To był właśnie ten dzień, w którym zniesienie codzienności okazało się niemożliwe.
Pamiętała jak Karl przyszedł po nią do pokoju, parę minut po tym, jak ją tam zostawił, kładąc do łóżka i prosząc, żeby nie wstawała, bez względu na wszystko. Tyle, że te parę minut temu nie miał podbitego oka i rozciętej wargi, a z jego ręki nie spływała krew. Przeraziła się na jego widok, przeraziła się jak każde sześcioletnie dziecko i dopiero po chwili uspokoił ją na tyle, by przestała płakać i zaczęła go słuchać. A mówił szybko i zwięźle. Kazał jej zebrać swoje rzeczy i spakować je do szkolnej torby. Torba była mała i ciasna i Izzy bardzo dotkliwie przyjęła do wiadomości fakt, że nie jest ona w stanie pomieścić jej wszystkich pluszaków i zabawek. Karl delikatnie wyjaśnił jej, że nie może ich zabrać, bo bardziej potrzebne będą ubrania i książki do szkoły. W końcu wykonała poprawnie jego polecenie, chociaż do ręki wzięła Hugo, swojego ulubionego misia. Brat nie zaprotestował. Sam zarzucił na plecy swój plecak, po czym podszedł do okna i otworzył je na oścież.
To była już późna noc, a ich pokój znajdował się na pierwszym piętrze. Najpierw wyrzucili swoje plecaki, a potem opuścili się na ziemię po linie, jaką Karl zrobił na szybko z prześcieradeł i kołdry. Była pod wrażeniem wydarzeń z ostatnich kilkunastu minut, ale on nie pozwolił jej ochłonąć. Wcisnął jej w ramiona Hugo, wziął oba plecaki, złapał ją za rękę i ruszył szybko przed siebie.
Nie pytała dokąd idą w środku nocy, nie prosiła, by trochę zwolnił, mimo że musiała niemal biec, by dotrzymać mu kroku, nie płakała. Miała tylko sześć lat, ale rozumiała powagę sytuacji, zwłaszcza, że całe jej dzieciństwo dalekie było od błogiego i zdawała sobie świetnie sprawę z zagrożenia czyhającego na nią codziennie we własnym domu. Karl nie zaprowadził ich daleko. Znaleźli się w znajomym miejscu, jakim był dom w sąsiedztwie, dom, należący do rodziny Wellingerów.
W paru oknach paliło się jeszcze światło, a Karl natychmiast nacisnął na dzwonek. Minęło paręnaście sekund nim usłyszeli czyjeś kroki i nim otworzyły się przed nimi drzwi.
Diana* Wellinger była ich widokiem zaskoczona i przerażona.
Najpierw wzięła ich do kuchni, gdzie zajęła się ręką Karla, potem zrobiła im gorącą herbatę i spytała ostrożnie, co się stało. Izzy niewiele pamiętała z tamtej rozmowy; to Karl mówił, z tą charakterystyczną dla siebie dojrzałością i powagą. On przecież też był jeszcze dzieckiem – miał dziewięć lat i wszelkie prawo do bycia lekkomyślnym i niedojrzałym.
Ale Iz, lepiej niż ktokolwiek inny, wiedziała, że jej brat nigdy taki nie był.
To on odgrywał w jej życiu rolę ojca, którego nie miała, odkąd skończyła ledwie rok. To on ją wychowywał, o wiele bardziej niż matka, której nie obchodziło nic poza kolejną butelką, mimo że dawno już nie miała pieniędzy na opłacenie swojego nałogu. To on dbał o to, by chodziła czysta i miała pełny brzuch. I co najważniejsze, to właśnie on ją chronił, nieraz zasłaniając własnym ciałem przed ciosami pijanej matki.
To on sprawił, że wciąż żyła i wciąż miała szansę na wygranie tego życia, w przeciwieństwie do jej uzależnionych, ślizgających się po dnie rodziców.
Kiedy cała sytuacja została wyjaśniona, Diana Wellinger bez wahania zgodziła się przenocować dwójkę dzieciaków. Pościeliła im dwuosobowe łóżko w pokoju gościnnym, proponując kąpiel czy posiłek. Ale oni odmówili, od razu kładąc się spać.
Zasypiali tak jak każdego wieczora, wtuleni w siebie, trzymając się za ręce.
Było tak jak zawsze, a jednak inaczej.
Ponieważ tym razem nie było pijanej matki, nie było kolejnego jej kochanka, z którym uprawiała za ścianą głośny, odciskający się w ich dziecięcej psychice seks, nie było groźby bólu, nie było cierpienia, łez i strachu.
Tym razem oboje zasnęli szybko, z poczuciem spokoju i bezpieczeństwa, poczuciem, które było tylko tymczasowe.
Ale żadne z nich wtedy o tym nie myślało.
Ponieważ pierwszy raz czuli się jak w domu.
W prawdziwym domu.
Gwizd wjeżdżającego na peron pociągu wyrwał ją z krótkiego stanu półsnu. Otworzyła oczy i od razu podniosła się ze starej, ozdobionej graffiti ławeczki, zarzucając sobie torbę na ramię i podchodząc nieco bliżej torów. Parę sekund później pociąg zatrzymał się z lekkim zgrzytem, a ona była jedną z pierwszych osób, które wsiadły do środka.
Chciała już być w pociągu, usiąść w przedziale i mieć całkowitą, niezbitą pewność, że nic nie ściągnie jej z powrotem do starego życia, życia, o którym pragnęła jak najszybciej zapomnieć.
Zajęła miejsce przy oknie, w jednym z niewielu całkowicie pustych przedziałów, ponieważ nie chciała teraz żadnych ludzi obok siebie.
A potem zamknęła oczy, ponownie pogrążając się w świecie przeszłych wydarzeń i sennych koszmarów.
Diana Wellinger obudziła ich następnego dnia o siódmej, jako że była to środa, zrobiła im śniadanie i zawiozła do szkoły. Iz wciąż pamiętała zdziwienie Andreasa Wellingera, tego jasnowłosego chłopca, który chodził do ich podstawówki. Nigdy nie zwracała na niego większej uwagi, ale po tym, jak zareagował na obecność jej i Karla, mogła już powiedzieć, że go nie znosi.
Po powrocie ze szkoły i zjedzeniu obiadu, doszło do kolejnej poważnej rozmowy między Dianą a Karlem. Iz i Andi siedzieli naprzeciwko siebie, przy stole, mierząc się morderczymi spojrzeniami znad zupy pomidorowej, a ona miała ogromną nadzieję, że nie zostaną w tym domu ani dnia dłużej. Oczywiście, że czuła się tu bezpiecznie i spokojnie, oczywiście, że nie chciała wracać do pijanej matki, ale ten dzieciak drażnił ją na tyle mocno, by zapragnęła jednak się stąd wydostać.
I rzeczywiście, tak się stało. Karl podjął tą decyzję za nią i zaraz po obiedzie wrócili do domu, chociaż Diana Wellinger wymogła na nich obietnicę, by dzwonili i przychodzili zawsze, gdy będą tego chcieć. Jej syn prychnął wtedy pogardliwie, wyrażając w ten sposób nadzieję, że taka okazja nigdy się nie nadarzy.
Wrócili tak, jak wyszli. Karl polecił jej się rozpakować i zostać w pokoju, podczas gdy sam poszedł na dół, by sprawdzić co z matką. Spędziła tę parę minut jego nieobecności, siedząc na łóżku i przyciskając mocno do piersi Hugo. Wciąż pamiętała, jak odetchnęła z ulgą, gdy powrócił, bez nowych obrażeń, chociaż z jakimś dziwnym wyrazem twarzy. Powiedział tylko, że matka śpi i najwyraźniej nawet nie zauważyła, że zniknęli na noc i pół dnia, a potem kazał Iz zająć się lekcjami. Jak codziennie pomógł jej w nauce czytania i pisania, odrobił swoje prace domowe, a potem poszedł do kuchni, by zrobić im kolację.
Od tamtego dnia rzadko zdarzało się, by pojawiali się w domu Wellingerów. Andiego nie widywali poza szkołą, a Karl poza treningami, które rozpoczął w wieku dziesięciu lat, wspierany przez nią gorąco. Cieszyła się, że brat wreszcie robi coś dla siebie, a nie dla niej i czerpie z tego ogromną przyjemność.
Z perspektywy czasu widziała, iż to właśnie skoki sprawiły, że teraz był kim był. Dorastając, nie miał jednej wolnej chwili, przez co nie mógł ani wpaść w złe towarzystwo ani zboczyć z drogi, którą obrał, a która prowadziła na sam szczyt. To ona się pogubiła. Była coraz starsza, coraz mniej potrzebowała jego pomocy, coraz samodzielniejsza się stawała.
W końcu musiała puścić jego rękę i pójść dalej sama, a kiedy tylko dotarła do pierwszego skrzyżowania, obrała złą drogę.
Nie chciała tego. Ale popełniała błąd za błędem. Zmieniała się. Oddalała się od niego. Kiedy w wieku 19 lat wyjechał do Monachium, na studia, zostawiając ją samą z matką, praktycznie straciła z nim wszelki kontakt.
Straciła Karla, swojego starszego brata, który zawsze był jej siłą i oparciem.
Teraz miała 19 lat.
A potrzebowała go bardziej niż wtedy, gdy jako sześcioletnia dziewczynka słaniała się za jego plecami, podczas gdy on przyjmował na siebie cios, który miał dosięgnąć jej.
Pociąg zatrzymał się tak gwałtownie, jakby maszynista w ostatniej chwili zorientował się, że dotarł już do celu. Jej głowa poleciała do przodu, poddając się prawom fizyki, a ona otworzyła oczy, całkowicie rozbudzona.
Wyjrzała przez okno na stację monachijskiego dworca, tak bardzo różnego od tego, który zostawiła za sobą w Oberstdorfie. Tutaj żyło się inaczej. Bogato, wystawnie i dobrze. Tutaj ludzie nie mieli problemów.
Czy więc ona, którą problemy dotykały na każdym kroku, w ogóle tutaj pasowała?
Nie wiedziała.
Ale ponieważ naprawdę nie miała już nic do stracenia, zabrała swoją torbę i wysiadła z pociągu, szykując się na spotkanie z przyszłością.
*Imię zmyślone.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz