sobota, 19 października 2013

Jeden: Znowu on.

Obudził go wyjątkowo wilgotny pocałunek w szyję.
Ponieważ nie była to wymarzona pobudka, jęknął cicho z niezadowoleniem, po czym przewrócił się na drugi bok, nie otwierając nawet oczu i właśnie zamierzał ponownie zapaść w sen, gdy wilgotne usta pocałowały go po raz kolejny, tym razem w plecy.
Tego nie był już w stanie zignorować. Z wysiłkiem podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał z niechęcią na dziewczynę, zajmującą połowę jego łóżka. Kiedy tylko jego oczy odnalazły jej oczy, uśmiechnęła się szeroko i zatrzepotała rzęsami.
-Obudziłeś się, śpiochu – zaszczebiotała, po czym uwiesiła mu się na szyi i pocałowała go w usta.
Jezu, czy jej wargi naprawdę były nieustannie tak wilgotne? A jeśli tak, to jak mógł nie zwrócić na to uwagi wczoraj, gdy wpuszczał ją do swojego łóżka? Zadrwił w duchu z samego siebie, po czym bezceremonialnie odepchnął ją od siebie.
-Skarbie...
Ale on nie zamierzał poświęcać jej więcej uwagi. Odnalazł swoje ubrania, po czym naciągnął je szybko na siebie i wyszedł z pokoju.
Karl już nie spał. Siedział przy stole w kuchni i jak każdego ranka pił zieloną herbatę z miętą, jednocześnie przeglądając jakąś gazetę. Uśmiechnął się nieznacznie, witając w ten sposób Wellingera i wrócił do czytania.
Andreas podszedł do lodówki, wyciągnął z niej karton soku pomarańczowego i podniósł go do buzi, upijając spory łyk. Następnie przetarł usta i już miał schować karton z powrotem do lodówki, gdy w kuchni pojawiła się dziewczyna z wilgotnymi wargami.
Na jej twarzy malowało się zaskoczenie i lekkie zmieszanie, zwłaszcza, gdy dostrzegła siedzącego przy stole Karla, który w tym momencie taktownie udał, że obecność blondynki w jego mieszkaniu jest zupełnie normalna i jeszcze bardziej skupił się na swojej gazecie.
-Jeszcze tu jesteś? - mruknął znudzonym tonem Wellinger, chowając sok do lodówki i trzaskając lekko jej drzwiami. Blondynka uniosła brew, zatrzymując się w połowie kuchni i przyglądając mu się wciąż z tym samym zaskoczeniem.
Przynajmniej przestała głupkowato trzepotać rzęsami i przynajmniej się ubrała. Zdarzały się już dziewczyny, które wybiegały za nim zupełnie nago i zdarzało się już, że miały nieszczęście natrafić na Karla.
No cóż, ale Karl nie narzekał. Andreas przypuszczał, że po prostu sam nie miał zbyt wielu okazji – jeśli w ogóle – by widywać nagie dziewczyny i to sprawiało, że przymrużał oko na takie wyskoki swojego współlokatora.
-Słuchaj, naprawdę możesz już sobie iść – dodał, opierając się nonszalancko o ścianę i obrzucając ją niechętnym spojrzeniem. Dziewczyna nawet nie drgnęła, więc Wellinger zrozumiał, że najwyższy czas zastosować wypróbowane środki – No co tak stoisz? - rzucił najbardziej lekceważącym tonem głosu na jaki tylko mógł się zdobyć, dbając jednocześnie, by z jego postawy biły znudzenie i pogarda. I chyba mu się to udało, bo zaskoczenie na twarzy blondynki zmieniło się w lekkie niedowierzanie i zranienie. A to oznaczało, że musiał kontynuować, musiał wbić ten nóż do końca, by mieć pewność, że wyraził się dostatecznie jasno, pozbawiając ją jakichkolwiek złudzeń – Przecież niczego ci nie obiecywałem, przecież wiedziałaś doskonale, że to była tylko ta jedna noc. Zresztą, nie wziąłbym cię drugi raz do łóżka, nawet gdybyś mi dopłaciła. Byłaś słaba. Kompletnie beznadziejna.
Zakończył swoją wypowiedź ostrym, jadowitym tonem, a ona nie czekała na nic więcej. Odwróciła się i tyle ją widział.
Kiedy tylko trzasnęły drzwi wyjściowe, informując o zniknięciu blondynki z wilgotnymi wargami, Andreas przeciągnął się z lubością, a na jego ustach pojawił się zadowolony z siebie uśmieszek. Wtedy też poczuł na sobie badawcze spojrzenie, więc zerknął na Karla. Blondyn pokręcił głową, wyraźnie nie mogąc powstrzymać rozbawienia.
-Słowo daję, że robisz się coraz to okrutniejszy – mruknął, wypijając ostatni łyk swojej herbaty i wstał, by odnieść kubek do zlewu. Wellinger opadł na krzesło przy stole i złapał za gazetę, którą czytał Geiger. Przez chwilę panowało między nimi milczenie, które obaj poświęcili na coś innego; Karl zajął się zmywaniem naczyń, zaś Andreas pobieżnie przejrzał gazetę. Nie znalazłszy w niej nic godnego uwagi, odłożył ją na stół i westchnął cicho, wpatrując się w przestrzeń.
Ciszę przerwał wreszcie Karl. Zakręcił wodę i wytarł ręce w szmatkę, a potem odezwał się:
-Wiesz, że moja siostra dzisiaj przyjeżdża.
Wellinger wyrwał się z rozmyślań o powoli nadchodzącym sezonie letnim, w którym miał nadzieję na powtórzenie zeszłorocznego sukcesu i mruknął:
-Od dłuższego czasu nie dajesz mi o tym zapomnieć, więc tak się składa, że wiem.
W jego głosie trudno byłoby znaleźć choć odrobinę entuzjazmu. I rzeczywiście, ten entuzjazm nie istniał. Od roku wynajmowali to mieszkanie w Monachium, jako że obaj studiowali na tutejszym uniwersytecie i taki stan rzeczy bardzo mu odpowiadał. Geiger był równym gościem, który nigdy nie robił mu problemów. Nie wtrącał się w jego życie, wymagając od niego jedynie opłacania swojej części czynszu i utrzymywania względnego porządku w mieszkaniu. Nie przeszkadzały mu nawet te wszystkie panienki, tak często wyłaniające się nad ranem z sypialni Wellingera. A poza tym można było z nim pogadać o studiach i o skokach. Tak, Karl był bardzo w porządku.
Ale jego siostra już niekoniecznie.
Nie żeby znał ją jakoś bardzo dobrze. Chodzili razem do podstawówki, dopiero później wybrali różne szkoły i od tej pory widywał ją raczej rzadko. W dzieciństwie parę razy zdarzało się, że ona i Karl pojawili się w jego domu, zwykle wyglądając jak ofiary przemocy rodzinnej, a jego matka zawsze udzielała im najwyższej rangi pomocy. On sam ignorował wtedy ostentacyjnie jej obecność. Nie lubił jej. A zresztą był dzieckiem. Chłopcy w takim wieku nigdy nie lubią dziewczyn.
Mógł tylko żywić nadzieję, że dorosła Izzy okaże się równie bezproblemowa co jej brat, że jej mieszkanie tutaj nie wpłynie na jego życie i jego zwyczaje pozostaną niezmienione.
Już wtedy nie bardzo w to wierzył.
I, jak się okazało, nie bezpodstawnie.


Z niepokojem patrzyła na taksometr, na którym opłata za przejazd rosła z każdą kolejną minutą i znacznie przekraczała sumę, którą Iz pierwotnie zamierzała na taksówkę przeznaczyć. Ale skąd miała wiedzieć, jakie są realia Monachium i jak daleko od dworca kolejowego znajduje się mieszkanie Karla?
Podparła głowę ręką, nie mogąc uwierzyć, że wyda większość swoich oszczędności jeszcze zanim na dobre rozpocznie nowe życie.
W końcu taksówka zatrzymała się pod jednym z bloków. Izzy zapłaciła, z żalem wręczając banknoty kierowcy, wyjęła swoją torbę i ruszyła w stronę wejścia.
Nie miała kluczy do drzwi wejściowych, ale znała numer mieszkania Karla. Już miała wciskać odpowiedni przycisk na domofonie, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie, omal jej nie uderzając i z bloku dosłownie wypadła wysoka blondynka, wyraźnie roztrzęsiona i zapłakana.
Na widok dziewczyny na moment zamarła. Izzy chciała ją po prostu wyminąć, a w każdym razie przytrzymała otwarte teraz drzwi, w duchu dziękując tej blondynce, gdy ona niespodziewanie przemówiła:
-Nie ufaj facetom, słyszysz?! Nigdy! To zwykłe, kłamliwe szuje!
I po tym nieoczekiwanym ostrzeżeniu wyminęła Izabelle, po czym oddaliła się szybko.
-Tak się składa, że świetnie o tym wiem – mruknęła pod nosem Iz, zarzuciła sobie torbę na ramię i weszła do bloku.
Mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze, co może nie było jakimś wielkim nieudogodnieniem, ale torba była na tyle ciężka, że gdy Iz w końcu dotarła do celu, była zasapana jak chyba jeszcze nigdy w życiu.
Potrzebowała dobrej minuty, by uspokoić oddech, a wtedy po prostu nacisnęła na klamkę, zakładając, że drzwi są otwarte. I rzeczywiście, były. Otworzyły się przed nią z cichym skrzypieniem, a ona bez wahania przekroczyła próg i weszła do środka.
Znalazłszy się w małym korytarzu, obrzuciła wnętrze oceniającym spojrzeniem. Tak jak się spodziewała, mieszkanie nie sprawiało wrażenia jakiegoś strasznie luksusowego, ale było czyste, porządne i zadbane, a więc pasowało do jej brata.
Liczyła na to, że i ona zdoła się do tego mieszkania dopasować, chociaż była notoryczną bałaganiarą, ciągle wpadającą w kłopoty, nie umiejącą ani jednego dnia przeżyć spokojnie i od Karla różniła się jak ogień od wody.
Ale go kochała. A on kochał ją i miała nadzieję, że to wystarczy, by zapomnieć o wszystkim co było i zacząć od nowa.
Zostawiła torbę przy drzwiach i ruszyła korytarzem, w głąb mieszkania. Korytarz kończył się po paru metrach i prowadził do trzech pokojów. Dwa z nich były zamknięte, ale jedno pomieszczenie, które chyba było kuchnią pozostawało otwarte i zachęcało do wejścia.
Więc weszła, choć dość niepewnie, z głośno bijącym sercem.
Jej wzrok przesunął się po jasnych, pomalowanych na łososiowy kolor ścianach, po aneksie kuchennym i stole, który łączył kuchnię z małym salonem, a kiedy już dotarła do stołu, nie mogła nie zauważyć siedzących przy nim dwóch chłopaków.
Jednym z nich był Wellinger, na co skrzywiła się automatycznie, wręcz odruchowo.
Drugim był jej brat.
Karl siedział zwrócony do niej bokiem, więc nie mógł jej widzieć. Za to Wellinger, owszem, zobaczył, a że zareagował na jej osobę identycznie, jak ona wcześniej na niego, to Karl, dostrzegłszy zmianę w twarzy kumpla, zerknął w bok i wtedy też ją zauważył.
Po jego twarzy przemknęła cała gama różnych emocji, przemknęła tak szybko, że Iz nie była w końcu pewna, czy jej obecność bardziej ją ucieszyła czy zdenerwowała. Jednak nie miała okazji, by się nad tym zastanawiać, bo on już wstał, podszedł do niej i bez słowa zamknął w mocnym uścisku.
Było tak jak wtedy, gdy miała sześć lat, a on przytulał ją bez wahania, na każdym kroku. Było tak, jakby wydarzenia ostatnich paru lat nigdy nie miały miejsca, jakby ona nie popełniła żadnego głupiego błędu, jakby on nigdy nie wyjechał, jakby nigdy nie oddalili się od siebie. Tym jednym, pozornie prostym i banalnym gestem Karl pokazał jej, że nadal jest jego ukochaną, małą siostrzyczką, którą kocha najbardziej w świecie i której nikomu nie pozwoli skrzywdzić.
-Przepraszam Cię, Karl – wyszeptała w jego ramię, jednocześnie przymykając powieki i zaciskając je mocno, by powstrzymać cisnące się do oczu łzy. Poczuła, że się uśmiechnął.
-Cieszę się, że jesteś – odszepnął, otulając ciepłym oddechem jej potargane włosy i przesunął delikatnie dłonią po jej plecach. Kiedy się odsunął, odwzajemniła jego uśmiech i dopiero potem raczyła spojrzeć na Wellingera, który siedział wciąż przy stole, patrząc na nich z taką miną, jakby zbierało mu się na wymioty.
-Widzę, że u Ciebie nic się nie zmieniło, Wellinger – rzuciła, na co jego wyrażająca rozstrojenie żołądka mina zmieniła się na lekko zaskoczoną, a wtedy ona, z obrzydliwie słodkim uśmiechem, dodała: - Wciąż jesteś tym samym, beznadziejnym dupkiem bez serca.
Jego oczy zmrużyły się, ale poza tym nie dał po sobie poznać, że poruszyły go jej słowa. Uśmiechając się kpiąco, podniósł się z krzesła, złapał jedno z jabłek, leżących w misce, stojącej na stole i opuścił kuchnię. Chwilę później rozległo się ciche trzaśnięcie drzwi wyjściowych, a Iz odetchnęła.
-Mam nadzieję, że nie przebywa w tym mieszkaniu zbyt często – mruknęła, spoglądając na Karla. Ten pokręcił głową, z cichym westchnięciem.
-Postaraj się za bardzo nie utrudniać mu życia, dobra? - poprosił, ale ona już ruszyła po swoją torbę, by jak najszybciej zabrać się za rozpakowywanie. Gdy dotarły do niej jego słowa, zaśmiała się cicho pod nosem, kręcąc lekko głową.
Zrozumiał przekaz.

Nic z tego, braciszku.

2 komentarze:

  1. Przeczytałam prolog, a teraz ten rozdział :) Naprawdę podoba mi się, i muszę jak najszybciej zadrobić całość :)
    Jeśli będziesz miała chwilę zapraszam na pierwszy rozdział mojego opowiadania http://gon-za-marzeniami.blogspot.com
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń