sobota, 19 października 2013

Dwa: Gorzka prawda, słodka zemsta.

Mieszkanie Karla było wspaniałe, ale miało dwie wady.
Pierwszą był Wellinger, którego obecność niesamowicie działała jej na nerwy i nawet fakt, że spotykała go tylko przelotnie, najczęściej mijając się z nim w korytarzu bądź kuchni nie osłabił jej niechęci do niego.
Drugą, znacznie bardziej dotkliwą niż osoba Wellingera, był brak balkonu, przez co musiała często wychodzić na krótkie spacery, bo tylko wtedy mogła zapalić.
Karl nie wiedział, że paliła, a Iz nawet nie chciała sobie wyobrażać jak, by na to zareagował. Prawdopodobnie o wiele gwałtowniej niż należałoby się spodziewać. A ona świetnie wiedziała dlaczego.
Wszystkiemu winni byli ich, pożal się Boże, rodzice. Matka alkoholiczka i ojciec ćpun. Oboje uzależnieni i przegrani, oboje na dnie, na które ściągnęły ich tylko i wyłącznie ich nałogi.
Dla niej papierosy były jedynie chwilą przyjemności, krótką ucieczką od problemów codzienności, ale Karl z pewnością dostrzegłby w fakcie, że pali zagrożenie jej życia i zabroniłby jej tego.
Dlatego raz dziennie, przeważnie wieczorem wychodziła na godzinę z domu, pod pretekstem spaceru czy wyjścia do sklepu i wypalała pół paczki, nadrabiając w ten sposób cały dzień postu. Potem wracała, śmierdząc jak popielniczka i od razu szła pod prysznic. Jak dotąd ten system działał, chociaż Izzy nie była na tyle naiwna, by wierzyć, że jej brat nigdy się nie połapie. Jednak póki nie wiedział, korzystała.
Teraz też spacerowała jedną z uliczek Monachium, paląc już piątego papierosa i z każdym kolejnym pociągnięciem czując jak napięcie i niepokój opuszczają jej ciało, jakby unosząc się w powietrze, wraz ze strużkami dymu tytoniowego. Wyciągnęła paczkę z kieszeni bluzy i przeliczyła papierosy. Cztery. Westchnęła cicho. No dobra, jeszcze tylko jeden. Ostatecznie wciąż nie znalazła sobie tutaj pracy, a fajki swoje kosztowały.
Plac Mariacki w dalszym ciągu przytłaczał ją swoją wielkością i imponującym wyglądem, ale jednocześnie czuła się tutaj dobrze. Wśród tylu ludzi pozostawała prawie niewidzialna, a nigdy nie pragnęła niczego bardziej od bycia niezauważalną.
Zaciągnęła się ostatni raz, zrzuciła resztkę papierosa na ziemię i zgniotła go butem, a potem wyrzuciła go do kosza na śmieci. I już miała iść dalej, gdy jakiś chłopak wepchnął jej w ręce ulotkę.
Iz rzuciła na nią okiem, gotowa od razu wrzucić ją do kubła, kiedy do jej mózgu dotarł sens przeczytanego nagłówka, a wtedy rozwinęła zgiętą na pół kartkę i przyjrzała jej się uważniej.
Była to reklama nowo otwartego baru, poszukującego młodych kelnerek do pracy na pół etatu. Bar znajdował się na ulicy, której nazwa nic jej nie mówiła, ale gdyby okazało się, że to całkiem niedaleko od miejsca, w którym mieszkała, to dlaczego by nie spróbować?
Wepchnęła ulotkę do kieszeni, po czym wyciągnęła szóstego i ostatniego już dziś papierosa. Paląc go, ruszyła w kierunku przystanku tramwajowego, modląc się, by dzisiejszy wieczór Wellinger zdecydował się spędzić poza domem.


Bóg jednak nie istnieje, stwierdziła godzinę później, gdy wróciła do mieszkania i do jej uszu dobiegł bardzo jednoznaczny, kobiecy jęk dochodzący zza zamkniętych drzwi pokoju Wellingera.
Zdjęła buty i ruszyła prosto do kuchni. Karl siedział w salonie, oglądając telewizję, a wyraz jego twarzy w żadnym stopniu nie zdradzał, że również słyszy te odgłosy. Izzy już wcześniej zauważyła, że zawsze się tak zachowywał, ale wciąż nie mogła się temu nadziwić. Rzuciła torebkę na stół i obdarzyła brata niedowierzającym spojrzeniem.
-I dla Ciebie to naprawdę jest normalne? - zapytała, chociaż przerabiali już ten temat parokrotnie i zawsze kończyło się tak samo. Karl przypominał jej, że mieszkanie należy w połowie do Wellingera i nikt nie ma prawa zabraniać mu zapraszania dziewczyn. Kiedy próbowała mu uzmysłowić, że nie musi się godzić na wysłuchiwanie takich koncertów co noc, on odpowiadał, że wcale nie co noc i że niektórzy sąsiedzi są znacznie głośniejsi i trudniejsi do zniesienia. Izzy wzdychała wtedy ciężko i odpuszczała.
Ale nie tym razem.
Tym razem zamierzała wreszcie położyć temu kres i pokazać Wellingerowi, że nie jest panem wszechświata.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę jego pokoju. Była już pod drzwiami, gdy Karl zrozumiał, co dziewczyna chce zrobić.
-Iz, daj spokój! - zawołał z salonu, ale ona go nie posłuchała. Załomotała pięścią w drzwi, mocno i głośno, by Wellinger to usłyszał, mimo że dziewczyna, którą przygruchał sobie dziś do łóżka była wyjątkowo hałaśliwa.
Na moment zapadła cisza i Iz była przekonana, że zaraz usłyszy kroki, a potem stanie przed nią niekompletnie ubrany, wściekły Wellinger, by zapytać o co jej chodzi.
Jednak nic takiego się nie stało. Cisza trwała jedynie parę sekund. Przerwał ją cichy jęk, po którym wszystko zaczęło się od nowa, jeszcze głośniej i bardziej natarczywie niż wcześniej. W dodatku już po chwili nieznajoma dziewczyna zaczęła krzyczeć imię Andreasa, na co Izzy mocno zacisnęła zęby i wróciła do salonu, czując, że jej ciśnienie właśnie osiągnęło maksymalny poziom.
-To nic nie da, Iz – powiedział Karl, gdy drżąc z gniewu opadła na kanapę obok niego i objął ją ramieniem. Oparła głowę na jego piersi, a on dodał: - W końcu się do tego przyzwyczaisz.
Prychnęła cicho.
-No jasne. W końcu kto by nie chciał mieszkać z Wellingerem i wysłuchiwać jak codziennie posuwa inną laskę? Marzenie, co?
Karl już otwierał usta, by coś odpowiedzieć, ale ona nie dała mu tej szansy. Odepchnęła jego rękę, wstała i wyszła z salonu. Najpierw chciała pójść prosto do łazienki, by zmyć z siebie zapach papierosów, ale wtedy kolejny głośny okrzyk wtargnął do jej uszu, niemal przewiercając się przez mózg i Iz błyskawicznie zmieniła zdanie. Wciągnęła na nogi buty, złapała za bluzę i opuściła mieszkanie, obojętna na nawoływania Karla.
Wyglądało na to, że będzie musiała się zatrudnić w tym barze, bez względu na stopień jego oddalenia od mieszkania.
Fajki skończyły się dziś ekspresowo.
Potrzebowała pieniędzy.


Dziewczyna, która zdążyła mu się przedstawić jako Louise, nim wepchnęła mu język do gardła, teraz spała głęboko, najwyraźniej wykończona ostatnią godziną. On tylko położył się na plecach, wpatrując się w ciemności i decydując się poświęcić te parę minut na myśli o Izzy.
Ta dziewczyna była więcej niż denerwująca. Miała prawdziwy tupet i mógł tylko domyślać się, jak bardzo jeszcze da mu w kość, w trakcie ich wspólnego mieszkania. W każdym razie dotąd był w stanie znosić ją i jej trudny charakter, ale dzisiaj miarka się przebrała. Dobijając się do drzwi jego pokoju, gdy on był w trakcie, przechyliła szalę. Nie miał zamiaru tego tolerować. Musiał porozmawiać z Karlem o jej obecności w tym domu, obecności, która nie była mu na rękę od samego początku.

Okazja nadarzyła się już następnego dnia, gdy po południu Izzy zniknęła nie wiadomo gdzie i po co. To znaczy, nie wiadomo dla Karla. Bo on, Andreas nie był na tyle głupi, by nie domyślić się prawdy. Wystarczyło tylko mieć prawidłowy zmysł węchu i zbliżyć się do niej na odległość około dwóch metrów. Śmierdziała jak popielniczka. Wellinger nie potrafił zrozumieć, jak Karl może tego nie widzieć. Bo przecież było jasne, że o niczym nie wie, a Izabelle ukrywa przed nim ten fakt. Gdyby nie ukrywała, paliłaby w domu, choćby przy otwartym oknie. Może miała powód, by się z tym kryć? W każdym razie on zamierzał zachować to na razie dla siebie, ale tylko po to, by móc po to sięgnąć w odpowiedniej chwili.
-Jak długo twoja siostra zamierza tutaj zostać? - zapytał, wchodząc do kuchni, by zrobić sobie jakąś szybką kolację. Jako sportowiec musiał dbać o właściwe nawyki żywieniowe, chociaż i tak doskonale wiedział, że jego sposób żywienia się daleki jest od dobrego.
Karl rzucił mu zaskoczone spojrzenie znad swojej kolacji, na którą składały się dwie kanapki.
-Dlaczego mówisz o tym tak, jakby jej pobyt tutaj był tylko tymczasowy? - odpowiedział pytaniem na pytanie. Andreas wyciągnął sobie z szafki talerz i wyłożył na kuchenny blat połowę lodówki, nim znów się odezwał:
-Bo chyba nie zamierza zostać na zawsze, prawda?
-Na zawsze nie – głos Karla zabrzmiał spokojnie – Pewnie do końca studiów.
Ta informacja sprawiła, że Wellingerowi wypadł z ręki dopiero co pochwycony nóż. Nie podniósł go z ziemi, tylko odwrócił się całym ciałem w stronę Geigera i obdarzył go oszołomionym spojrzeniem.
-To znaczy, że także do końca moich studiów – zauważył przytomnie, na co Karl uniósł brew – To znaczy, że mam ją znosić przez następne cztery lata. To znaczy, że przez następne cztery lata będę ją spotykał rano i natykał się na to jej pogardliwe spojrzenie i to znaczy, że przez następne cztery lata będzie mi się dobijała do drzwi, gdy będę zajęty?
Kiedy skończył, jego głos drżał z gniewu. Karl milczał przez chwilę, wpatrując się w niego dziwnie. W końcu, najwyraźniej doszedłszy do wniosku, że ta dyskusja nie ma najmniejszego sensu, wzruszył lekko ramieniem i skupił się na swojej kanapce.
Wellinger stracił nagle cały apetyt. Olać te cholerne zasady zdrowego żywienia, olać nakazy trenera. Podniósł nóż, po czym wepchnął go z impetem do szuflady, zostawił na blacie jedzenie, nie zaprzątając sobie głowy tym, by włożyć je do lodówki i już ruszył w stronę swojego pokoju, gdy usłyszał odgłos otwieranych drzwi wejściowych.
No proszę, księżniczka wróciła. W pierwszej chwili przyjął jej obecność jako powód, by jeszcze szybciej znaleźć się w swoim pokoju. Potem uświadomił sobie, że oto ma wspaniałą okazję, by wsypać ją przed bratem i zrewanżować się jej za to, co zrobiła wczoraj wieczorem. Z narastającym uczuciem satysfakcji powrócił do kuchni, gdzie oparł się wygodnie plecami o blat i w tej pozycji czekał na jej pojawienie się.
I rzeczywiście pojawiła się. Wrażliwe nozdrza Wellingera niemal eksplodowały od zapachu papierosów, jaki z sobą wniosła. Jak Karl mógł tego nie czuć?
On chyba w ogóle nie miał nozdrzy.
-Cześć Karl – rzuciła Iz w kierunku swojego brata. Andreasa jak zawsze zignorowała.
Jednak on nie zamierzał dziś zignorować jej.
-Cześć Izzy – przywitał ją słodko, tym samym ściągając na siebie zaskoczone spojrzenie nie tylko jej, ale również Karla. Nie czekał aż któreś się odezwie, tylko od razu dodał, wciąż tym niewinnym tonem: - Wypaliłaś już wszystkie papierosy czy coś ci zostało?
Jej przerażoną minę przyjął jak wymarzoną nagrodę. Uśmiechnął się do niej z wyższością i zerknął na Karla.
Karl patrzył na siostrę z wyraźnym szokiem.
-Co?
-Pieprzysz, Wellinger – warknęła, piorunując szatyna wzrokiem, ale tego, co powiedział nie dało się już cofnąć. A Karl nie był idiotą, któremu mogła wcisnąć naiwną bajeczkę.
Nie było innej możliwości, musiał teraz poznać prawdę.
-Palisz? - wyszeptał, patrząc tylko na nią, jakby zupełnie zapomniał o obecności Wellingera. Izzy westchnęła, po czym lekko skinęła głową.
Karl nie czekał na nic więcej. Poderwał się gwałtownie z krzesła, wyminął ją i wypadł z mieszkania tak szybko, że nie zdążyła nawet sformułować w głowie słów, którymi mogłaby go zatrzymać, nie wspominając już o wypowiedzeniu ich na głos. Zostali sami, ona i Wellinger, ona zszokowana, on triumfujący.
Triumfujący, aczkolwiek nienasycony tą sytuacją, bo doprawdy nie rozumiał, dlaczego Geiger aż tak bardzo przejął się faktem, że jego siostra pali.
Ona wiedziała. Wystarczyło znać historię ich ojca, ojca, który zaczął od papierosów, a teraz regularnie dawał sobie w żyłę, dogorywając w najgorszych dzielnicach Oberstdorfu, obdarty z resztek człowieczeństwa, honoru i godności.
W oczach Karla właśnie znalazła się na samym początku drogi, którą kiedyś obrał ich ojciec.
W oczach Karla popełniła kolejny błąd.
I kolejny raz go zawiodła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz