparcia tej dziewczynie.
Nie miał jednak ochoty kłócić się z Karlem.
Zwłaszcza, że ostatnimi czasy Karla coraz trudniej było poznać.
Posłał krótkie spojrzenie idącemu tuż obok chłopakowi, z którym wspólnie przyjechał na trening i poświęcił parę chwil na zastanowienie się, co go właściwie tak bardzo zmieniło.
Millie. To na pewno. Ale w jaki sposób? Po co, dlaczego i kiedy? Wytężył swoje szare komórki i wrócił do dnia, gdy ta dziewczyna pojawiła się w ich mieszkaniu po raz drugi i od tej pory została na stałe. Już wtedy Karl sprawiał wrażenie człowieka, któremu zależy.
Z drugiej strony, przecież Karlowi zawsze zależało.
To on, Andreas miał lekceważący stosunek do życia, Geiger podchodził do wszystkiego poważnie i z pełnym zaangażowaniem.
Westchnął, a jego myśli nagle zmieniły kierunek i skupiły się na Iz.
Gdy się wprowadziła, myślał, że czekają go najgorsze lata życia.
Teraz, w porównaniu z Millie i nowym, zmienionym Karlem, była tylko drobnostką, małym pyłkiem kurzu w porównaniu z wielką plamą na dywanie.
-Spóźnimy się – zauważył, gdy już otrząsnął się z tych rozmyślań i zerknął na zegarek. Trening zaczynał się o siedemnastej; było za pięć, a oni wciąż mieli trochę do przejścia. No ale ostatecznie trudno było ich winić za słabe połączenia komunikacyjne między Monachium a Oberstdorfem i za półgodzinne opóźnienie pociągu. Poprawił pasek torby sportowej, zawieszonej na ramieniu i spojrzał na Karla.
-Trener nie powinien się czepiać. Richard i Sev też się często spóźniają, a on zawsze przymyka na to oko. Zresztą, nie nasza wina.
Wellinger wzruszył lekko ramionami i rozmowa się urwała. Milczeli przez następny kwadrans, w czasie którego dostali się w końcu na teren skoczni, a tam od razu zostali wylewnie powitani przez kolegów z kadry.
Karl ruszył w stronę trenera, by wyjaśnić mu powód spóźnienia swojego i Andreasa, natomiast Wellinger został z kolegami, żeby trochę z nimi pogadać, nim rozpocznie się trening.
Gdyby wtedy wiedział, jakim torem potoczy się rozmowa, na pewno poszedłby z Karlem.
-No no no, mamy tu chyba wielkiego przegranego, co? - Wank roześmiał się głośno, po czym trzasnął swojego młodszego imiennika w łopatki tak mocno, że ten aż stracił równowagę. Szybko się jednak otrząsnął i obrzucił go zaskoczonym spojrzeniem – Słyszałem, że będziesz tatusiem, młody!
Wellinger poczuł, że marznie mu krew w żyłach, ale nim zdołał wykazać się jakąś odpowiedzią, rozległy się zbiorowe śmiechy i tym razem przemówił Freitag:
-A mówiłem Ci, młody, nie uciekaj z biologii! Parę lekcji i wiedziałbyś co i jak i że tak czasami bywa, jak się nie uważa …
Teraz wszyscy już prawie leżeli na ziemi ze śmiechu. To go otrzeźwiło. Otrząsnął się z szoku, pokręcił głową i z, z trudem hamowaną wściekłością, wycedził:
-Nie będę żadnym ojcem. Bo to nie jest moje dziecko.
Wank pierwszy przestał się śmiać. Otarł kąciki oczu z łez i spojrzał na Wellingera z zaskoczeniem.
-Nie Twoje? Słyszeliśmy coś innego.
-No to źle słyszeliście – warknął, zaciskając mocno dłonie w pięści – I ja Wam teraz mówię, jak jest naprawdę. Żadna dziewczyna nie jest ze mną w ciąży. Nie będzie żadnego dziecka, żadnych pieluch i żadnego wychowywania. I tak się składa, że wiem co i jak, idioto – dodał, patrząc z pogardą na Freitaga, po czym, nie czekając na odpowiedź, wyminął ich i i odszedł w kierunku hangaru.
Wciąż kipiąc gniewem, zabrał się za zbieranie swojego sprzętu, żeby jak najszybciej móc rozpocząć trening.
W głowie kołatała mu tylko jedna myśl.
Skopać tym dupkom tyłki.
W końcu to on tu był najlepszy.


Ostatnimi czasy Izzy niejednokrotnie zastanawiała się po co właściwie poszła na studia. Wybrała przypadkowo pierwszy lepszy kierunek, na który akurat się dostała i teraz, w miarę upływu dni, odmierzających czas do października nie czuła jakiejś ogromnej ekscytacji na myśl o pierwszych wykładach.
W końcu doszła do wniosku, że studia nie były jej potrzebne do zdobycia wykształcenia. To znaczy, może też, ale w znacznie mniejszym stopniu. Ponieważ studiowanie oznaczało wyjazd do wielkiego miasta, a tym samym ucieczkę od domu i bolesnej przeszłości.
No i jeszcze chciała być blisko Karla. Dlatego postawiła na Monachium, dlatego była w stanie strawić nawet towarzystwo Wellingera, byle tylko znaleźć się obok brata, który zawsze ją ochraniał, dawał jej poczucie bezpieczeństwa i był właściwie jedyną osobą, która ją kochała.
Tylko Karl ją zawsze kochał.
A ona jego.
Jednak teraz, gdy była już połowa września, a więc nieubłaganie zbliżał się rok akademicki, Iz zaczęła się przekonywać jak bardzo pochopną i nieprzemyślaną podjęła decyzję. Prawda była taka, że wcale nie chciało jej się studiować. Nie potrzebowała tego w życiu. Była w stanie zadowolić się zwykłą, nudną, niezbyt dobrze płatną pracą.
Gdyby mieszkała tylko z Karlem, pewnie po rozważeniu takich wniosków, rzuciłaby całą tą uczelnię w cholerę. Jednak przecież był jeszcze Wellinger, na którego nie miała najmniejszego zamiaru się ciągle natykać.
No i Millie.
Wcale nie mniejszy problem.

Wcześniej irytowało ją w czerwonowłosej przede wszystkim to, że nie było w niej nic, co mogłoby normalnego człowieka irytować. Była radosna, zawsze uśmiechnięta i nie sprawiała żadnych problemów. Ponieważ nie miała pieniędzy i nie mogła pracować, zajmowała się wszystkimi domowymi sprawami; gotowaniem i sprzątaniem, aż do pojawienia się Karla i stanowczego nakazania jej się położyć. Iz patrzyła na całą tą relację Millie i Karla z niepokojem, a wręcz strachem, bo najbardziej w świecie bała się, że jej brat może cierpieć. Nawet próbowała z nim o tym porozmawiać, ale on zbywał ją, zapewniając, że wszędzie doszukuje się problemów i podstępu.
-Wiesz, świat naprawdę nie jest aż tak okrutnym miejscem, a nie wszyscy ludzie to parszywe mendy, Iz – mówił, uśmiechając się do niej uśmiechem, którego nie odwzajemniała.
Ponieważ zbyt dobrze wiedziała, że jest zupełnie na odwrót.
Zaś jej obawy względem Millie potwierdziły się pewnego późnego wieczora, gdy Karl i Wellinger wyjechali na zawody LGP, a one zostały same w domu.
Izzy miała wolne i nie nosiła w sobie absolutnie żadnej potrzeby czy ochoty, by wyjść dziś z domu, więc wzięła długi, gorący prysznic, przebrała się w pidżamę i wyszła z łazienki na korytarz.
W samą porę, by zobaczyć, jak Millie pośpiesznie narzuca na siebie kurtkę, wkłada buty i odwraca się, by otworzyć drzwi wejściowe.
-Gdzie idziesz? - spytała odruchowo, na co czerwonowłosa zamarła w miejscu na ułamek sekundy, po czym wykonała gwałtowny obrót i spojrzała na stojącą przed nią Iz, z lekko spłoszonym wyrazem twarzy.
-Chciałam się trochę przejść – odpowiedziała po chwili, uśmiechając się jakoś tak dziwnie i wzruszając ramieniem – No wiesz, świeże powietrze, dobre dla dziecka …
Izzy skrzyżowała ramiona na piersiach i uniosła brew.
-Ale jest już późno – zauważyła. Sama nie wiedziała, co nią kierowało i dlaczego tak bardzo się uczepiła faktu, że Millie wychodzi z domu o 22, ale podskórnie czuła, że dziewczyna coś knuje. Tylko jakie miała dowody? Jak mogła ją zatrzymać?
Nie mogła.
Więc, gdy Millie wymamrotała, że wróci za pół godziny i nie będzie się za bardzo oddalać, a potem prawie że wybiegła z mieszkania, Iz nie wykonała żadnego ruchu.
Westchnęła tylko, odwracając się na pięcie i kierując do swojego pokoju.
Nie zamierzała jednak o tym zapomnieć.
Wręcz przeciwnie, postanowiła sobie wtedy, że dowie się co właściwie knuje ta cała Millie.
Nie żeby ją to coś obchodziło.
Obchodził ją tylko Karl i postanowiła sobie, że za nic w świecie nie pozwoli nikomu go skrzywdzić.
A już zwłaszcza dziewczynie, która nosiła w sobie dziecko Wellingera.


Godzinę później Millie wciąż nie było, a Izzy leżała bezczynnie na łóżku, gapiąc się w sufit. Obok niej spoczywała paczka papierosów, czekających na wypalenie. Zerkała na nie co chwila, wzdychając cicho, po czym znowu przenosiła wzrok na sufit.
Naprawdę nie miała ochoty nigdzie dziś wychodzić …
Ale palenie w mieszkaniu? Nawet jeśli Karl był zagranicą, nawet jeśli była sama, to Iz i tak czuła, że posunęłaby się za daleko.
Leżała jeszcze przez chwilę, w końcu poderwała się do pozycji siedzącej, złapała za paczkę i wepchnąwszy ją do kieszeni spodni ruszyła w stronę drzwi.
Zamknęła mieszkanie na klucz i zostawiła go pod wycieraczką, na wypadek gdyby Millie wróciła wcześniej od niej. I już miała skierować się ku schodom, gdy spojrzała w górę, a wtedy coś jej przyszło do głowy.
Podeszła ku schodom, ale nie tym, prowadzącym w dół, tylko w górę i zaczęła się po nich wspinać. Dotarła na ostatnie, szóste piętro, a tam, oprócz drzwi mieszkaniowych, ujrzała także drzwi pożarowe. Sięgnęła do klamki; otworzyły się bez problemu. Kolejna wędrówka po schodach, tym razem znacznie krótsza doprowadziła ją tam, gdzie chciała.
Na otwartą przestrzeń, na dach bloku.
Ostrożnie zbliżyła się do krawędzi i spojrzała w dół, a wówczas doznała lekkiego zawrotu głowy. Może nie było tu jakoś bardzo wysoko, ale wystarczająco, by Iz w tempie ekspresowym powróciła do schodów.
Nie chciała jednak schodzić na dół i wracać do mieszkania.
Przecież o to jej chodziło. Po to tu przyszła. Bo było to miejsce, które mogło z powodzeniem zastąpić balkon, w którym ona mogła sobie posiedzieć i wypalić parę papierosów, bez obawy, że pojawi się Karl i zrobi jej awanturę.
Uśmiechnęła się do siebie, po czym usiadła, tam gdzie stała i wydobywszy paczkę z kieszeni, zapaliła od razu pierwszego papierosa.
Rozluźnienie przyszło szybko. Odchyliła się do tyłu i prawie położyła na dachu, opierając się o niego łokciami. Zapatrzona w ciemne, usiane gwiazdami niebo, które znajdowało się bliżej, niż kiedykolwiek odetchnęła z ulgą i w końcu poczuła się swobodnie.
To uczucie nie trwało jednak długo.
Ponieważ wtedy zadzwonił jej telefon.
W pierwszej chwili pomyślała, że to pewnie Karl, jak zawsze dzwoni, by zapytać czy wszystko w porządku, u niej i u Millie, oczywiście. Westchnęła cicho, po czym wydobyła komórkę z kieszeni dżinsów i zerknęła na wyświetlacz.
A wtedy serce w niej zamarło.
Podskoczyła w miejscu, jak oparzona i nim zdążyła pomyśleć, odrzuciła telefon daleko od siebie, jakby to był jadowity pająk. Uderzył w metalowy dach, po czym potoczył się daleko i zatrzymał niebezpiecznie blisko krawędzi.
Nie zwróciła uwagi na to, że właśnie prawie spowodowała upadek swojej komórki z wysokości kilkudziesięciu metrów; potrafiła myśleć jedynie o imieniu, które ujrzała pół minuty temu na jej ekranie i o tym, jak bardzo się tego bała.
Nie dzwonił od kilku miesięcy.
Nie dzwonił już od tak dawna.
Wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy uświadomiła sobie, że od dłuższej chwili je wstrzymywała, po czym pokręciła głową, oszołomiona. Telefon przestał dzwonić i znieruchomiał, ale już po chwili rozbrzmiał ponownie. Wibracje wstrząsające komórką spowodowały, że zaczęła się niebezpiecznie przesuwać, aż prawie zawisła na krawędzi dachu. I dopiero to ostudziło Iz do takiego stopnia, że wstała, podeszła bliżej i wzięła ją do ręki.
A potem, idąc za ciosem, odebrała.
-Czego chcesz? - warknęła od razu do słuchawki, nie zaprzątając sobie głowy powitaniem i uprzejmościami. Zadbała o to, by ton jej głosu był chłodny i napastliwy, a przede wszystkim, by nie drżał i nie zdradził w żaden sposób szoku i strachu, jakie ją ogarnęły.
I chyba się udało.
-Nie wróciłaś.
Jego głos rozszedł się po wszystkich jej nerwach i komórkach w mózgu, wywołał dreszcze … ale nie strach. Ze zdumieniem uświadomiła sobie, że w tym głosie nie ma wściekłości, oskarżeń i zapowiedzi zemsty.
Ten głos zabrzmiał smutno i dziwnie bezradnie.
Otrząsnęła się z tej chwilowej dezorientacji, po czym odparła, wciąż chłodno:
-I nie wrócę.
Zagryzła wargę tak mocno, że aż poczuła smak krwi w ustach, a on się odezwał:
-Minęły trzy miesiące, a Twój ojciec praktycznie nie brał. Stacza się coraz niżej. Ja mu nie załatwię działki.
-I ja też nie.
Usłyszała, jak westchnął.
-W takim razie on umrze.
-Mam to gdzieś – powiedziała całkowicie szczerze. Do dziś nie wiedziała, co ją skłoniło, by wtedy zdobyć dla ojca narkotyki, ale wiedziała na pewno, że już nigdy tego nie zrobi. Nic jej nie obchodził. Sam zmarnował sobie życie, nie zamierzała mu więc pozwalać, by marnował również jej życie.
Jednak, mimo iż były to prawdziwe słowa, wyraźnie nie przekonały jej rozmówcy, bo już po chwili powiedział:
-Wcale nie, Izzy.
Westchnęła z frustracją, uświadamiając sobie, że ta dyskusja donikąd nie prowadzi.
-Zostaw mnie w spokoju, Alex. Proszę Cię. Mam swoje życie. Nowe życie. Mieszkam teraz gdzie indziej. Zerwałam z tym. I nie chcę do tego wracać.
-Ale on jest Twoim ojcem.
To przemawianie do jej dobrej strony mu nie wyszło, bo akurat w tym temacie Iz miała bardzo ściśle określoną opinię, której nie dawała żadnych praw do zmienienia się choć odrobinę.
-Jest tylko dawcą nasienia i Ty dobrze o tym wiesz – powiedziała twardo, wbijając wolną dłoń w kieszeń bluzy i zaciskając palce na paczce papierosów. Chciała jak najszybciej zakończyć tę rozmowę i wrócić do palenia - Nigdy się mną nie interesował. Nigdy go nie obchodziłam. Nic mu nie jestem winna.
-Ten ostatni raz, Izzy.
Po raz kolejny zszokowała ją jego wypowiedź i ton głosu. Jakby miała do czynienia z kimś zupełnie innym.
Jakby to nie on, parę miesięcy temu przykładał jej nóż do gardła, gotowy natychmiast ją zabić.
W każdym razie, dobry czy zły, nie grał z nią w jednej drużynie. Nie mieli z sobą nic wspólnego, a ona po prostu chciała, by zniknął z jej życia, wraz z ojcem ćpunem.
-Nie mogę! Nie mieszkam już w Oberstdorfie, Alex! Nie mogę przyjechać! - oznajmiła tak głośno i dobitnie, jak tylko potrafiła, mając nadzieję, że wreszcie do niego dotrze.
Pomyliła się.
-Twój brat jest teraz na konkursie. Zagranicą. Mylę się?
To było jak policzek.
Zamknęło jej usta.
Wiedział tak wiele.
Zbyt wiele.
Paraliżujący strach znowu zakiełkował w jej sercu, gdy pomyślała o Karlu, Karlu, którego tak bardzo chciała uchronić przed błędami swojej przeszłości, przed tym wszystkim, co zrobiła, a co mogło i na niego sprowadzić problemy. Nie chciała tego. Tylko ona odpowiadała za swoje czyny. Nie on.
-Nie waż się go w to mieszać – warknęła, gdy już doszła do siebie i ogarnęła ją czysta, niepohamowana złość. Westchnął cicho.
-Ani myślę. Nic mnie nie obchodzi. Obchodzi mnie, żebyś ty przyjechała i ten ostatni raz załatwiła swojemu ojcu towar. Dużo towaru. Przy odrobinie szczęścia przedawkuje i koniec. A wtedy ani Ty ani ja nie będziemy już mieli problemu.
Przez chwilę oboje milczeli, a ona toczyła zażarty bój z własnymi myślami.
I w końcu odezwała się cicho:
-Po co ciągle przy nim trwasz?
-Dług. Spłacam dług. Jestem mu to winien.
Westchnęła z rezygnacją.
A potem powiedziała, już teraz żałując swojej decyzji:
-Dobrze. Przyjadę.


No witajcie, skarby.
Jak widzicie musiałam zmienić wszystko, łącznie z adresem mailowym i nickiem.
Wasze blogi będę dalej komentować ze starego konta i bardzo Was proszę, żeby w miarę możliwośći nie łączyć gdzieś mojego nowego nicka ze starym. Zależy mi na ostrożności, żeby tym razem blog nie wpadł w niepowołane ręce.
I z tego miejsca bardzo Wam dziękuję. Tak wiele z Was odpowiedziało na moją prośbę - jesteście najlepsze <3
a rozdział dodaję dzisiaj, bo jednak zmiękłam, i jednak Welli zaczął ze mną współpracować. Może jakoś napiszę na dniach tą dziewiątkę. A potem dziesiątka jest już dawno gotowa, więc patrzę w przyszłość z optymizmem :)
Trzymajcie się, skarby ;*


19 komentarzy:

  1. No witaj skarbie. <3
    Zapomniałam Ci wczoraj powiedzieć jak bardzo cieszę się, że nie przestałaś jednak publikować, bo znasz moje zdanie na ten temat. Taki geniusz nie może pisać tylko dla siebie, no i dla mnie, ale ja jestem tylko szarym robaczkiem, więc wiesz.
    Zaczynam pieprzyć. Jak następnym razem przyjdzie mi coś do głowy o jedenastej, to wyślij mnie do spania, ok?
    I jestem cholernie wkurzona na Karla. Nie pamiętam, czy Ci to mówiłam po pierwszym czytaniu, ale strasznie jestem zła.
    Wiem, że nie weźmiesz tego pod uwagę ale powinnaś znaleźć dla Karla i Millie jakieś mieszkanie, żeby Izz i Welli mogli sobie żyć w spokoju.
    Bo Karl ewidentnie stracił rozum.
    Coś mnie z nim łączy.
    A ta końcówka bardziej by mi się podobała, gdyby nie chodziło o moją Izzy.
    Kocham Cię <333

    OdpowiedzUsuń
  2. No to komplikacji ciąg dalszych, bohaterowie nie mają z tobą łatwo :D
    Ciekawe, co kombinuje Millie, mam wrażenie, że to, czymkolwiek to jest, zaskoczy nas wszystkich i będzie wielką niespodzianką. Bo jakoś wątpię, że ciężarna kobieta spaceruje po mieście w środku miasta.
    Izzy nie powinna się zgadzać, mimo wszystko. Ma nowe życie, powinna odciąć się od przeszłosci, skupić się na tym, co jest. Bo za łatwo jest wrócić do tego, co było.
    A Wellingerowi (choć było mi go szkoda) przyda się takie mini upokorzenie. Ja nie wiem, co musi się jeszcze stać, aby wyciągnął jakieś wnioski ze swojego haniebnego zachowania :p

    OdpowiedzUsuń
  3. Jednak dodałaś:D
    Czyli co? Wena na Welliego znajdzie się zawsze i wszędzie. Nieprawdaż?
    W każdym razie rozdział świetny.
    Jak ja kocham tych pajaców<3 - jedyne motto, które mi po tym pozostanie.
    Oni są przeuroczy, przezabawni i w ogóle. Ten tekst o biologii...
    No nie wiem, Bo jak ja byłam w gimnazjum to ten temat został kategorycznie pominięty, a WDŻR nie mieliśmy w ogóle. Więc może biedny Andi też kończył jakieś podrzędne szkoły, a te dwie wredoty zamiast go czegoś jako starsi koledzy nauczyć to tylko się śmiać umieją...

    Kończąc zachwycanie się skoczkami, a przechodząc do reszty rozdziałów. Pierwszy raz od samego początku mam wątpliwości czy dziecko, noszone przez Millie naprawdę jest dziełem Wellusiowym. Bo te jej dziwne spacerki... W nocy, po wielkim mieście, w zaawansowanej ciąży i w samotności... Taa, jasne...
    Szczerze mówiąc to jak Izzy za nią wyszła, to już myślałam, że znajdzie ją obmacującą się z jakimiś facetami...
    A potem wypadło mi do głowy jeszcze coś innego.
    Bo skąd niby Ci przeklęci narkomani są pewni, że Izzy jest u Karla? I na dodatek, że Karl wyjechał...
    No i głupawo wymyśliłam, że Millie to jakiś szpieg, przez nich nadesłany, aby śledzić rodzeństwo, który cóż, wykorzystał po prostu wielką i ogólnie znaną słabość Welliego...
    Dobra, za dużo dopatrywania się sensacji, aferzystka że mnie.
    A pewnie to po prostu biedna ofiara spójnej nocy z rozpuszczonym gwiazdorkiem...
    Andi...Andi... Wiesz jak ja tu czekam, żebyś pokazał, że masz ludzkie oblicze???
    To tyle kochana, kończę kolejny monolog ;)
    Ściskam, pozdrawiam i chcę więcej.
    Weny<3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha.
      a wiesz co Twoje wersja jest znacznie lepsza od mojej - chyba Ty powinnaś pisać to opowiadanie, nie ja ;D
      Dziękuję ;)

      Usuń
    2. Nie, nie, nie.
      To opowiadanie jest twoje, bo w moich rękach Izzy nie oparłaby się urokom Pana W.
      I ktoś by pewnie wcześniej czy później został wysłany na tamten świat.
      A póki jest twoje to ja im życzę wszystkiego najlepszego i niech żyją długo i szczęśliwie.
      No właśnie:D

      Usuń
    3. a wiesz, z jedną rzeczą to nawet trafiłaś ^^

      Usuń
    4. Yyy... Że co?
      To ja mam nadzieję, że zaliczyłaś do tych rzeczy "długo i szczęśliwie".
      Dobra, inaczej:
      Jeśli spróbujesz tknąć Karla albo Andiego, to zobaczysz...
      (nie jest to prośbą, tylko groźba!).
      Hmm... No chyba, że chodzi o to pierwsze. Bo pisałaś, że nie będą razem... Ale komu w życiu nie zdarza się zapomnieć?

      Usuń
    5. hahaha :D
      pożyjemy, zobaczymy ;)

      Usuń
  4. Co Ty znów zgotowałaś tej biednej Izzy? :( Wciągasz ją w jakieś kryminały, mam nadzieję, że wyjdzie z tego cała i zdrowa, bo coś mi się wydaje, że temu Alexowi wcale nie chodzi o dobro jej ojca...
    Jeśli chodzi o Millie, to też mi wpadł do głowy taki pomysł, że ona może być jakimś szpiegiem i nie wydaje mi się to takie głupie :p Ale nie będę tu stawiać bezpodstawnych opinii, bo to, że wyszła na spacer jeszcze nie robi z niej kryminalistki. Liczyłam na to, że jak Izzy wyjdzie to natknie się na nią w jakimś podejrzanym miejscu, ale na to chyba byłoby jeszcze za wcześniej. O ile ona faktycznie coś knuje.
    A Welli jaki agresor! Oczywiście, że jesteś tam najlepszy, mam nadzieję, że zmieciesz ich wszystkich z powierzchni tej skoczni :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochana!
    Jak ja się przestraszyłam :( Przyszło mi do głowy, że dawno nie czytałam nic w jednym z moich ulubionych opowiadań, więc postanowiłam zajrzeć, a tam... No właśnie. Dobrze, że jednak jesteś, pomimo trudności. Szkoda, że jeszcze tylko dwa rozdziały :( Wspaniale wykreowałaś tu postaci i tak to szybko zleciało. Jestem ciekawa co kombinuje Millie i mały pomysł zaczyna mi świtać, ciekawe czy trafię ze spostrzeżeniem. Biedny Wellinger - chyba czuje się nieco osaczony i zdezorientowany. Nawet takiego cwaniaka potrafią przygnieść codzienne problemy. Martwię się tez o Izzy i mam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Pozdrawiam i całuję :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hej, ja się chyba źle wyraziłam ;)
      wcale nie dwa rozdziały.
      Po napisanej już dziesiątce czeka mnie ( i Was, jeśli zechcecie) cała masa rozdziałów.
      także nie bój się, tak szybko się mnie nie pozbędziecie :P
      dziękuję :*

      Usuń
    2. Ahaaaa :P To ja pewnie źle zrozumiałam, wybacz. W takim razie jestem bardzo zadowolona i czekam na dalszy ciąg :)

      Usuń
  6. Nigdy więcej nie mów babci, że jesteś głodna -.- Tak była dziś u babci. ;3 Nie mam nic do ucznia na jutro, więc czytam, a mam tego trochę xd
    Więc od razu do rozdziału:
    - Spodziewałam się, że wszyscy będą wiedzieć, że wszyscy będą wyśmiewać biednego Wellingera :D Hahahahahaahahahaha ;3
    - Gdzie znika Millie ? Mam swoją teorię, po dzisiaj, że ona jednak chce wrobić Andreasa w dziecko i wtedy spotkała się z jego prawdziwym ojcem, żeby coś tam uzgodnić ;3 hahahaha odbija mi ;-; za dużo jedzenia i roznosi mnie energia ;3
    - Iz co ty do cholery wyprawiasz ?! ; - ; Mam nadzieję, że jednak dziewczyna się aż tak nie stoczy :c

    weny kochana :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://jak-kolysanka.blogspot.com/ <------ nowy blog zapraszam ;3

      Usuń
  7. Hej :D nadal nie mogę obserwować, kurde mać, nie wiem co się z tym dzieję, zaraz eksploduję normalnie :///
    co do rozdziału:
    co ta Millie knuje? i w ogóle dlaczego Iz daję się namówić? coś mi tu nie pasuje :/ już nie mogę się doczekać rozwiązania tego wszystkiego :D
    popróbuję coś z ustawieniami, ale nie wiem co z tego wyjdzie.
    Pozdrawiam gorąco, i weny! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hej ;) naprawdę się tym nie przejmuj, to były tylko takie moje głupie, wyższe środki ostrożności :D
      dziękuję Ci bardzo ;*

      Usuń
  8. Ochhhh Izzzzzzzzzzzzzzzz, w co Ty się znów pakujesz..

    OdpowiedzUsuń
  9. dlaczego ja wcześniej nie zauważyłam, że dodałaś ten rozdział?
    wrrr.
    coraz bardziej Millie zaczyna mi działać na nerwy
    Coś kombinuje, a to mnie bardzo denerwuje
    Jakoś nie mogę się do niej przekonać.
    Kurczę, dlaczego ja wciąż mam nadzieję, że ten Wellinger czuje coś do Iz?
    i nie jest to uczucie obrzydzenia, tylko raczej motylki w brzuchu :D
    ale nie mam się już nawet co łudzić.
    Oby tylko serduszko mijego Karlusia nie zostało przez nikogo zranione.
    A jak na razie i Millie, i Iz mają coś na sumieniu
    Kocham Cię <3333

    OdpowiedzUsuń
  10. Chyba muszę zacząć od przeprosin, bo takich zaległości to ja u ciebie chyba jeszcze nigdy nie miałam! Tak więc przepraszam i nawet nie będę się tłumaczyć, bo sama nie wiem czemu tak długo nie zaglądałam na bloggera, tylko od razu przejdę do treści.
    Otóż rozdział był genialny ^^
    Powiem ci, że nawet przez chwilę zrobiło mi się żal Wellingera. Cała ta sytuacja musi być dla niego trudna, ale przecież nikt inny tu nie zawinił, tylko właśnie on. Gdyby pomyślał wcześniej, teraz tylko Izzy byłaby jego "problemem", a nikt nie posyłałby żadnych docinków w jego stronę. No cóż, ma pecha chłopak ;)
    Co do Izzy to momentami doskonale ją rozumiałam. Początkowo ta niechęć do nauki - mnie też studia czasami wydają się niepotrzebnym doświadczeniem, a z drugiej strony każde doświadczenie kształci człowieka, więc trzeba to przeboleć ;)
    No, a zazdrość o brata i ta troska, żeby nie sprawił sobie bólu i przykrości łącząc się z Millie jest zrozumiała. Przecież rodzeństwo zawsze mogło liczyć tylko na siebie, a teraz pojawia się ktoś trzeci. Izzy musi to przeboleć.
    Zaniepokoił mnie natomiast ten telefon na koniec rozdziału. Kurczę, a myślałam, że dziewczyna jakoś wyplątała się z bolesnej przeszłości, a tu widać, że przeszłość wciąż depcze jej po piętach.
    Nie jestem pewna czy ona dobrze robi postanawiając spotkać się z ojcem. Z tego nic dobrego wyniknąć nie może. No, ale może nie będę prorokować i przejdę do następnego rozdziału - to właśnie lubię w zaległościach, że nie muszę czekać z niecierpliwością na nowości ^^

    OdpowiedzUsuń