Zapadła długa, ciężka cisza, w czasie której Millie zrobiła triumfującą minę, Izzy odwróciła się i wlepiła w nią oszołomione spojrzenie, a Wellinger …
Po pierwsze porzucił swoją nonszalancką pozę. Porzucił swoją maskę wyrachowania i obojętności. Jego spokój został naruszony.
-Co ty pieprzysz? - warknął, daremnie próbując odzyskać rezon. Millie wyprowadziła go z równowagi tym, co powiedziała i świetnie o tym wiedziała. Nic więc dziwnego, że triumf na jej twarzy zdawał się coraz bardziej rosnąć. Teraz już cała tym emanowała. Zadowoleniem. Satysfakcją.
Jakby nie patrzeć, zemściła się za to, jak ją potraktował.
Szkoda tylko, że najbardziej na tym wszystkim ucierpi istota, o której nikt w tej chwili nie myślał.
Izzy zapomniała, że chciała wrócić do swojego pokoju. Takiej okazji nie śmiałaby przepuścić. Gdyby sytuacja nie była tak poważna, wybuchnęłaby śmiechem na widok miny Wellingera, który daremnie walczył sam ze sobą o zachowanie twarzy. Był poruszony. Jego idealny świat właśnie zatrząsł się w posadach.
-Jestem w ciąży, Wellinger – powtórzyła Millie, zakładając ramiona na piersiach i patrząc wyzywająco na chłopaka – I to jest twoje dziecko.
Ta prowokacyjna wypowiedź najwyraźniej na niego podziałała, bo otrząsnął się z szoku i obdarzył ją spojrzeniem tak wrogim i pełnym mordu, że aż dziw, iż Millie natychmiast nie padła martwa na ziemię.
-Chyba kompletnie oszalałaś – warknął pogardliwie, ale w jego głosie dało się słyszeć lekki strach i Iz od razu zorientowała się, że Wellinger nie czuje się ani trochę tak pewnie, jak próbuje to udawać. Otworzył usta, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale Millie powstrzymała go, wyciągając ku niemu palec i z surową miną, oznajmiła:
-Nie dam się spławić. Jesteś ojcem tego dziecka, czy ci się to podoba czy nie. I będziesz mi płacił. Niedługo znów się zobaczymy. Na razie.
Odwróciła się jak fryga, a jej czerwone włosy zamigotały w powietrzu, niczym fala ognia. Zaraz potem nacisnęła na klamkę i zniknęła, głośno trzaskając drzwiami.
W ciszy, która zapadła, Izzy popatrzyła na Andreasa i znowu miała ochotę wybuchnąć śmiechem, gdy ujrzała jego minę.
-Chyba w końcu się doigrałeś, co Wellinger? - prychnęła pogardliwie, nie mogąc się powstrzymać. Nie zaszczycił jej ani jednym spojrzeniem i ani jednym słowem. Zniknął w swoim pokoju, głośno trzaskając drzwiami, a ona zaśmiała się cicho pod nosem.
Przynajmniej miała go z głowy.
Teraz mogła w spokoju dokończyć swoją książkę.
Z pomocą Karla udało jej się dostać na ulicę, której nazwa podana była w ulotce, reklamującej nowy monachijski bar. Tam przeszła błyskawiczną rozmowę kwalifikacyjną i została zatrudniona właściwie od zaraz, co pozwoliło jej dojść do wniosku, że właściciele baru rozpaczliwie poszukiwali jakichkolwiek pracowników, by jak najszybciej ruszyć z interesem.
Pierwszy dzień pracy był trudny, ale potem poszło już z górki. Pracowała na pół etatu, przede wszystkim wieczorami, więc zarobki nie były duże, lecz jej zależało tylko na tym, by mieć jakiekolwiek własne pieniądze, no i zajęcie przed rozpoczęciem studiów. W końcu do października było jeszcze daleko; lipiec ani myślał się kończyć, a ona nie zniosłaby ciągłego przesiadywania w mieszkaniu, narażona na niekoniecznie przyjemne towarzystwo Wellingera.
Nie dało się jednak nie zauważyć, że od czasu pojawienia się tamtej czerwonowłosej dziewczyny, która głośno i wyraźnie oznajmiła, że nosi jego dziecko, Wellinger stracił nieco ze swojej nadmiernej pewności siebie. O ile wcześniej sam często prowokował Izzy do kłótni, tak teraz prawie się do niej nie odzywał, chyba, że sytuacja wymagała czegoś więcej niż chrząknięcie i parę prostych do zrozumienia niewerbalnych gestów. Nie przechadzał się też po mieszkaniu niczym pan wszechświata i – co najważniejsze, bo Iz przyjęła ten fakt jak zbawienie – coraz rzadziej zapraszał do siebie obce panienki.
Takiego Wellingera jeszcze była w stanie znieść, tyle, że nie łudziła się, iż owy stan rzeczy długo potrwa. Czuła, że jemu w końcu odrosną skrzydła, kiedy już przekona samego siebie, że jednak wcale nie będzie ojcem i nie musi martwić się o jakąś tam Millie, jedną z wielu dziewczyn, z którymi się przespał, a które potem bezceremonialnie wyrzucił.
No chyba, że czerwonowłosa okaże się słowna i pewnego dnia ponownie wkroczy do idealnego światka Wellingera, by wywrócić mu życie do góry nogami.
Izzy nie była specjalnie podła ani mściwa.
Ale w tej sytuacji miała szczerą nadzieję, że tak się właśnie stanie.
Nadzieja Iz ziściła się pewnego słonecznego, sierpniowego dnia, gdy siedzieli w trójkę w mieszkaniu, jedząc obiad przyrządzony przez nią samą, z małą pomocą Karla. Oficjalnie pomagał też Wellinger, jednak jego wkład w przygotowanie jedzenia ograniczył się do nakrycia stołu, a potem zalegnięcia na kanapie przed telewizorem, do czasu aż wszystko było gotowe. W takich chwilach doprowadzał Izzy do szału, ale wtedy przypominała sobie Millie, jej powoli już widoczną ciążę i groźbę, wciąż gdzieś wiszącą w powietrzu. Miała szczerą nadzieję, że dziewczyna ją zrealizuje, że Wellinger w końcu zapłaci za swoją arogancję, bezczelność i lekkomyślny, irytujący styl życia.
I oczywiście, że wtedy robiło jej się głupio, bo myślała o dziecku jako o karze za winy, ale szybko odganiała od siebie podobne myśli, bo co ją niby to dziecko mogło obchodzić?
To był problem Wellingera, nie jej.
-Naprawdę dobrze gotujesz, Iz – w głosie Karla zabrzmiał podziw, tak nieoczekiwany, że oderwał ją od tych myśli. Uniosła głowę znad swojego talerza i popatrzyła na brata.
Uśmiechał się.
A ona uznała to za dobry znak, może nawet za kolejną szansę na powrót tego, co było, na naprawienie wszystkich błędów i to upragnione rozpoczęcie od nowa.
-Mam za sobą lata praktyki – odparła, na co wyraz jego twarzy się zmienił. Jej również. Patrzący z boku Andreas nie mógł tego nie zauważyć, nawet jeśli z uporem maniaka próbował skupić całą swoją uwagę na stojącym przed nim talerzem spaghetti i ignorować tą dwójkę. Wystarczyło tylko rzucić na nich okiem, by ujrzeć jak wiele razem przeszli i jak bardzo trudne mieli życie.
Gdyby nie był sobą, może odczułby lekkie współczucie.
Ale współczucie odzywało się w nim tak rzadko, że nawet jeśli pojawiło się teraz, uznał je za zwykły głód i wrócił do jedzenia.
Po chwili rodzeństwo zrobiło to samo i w kuchni ponownie zapadła cisza, przerywana jedynie odgłosem przeżuwania i dźwiękiem sztućców, obijających się co rusz o siebie.
Tak było, dopóki nie przerwało jej coś jeszcze.
Już prawie kończyli, gdy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi.
Karl i Izzy spojrzeli po sobie, a potem jak na komendę oboje zerknęli na Wellingera. Ten jednak ani trochę się tym nie przejął; na jego twarzy nie malował się nawet cień zainteresowania tożsamością przybyłego gościa.
-Otworzę – oznajmił Karl, dostrzegając mordercze spojrzenie siostry, utkwione w Andreasie i jej powoli otwierające się usta, gotowe natychmiast wszcząć awanturę. Na to Geiger absolutnie nie miał ochoty; dwie kłótnie dziennie między Iz a Wellingerem zdecydowanie wystarczały, by zapewnić mu należytą porcję rozrywki.
Opuścił kuchnię bardzo szybko. Otworzył drzwi.
I ujrzał nieznajomą dziewczynę, której na pewno nie spodziewał się zobaczyć.
-Cześć – przywitała się, obdarzając go słabym uśmiechem. I w ogóle cała wyglądała słabo; ogniste, czerwone włosy miała związane w niedbały kucyk, twarz bladą i wychudzoną, poznaczoną resztkami tuszu do rzęs i kredki do oczu, a na sobie jakieś brudne, rozciągnięte ubranie. W rękach trzymała małą torebkę, ściskając ją tak, jakby zawierała cały jej dobytek.
I właściwie patrząc na jej wygląd, można było oczekiwać, że tak właśnie jest.
-Eee … znamy się? - zapytał, a ledwo zadał to pytanie, naszła go myśl, że może to po prostu zwykła żebraczka, gotowa prosić go o jakiekolwiek pieniądze albo chociaż jedzenie. Jeszcze raz uważnie jej się przyjrzał. Była ładna. Mimo całego tego brudu i wyraźnej nędzy była bardzo ładna.
No ale przecież nie tylko brzydule trafiały na ulicę.
-Nie. Jestem Millie. Mogę wejść?
Te słowa padły z jej ust tak szybko i nieoczekiwanie, że Karl nawet nie zdążył sformułować w głowie jakiejś odpowiedzi, a dziewczyna już wyminęła go i wkroczyła do środka. Nieco zaskoczony zamknął drzwi i popatrzył na nią wyczekująco, by dać jej do zrozumienia, że czeka na wyjaśnienie.
Jednak ona wyraźnie nie zamierzała się śpieszyć. Zerknęła na jedne z drzwi, znajdujące się na końcu korytarza, te, za którymi rozciągało się królestwo Wellingera, po czym ponownie spojrzała na Karla i cicho zapytała:
-Jest Andreas?
I już sam nie wiedział dlaczego, ale powiedział jej, że tak, owszem jest i nawet zabrał ją do kuchni, by mogła się z nim zobaczyć.
Nie do końca dotarło do niego, że potem rozpętało się małe piekło, gdy Wellinger niemal udławił się makaronem na widok czerwonowłosej, gdy zaczął na nią krzyczeć, a ona krzyczała na niego, gdy Izzy po prostu siedziała, trzymając widelec i uśmiechając się z dziwnym triumfem i zadowoleniem, gdy nieznajoma wskazała na swój zaokrąglony brzuch, pokazując, że jest w ciąży.
On po prostu stał, patrząc tylko na nią i powoli, ostrożnie uświadamiając sobie, że zakochał się w tej dziewczynie od pierwszego wejrzenia.
I pierwszy raz w życiu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz