Izzy potrzebowała dobrych parunastu sekund, by otworzyć oczy i skupić wzrok na stojącym przed nią mężczyźnie.
-Co? - mruknęła sennie, po czym wyciągnęła rękę i przetarła powieki. Obraz jej się wyostrzył, a wtedy uświadomiła sobie, że stojący przed nią mężczyzna to niewątpliwie maszynista. Po dotarciu do celu pewnie sprawdzał wszystkie przedziały i oto znalazł ją.
Zrobiło jej się głupio, gdy uświadomiła sobie, że zasnęła i nie wysiadła z pociągu.
No ale cóż, sama chciała siedzieć w pustym przedziale, gdzie nie było nikogo, kto obudziłby ją w razie potrzeby.
-To już ostatnia stacja – oświadczył z lekkim uśmiechem, który znaczył chyba, że taka sytuacja nie przydarzyła mu się pierwszy raz. Izzy szybko wstała, zdjęła swoją torbę z półki nad siedzeniem, obdarzyła maszynistę pełnym wdzięczności, ale i zażenowania uśmiechem i opuściła pociąg.
Dworzec w Monachium imponował rozmiarami, bogactwem i tłumami ludzi, którzy przeciskali się to w jedną, to w drugą stronę, śpiesząc się do swoich obowiązków. Izzy zawiesiła sobie torbę na ramię i powolnym krokiem ruszyła w bliżej nieokreślonym kierunku. Właściwie to nie wiedziała, gdzie jest wyjście, ale też wcale jej się nie śpieszyło. Mogła się trochę powłóczyć bez celu.
Przechodząc obok jednego z kubłów na śmieci, otworzyła torbę i wygrzebała z niej paczkę papierosów. Wyrzuciła ją zdecydowanie i bez żalu, po czym poszła dalej, nie oglądając się za siebie.
Już nie były jej potrzebne. Nie paliła od trzech tygodni i była przekonana, że tym razem pożegnała się z nimi już na dobre.
W pewnej chwili ujrzała strzałki na ścianach, wskazujące kierunek takim zagubionym duszom jak ona. Kierując się nimi, wreszcie trafiła do wyjścia.
Znowu otworzyła torbę, wyjęła z niej portfel i zaczęła w nim grzebać, szukając drobnych na tramwaj.
W jej umyśle powoli kształtowały się myśli.
Najpierw chciała pojechać taksówką, ale jakiś głos przeczucia powiedział jej, że to ją będzie kosztować nawet więcej niż sobie wyobrażała.
Cholera, miała jakieś dziwne deja vu...
Wygrzebywała jeszcze ostatnie eurocentówki, jakie posiadała, gdy w jej głowie, nie wiadomo skąd i dlaczego zaistniała kolejna myśl.
Idziesz zapalić czy wciągnąć?
Twarz Karla. Jego głos.
Izzy aż się wzdrygnęła, a potem podniosła gwałtownie głowę i rozejrzała się wokół siebie.
Chyba zaczynała wariować …
Ale nie, to nie był koniec.
Jakaś czerwonowłosa dziewczyna.
Wellinger palący z nią papierosy.
Bardzo dużo Wellingera.
Obejmujący ją ramieniem. Całujący jej szyję. Trzymający jakieś małe dziecko.
Plujący krwią.
Umierający w szpitalu.
Izzy potrząsnęła gwałtownie głową, a portfel wypadł jej z ręki. Oparła się całym ciałem o żelazną balustradę i zacisnęła powieki, walcząc z tą dziwną falą obrazów w jej głowie.
Co to wszystko miało znaczyć?
Nie zdążyła jeszcze porządnie dojść do siebie, gdy nagle zadzwonił jej telefon.
Izzy otworzyła oczy i powoli się wyprostowała. Wzięła głęboki oddech, schyliła się po swój portfel, leżący na ziemi, a potem wydobyła z kieszeni dżinsów komórkę i odebrała, bez patrzenia na wyświetlacz.
W końcu tylko jedna osoba mogła do niej dzwonić, prawda?
-Hej Iz, jesteś już?
Ciepły głos Karla wypełnił jej ucho. Miała nadzieję, że obrazy w jej głowie rozmyją się, ale one jedynie uległy zaostrzeniu.
Znowu ujrzała parę nowych. Jeszcze bardziej absurdalnych. Potrząsnęła ponownie głową i przytknęła dłoń do skroni.
-Tak, właśnie idę na tramwaj – odpowiedziała cicho, a jej głos lekko zadrżał.
-W porządku?
-Tak. Będę do godziny.
Karl przez chwilę nic nie mówił, a ona wiedziała, że zastanawia się czy drążyć temat już teraz czy może poczekać aż znajdą się znowu twarzą w twarz.
I chyba w końcu wybrał tę drugą opcję, bo odezwał się:
-Więc będę na Ciebie czekał. No i … wiesz. Przygotuję psychicznie Andreasa na Twój przyjazd.
Zaśmiał się cicho. Izzy zawtórowała mu, chociaż była to bardziej wymuszona niż naturalna reakcja. Gdy jej brat wypowiedział imię Wellingera, w jej mózgu jakby coś zaskoczyło.
Kolejne obrazy, które kompletnie ją oszołomiły.
W jednej chwili poczuła się, jakby ktoś włożył jej do głowy obcy mózg.
-Na razie – pożegnała się szybko, przerwała połączenie i wepchnęła komórkę do kieszeni.
W tramwaju, a później w drodze z przystanku do mieszkania Karla, Izzy jeszcze długo walczyła z tym zupełnie nowym i kompletnie dla niej niezrozumiałym uczuciem.
To znaczy tak, coś zrozumiała.
To był sen. Długi, przerażający i najbardziej realistyczny jaki jej się przydarzył, ale jednak.
Tylko dlaczego teraz przeżywała to wszystko od nowa? Przypominała sobie wszystko z takimi szczegółami …
I dlaczego w tym śnie było tak wiele Wellingera?
I tak wiele sytuacji, które nigdy nie mogłyby mieć miejsca w rzeczywistości?
Było jej głupio, była zażenowana własnym mózgiem.
I miała nadzieję, że szybko pozbędzie się wspomnienia tego snu. Tak, chciała o nim już zapomnieć.
Nie spytała Karla, który numer ma jego mieszkanie, więc gdy stanęła przed drzwiami bloku i spojrzała na domofon, ogarnęło ją zagubienie.
A potem wróciła kolejna rzecz z jej snu.
Cóż, tam mieszkanie Karla miało numer 14 …
Tak, ale to był tylko sen, Ty idiotko!, powiedziała sobie rozeźlona. Zacisnęła dłoń na klamce i spojrzała bezradnie na domofon.
Może i sen, ale … przecież był tak realistyczny … warto było spróbować...
Po chwili krótkiej wewnętrznej walki, Izzy wyciągnęła rękę i nacisnęła przycisk z liczbą czternaście. Wstrzymała oddech …
Drzwi się otworzyły, a ona weszła do środka, ledwo śmiąc uwierzyć w to co się stało.
To wszystko zaczynało ją coraz bardziej przerażać...
Wbiegła po schodach. Mieszkanie znajdowało się zaraz na pierwszym piętrze, a gdy już stanęła przed drzwiami z wygrawerowaną na nich złotą czternastką ogarnęły ją lekkie mdłości.
Karl Ci przecież wybaczył.
Wszystko będzie teraz dobrze.
Chyba, że pojawi się ciężarna laska, która owinie go sobie wokół palca, a Tobie rozwali całe, nowo zaczęte życie – przemknęła jej przez głowę niechciana myśl.
Izzy potrząsnęła gwałtownie głową, jakby chciała z niej wyrzucić tę myśl, po czym zapukała.
Drzwi otworzyły się niemal natychmiast.
Karl posłał jej krótki uśmiech, po którym zatonęła w jego ciepłych objęciach.
To ją uspokoiło, tak jak uspokajało zawsze. Zamknęła oczy i poddała się temu błogiemu uczuciu bezpieczeństwa i spokoju.
-Kocham Cię, Karl – wymruczała w jego koszulkę. Zaśmiał się i pogładził ją po włosach.
-Ja Ciebie też – odpowiedział cicho.
-A ja zaraz rzygnę.
To już zdecydowanie nie był głos Karla. Ten ociekał kpiną i wdarł się do głowy Izzy, burząc wszystko.
Odsunęła się od brata i napotkała pełne pogardy spojrzenie Wellingera.
Chciała mu odpowiedzieć tym samym … ale ten sen znowu wrócił i Izzy poczuła się przytłoczona tym wszystkim, co wciąż było tak świeże w jej świadomości.
Szpital. Kroplówka. Maska tlenowa.
I jej cichy, pełen rozpaczy głos.
Kocham Cię.
Oczy jej się rozszerzyły, gdy kolejny element układanki wskoczył na swoje miejsce.
Coś się zmieniło w twarzy Wellingera. Wyglądał na zbitego z tropu jej reakcją.
-Iz? - to był Karl, a w jego głosie słychać było niepokój. Zamrugała, odrywając oczy od Andreasa i przeniosła spojrzenie na brata.
Troska z jaką na nią patrzył ją ostudziła. Potrząsnęła głową i wysiliła się na uśmiech.
-Jestem po prostu zmęczona – mruknęła, żeby go już nie niepokoić – Może pójdę się położyć.
Karl uśmiechnął się z wyrozumiałością. Andreas jedynie pokręcił z pobłażaniem głową, po czym odwrócił się na pięcie i zmierzył do swojego pokoju.
Izzy właśnie miała zrobić to samo, ale dźwięk dzwonka do drzwi zatrzymał ją w miejscu.
Spojrzała na Karla. Karl uniósł brwi. Andreas powoli odwrócił się, a na jego twarzy malowało się umiarkowane zainteresowanie.
Karl miał najbliżej do drzwi, więc sięgnął do klamki i otworzył je.
-Cześć. O, widzę, że jesteś, Wellinger. Mam dla Ciebie świetną wiadomość.
W progu stała czerwonowłosa dziewczyna z rozmazanym makijażem, w znoszonych ubraniach i wyraźnej ciąży. Uśmiechała się kpiąco, a ten uśmiech jedynie się poszerzył, gdy ujrzała minę Wellingera.
Izzy oparła się o ścianę, ledwo śmiąc w to uwierzyć.
To musiał być po prostu kolejny sen we śnie.
Albo naprawdę doszło do tego, czego obawiała się już od dłuższego czasu.
Zwariowała.
Jak nic zwariowała.
No
witam Was.
Dość
długo zwlekałam z publikacją tego epilogu, za co Was przepraszam,
ale... chyba nie lubię pożegnań. I wcale mi nie było miło jak
już się zebrałam w sobie, by napisać tę mowę pożegnalną. Mam
tylko nadzieję, że obejdzie się bez łez.
Półtorej
roku i to chyba z kawałkiem minęło odkąd opublikowałam prolog,
jeszcze na starym blogu ze starym adresem. Aż trudno uwierzyć, że
to już było tak dawno temu. I że tyle osób było ze mną od
początku do końca. Dziękuję Wam. Za każdy komentarz, za samą
obecność, bo wiem, że wiele jest osób, które tylko czytają, za
każde wejście i za wszystko. Bez Was by tego nie było, bez Was nie
dokończyłabym tej historii. Wiele razy miałam ochotę tym rzucić,
zresztą przerwy były nie raz, ale wtedy po prostu czytałam Wasze
komentarze i wracały mi wszystkie siły.
Dziękuję
więc każdej z Was, ale przede wszystkim Tobie, Andzia. Za wszystkie
rozmowy, analizy, podpowiedzi, za pomoc w okiełznaniu tych wariatów
i nie pozwoleniu mi na to, by w nich zwątpić. Za to, że po prostu
jesteś, cały czas. Wiesz, że kocham Cię najmocniej na świecie,
promyczku.
No
i cóż, to by chyba było na tyle. Tego opowiadania i mnie w
blogosferze. Wiem, że jest jeszcze Milka. Może kiedyś uda mi się
ją dokończyć, w końcu zajmuje szczególne miejsce w moim
serduszku. A jeśli nie... no to po prostu o mnie nie zapomnijcie i
zapamiętajcie jako tę, która stworzyła Pieszczoszka.
Trzymajcie
się cieplutko, dziewczynki. Jesteście wszystkie super.
Już tyle razy siadałam do pisania tego konkretnego eposu, że trudno zliczyć. I kończyło się na próbach, na kilku słowach pozbawionych sensu, bo było mi tak cholernie trudno. A teraz... To już jest chyba taki ostateczny moment, kiedy muszę się zebrać w sobie i napisać choć kilka logicznych zdań, w których i tak nie dam rady zamknąć tego, co czułam od początku i co czuję teraz do tego opowiadania. I wiem, że Ty wiesz to wszystko, co będę próbowała napisać, ale naprawdę się postaram, żeby Ci to w miarę jasno jeszcze raz nakreślić.
OdpowiedzUsuńJak spoglądam na to wszystko jako całość to mam wrażenie, że postawiłaś na swoim. W jakimś stopniu oczywiście, ale jednak ciut przeforsowałaś ten brak miłości. W zasadzie to chyba nawet bardziej niż to się na pozór wydaje. Bo jest ten epilog, który otwiera tę historię on nowa, chyba, że sen Izzy był proroczy, ale chyba właśnie uświadomiłam sobie jeszcze coś bardzo ważnego.
To nigdy nie zaczęła być historia o miłości takiej samej w sobie. To była historia o dojrzewaniu do miłości, a to sporo różnica. O zrozumieniu istnienia miłości, o tym, że ta miłość może się narodzić mimo niesprzyjających okoliczności.
Bo kiedy ta miłość dochodzi do głosu, kiedy oni zdają sobie sprawę z jej istnienia, to wszystko tak naprawdę się kończy. A może zaczyna na nowo? Znasz mnie, wiesz, jak ja bym to widziała. Ten sen miał się zapisać w głowie Izzy, by dać jej szansę naprawić to, co w nim było złe. Ja nawet taką książkę kiedyś czytałam, ale mniejsza.
W zasadzie ciągle trudno łączyć mi tą historię w całość, ten epilog jakoś zawsze tworzył mi drugą opowieść i chyba dlatego tak się motam.
Ale ten wspólny mianownik jest dla mnie chyba w tym wszystkim najważniejszy. Ona, Izzy. Ta bohaterka, którą często nazywałam moją, trudno będzie ją przebić. No ale wierzę w Ciebie, kochanie, bo kto da radę jak nie Ty?
No ale skupmy się na Izzy, bo to przecież jej czas. Trudno byłoby mi wskazać cechę, której w niej nie pokochałam. Chyba nadużywam słowa "trudno" w tym komentarzu. Ale naprawdę, ona jest dla mnie cudowna jako całość i w każdej cząsteczce. Jej charakter, niełatwy, kształtowany przez trudne życie, łagodniejący nieco pod wpływem Pieszczocha, ale tak naprawdę wciąż taki sam. Nigdy nie przestała być tak cholernie uparta, nigdy nie straciła chęci by być samowystarczalna. Ale podziwiałam ją zawsze za siłę, dobra, teraz mogę pisać już totalnie bez sensu, bo tylko do tego miejsca zachował mi się ten epos, a przez łzy niewiele widzę. Boże. Dobra, już się ogarniam. Przynajmniej spróbuję. Pisałam o tym, że podziwiałam ją za siłę, za to, że twardo stąpała po ziemi. I o tym, że chociaż szukała w Karlu siły i oparcia, to wszystko było w niej.
W tym miejscu wspomniałam o Tobie. O tym, że Izzy wykreowałaś tak, że przez całe opowiadanie była sobą, że byłaś niezwykle konsekwentna w tworzeniu bohaterów zawsze, ale u niej to jest szczególnie widoczne, bo ona jest dla mnie we wszystkim szczególna.
Wracając do Karla, to wydawał mi się niemal eteryczny, momentami egoistyczny. Ale nigdy tak naprawdę nie poświęcałam mu dość uwagi, nie wzgryzłam się w niego, ani tym bardziej nie rozgryzłam, co dopiero teraz sobie w pełni uświadomiłam. Teraz zaczyna mnie to męczyć i pewnie męczyć nie przestanie, więc zacznę się w to zagłębiać i Ciebie tym zamęczę.
I cóż, chyba czas na Welliśka. On mnie nieustannie tutaj irytował i pociągał jednocześnie, i mimo że gdzieś w moich oczach w realu tracił na znaczeniu, to tutaj zawsze był tak samo cudowny. A najcudowniejsze było to, że Izzy potrafiła wydobyć z niego to, co było w nim najlepsze. I w tym śnie odchodził niespełniony, ale jakby ulepszony, uzewnętrzniony. Dzięki niej i dla niej. A teraz wszystko może rozpocząć się od nowa, a w głowie Izzy ciągle będzie ten sen i wszystko może być dobrze. Wierzę w nich i w to, że może być tak jak w tych fragmentach, które nie weszły do tego opowiadania, a które były mi tak bardzo na rękę.
UsuńA teraz chyba ten moment, kiedy czas żebym wylała to wszystko, co mi leży najgłebiej na serduszku.
Wygadałam Ci się już w kwestii tego, co sobie uświadomiłam. Ale to naprawdę bardzo utrudnia rozstawanie się z nimi, to, że przy nich rodziło się to, co jest teraz najważniejsze w moim życiu.
Dziękuję Ci za nich, skarbie, za nich tak szczególnie, bo to przy nich zaczynała się nasza przyjaźń. Przecież... Tyle razy o nich rozmawiałyśmy, tyle razy zwalczyć ten Twój opór odnośnie miłości, tyle razy zachwycałam się z miejsca Twoimi pomysłami, a potem zachwycałam się nimi jeszcze bardziej, gdy je realizowałaś, tyle razy się wzruszałam i tyle razy płakałam pod wpływem tego, co się tu działo. Wiem, że to tak naprawdę dla nas skończyło się już dość dawno, ale to ciągle we mnie siedzi i tak jak sama powiedziałaś oni zawsze będą wyjątkowi, mimo że czasami było ciężko i motywacja spadała.
Dziękuję Ci za to, że wpisałaś ich w moje życie, za to, że mogłam być przy tym jak oni powstawali, że choćby w najmniejszym stopniu mogłam Cię przy tym wspierać. I za to, że wytrwałaś do końca, że po tym opowiadaniu w ogóle nie widać jak wiele Cię czasami kosztowało.
Kocham Cię malutka. Ponad wszystko. I chociaż znowu płaczę, tym razem nie z bezsilności, po prostu ze smutku, to jestem z Ciebie dumna. Bo dałaś radę i choć nigdy w to nie uwierzysz, stworzyłaś coś doskonałego.
Moje kochane genialne maleństwo. <33333333
Czas na mój komentarz, który będzie z pewnością tak bardzo sensowny, jak poprzednie. (I który czytałaś pewnie niejednokrotnie, ale do tego się nie przyznajemy, prawda?)
OdpowiedzUsuńEj, tym razem mam nadzieję, że walnę taki epos, że nie starczy mi miejsca, bo zawsze żyłam w zgodzie z zakresem znaków na Bloggerze i chcę to w końcu zmienić.
Ty wiesz, że ja zaczęłam go już pisać sporo dni temu (poprawka, prawie rok temu).
I za każdym razem, gdy się do niego zabierałam, to ryczałam.
Wyłam jak głupia.
Ale to jedynie Twoja wina, głupku. Za dużo emocji mną targa przez Ciebie.
Ale nie o tym ja tu będę pisać.
To znaczy o tym też, ale to później.
Dobra, to może ja zacznę od początku.
Bo na początku tego opowiadania nic nie wskazywało na to, że wszystko się tak potoczy.
No bo w sumie, to dużo się zmieniło, od czasu, gdy postawiłaś tu pierwszą literę.
Głównie to, że zyskałam nową przyjaciółkę. Niemal siostrę. Potem ją straciłam. Ale zrozumiałam swój błąd, który chcę już trwale naprawić.
Poznałam Cię, jako cudowną osóbkę.
Która jest ze mną, mimo że mieszkamy tak daleko od siebie.
Która mnie wspiera we wszystkim.
Która doradza.
Która jest taką upartą cholerą.
Która zmusza i motywuje mnie do pisania.
I dzięki niej bazgrolę te swoje opowiadania.
Możesz się zastanawiać, dlaczego ja Ci tu to wszystko właściwie piszę?
Sama nie wiem.
Po prostu chcę Ci udowodnić, jaką jesteś cudowną osobą.
Tak naprawdę, to opowiadanie rozwijało się tak, jak nasza znajomość.
Z każdym rozdziałem było coraz lepsze i coraz bardziej je kochałam.
No i na koniec przywiązałam się do niego, tak jak do Ciebie.
Tak wiem, to co Ci napisałam ma taki ogromny sens, jak balet w wykonaniu Andiego ( i nie śmiej się z tego porównania, bo ja chcę tu utrzymać poważny i refleksyjny nastrój!)
I ja od początku wiedziałam, że to nie będzie jakaś banalna historia. Że pojawi się w niej miłość, przyjaźń, zrozumienie, a nawet śmierć. Bo Ty do wszystkiego jesteś zdolna, wariacie.
Wszystko cholernie mocno przeżywałam.
Te kłótnie między Wellingerem, a Izzy, Wellingerem, a Milly, Wellingerem, a Karlem, Izzy, a Milly, Izzy, a Karlem i pewnie jeszcze inne. (Brakowało, żeby tylko Julie sie z kimś pokłóciła, a to temperamentny niemowlak, wiec wcale bym sie nie zdziwiła).
Te zmiany nastrojów Karla.
Te wszystkie problemy Izzy.
Nawet ciążę Milly przeżywałam.
No ale oczywiście najbardziej moje serce poruszył tu Wellinger.
Ja wiem, że Ty chciałaś, żeby on był dupkiem. No ale muszę Cię zmartwić, bo zrobiłaś z niego anioła. Pięknego, idealnego anioła.
Którego tak strasznie pokochałam i będę za nim tęsknić.
Każda scena z nim i Izzy była wyjątkowa.
Te małe kroczki, które zamieniły się w wielką miłość.
Ich pierwszy dotyk. To, gdy zaprowadził ją do szpitala, gdy miała zranioną rękę. Wspólne bieganie. Pierwszy pocałunek. Jego myśl, że mógłby tak codziennie z tą samą kobietą. Wspólne zajmowanie się małą. Słowa "kocham cię" podczas sceny śmierci Andiego...
A właśnie, pamiętasz jak się wkurzyłam, gdy powiedziałaś mi, że chcesz go uśmiercić?(nie no żarcik, przeciez Ty mi nigdy nie spoilerujesz i ja tej śmierci się w ogole nie spodziewałam.)
Teraz uważam, że ta scena była najpiękniejsza. Chociaż za każdym razem wyję, gdy ją czytam.
Wszystko było tak idealne.
Wszystko.
Zresztą Ty to wiesz, bo mówiłam Ci to, uwaga moje cudne określenie, pizdyliard razy.
Nawet Karl, który wkurwiał mnie niemiłosiernie, na koniec okazał się być cudowny. Chociaż tak naprawdę on zawsze kochał Izzy. Po prostu strasznie się o nią martwił. No i miał ku temu powody przecież. Zresztą on jest naszym Aniołkiem, nie?
UsuńNawet ta Millie, której wprost nienawidziłam wywoływała u mnie emocje.
No bo w końcu urodziła małą Juleczkę.
Kurde, nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że nazwałaś to dziecko na moją cześć. Chyba nigdy Ci tego nie zapomnę.
No i na koniec Izzy.
Boże, ja nie wiem, co ta dziewczyna ćpała przed podróżą do Monachium, ale niech mi poda telefon do dilera, bo też chcę mieć takie sny. (I tu koniec żartów o narkotykach, bo to źle na mnie działa).
No może oprócz tej śmierci Wellingera.
Chociaż ja wiem, że to otwarta kompozycja i wiem, że u nich wszystko się ułoży. I on będzie żył (toć to niezniszczalna bestia, łobuz cholerny. Niech wykorzysta swoją drugą szansę na życie i w końcu zaakceptuje mi obserwowanie na instagramie...)
Plus wymyśliłam sobie, że zrobisz im wielki come back np. u Sztefana Leje, ale to gdzie indziej będę Cię o to męczyć.
Sylwuś.
UsuńDziękuję Ci za wszystko.
Za każdą literę, kropkę, przecinek, które tu postawiłaś. (I nie zapominajmy o wykrzyknikach, bo to też istotny znak interpunkcyjny).
Za te wszystkie emocje. Nie wiedziałam, że aż tak bardzo pokocham opowiadanie o skokach narciarskich. Może to głupio brzmi, ale właśnie tak jest.
Dziękuję Ci za każdy dzień, w którym pisałaś to opowiadanie i za każdy, w ktorym go nie pisałaś.
Dziękuję Ci za to, że starałaś się zrozumieć moje durnowate komentarze.
Za każdego maila, wiadomości.
Jezu, no za wszystko.
Zresztą będę Ci dziękowała osobiście, gdy w końcu się zobaczymy.
Bo to kiedyś nadejdzie. Nie na marne zdałaś to prawko, leniu.
I wtedy tak mocno Cię przytulę i pewnie popłaczę się jak głupia.
No bo chyba już mnie trochę znasz i wiesz, że do tego jestem zdolna.
A świat powinien zacząć się bać takich dwóch wariatek, które myślą niemalże identycznie. I pamiętaj o naszym wolontariacie, bo ktoś musi podawać im ciastka w Wiśle i liczę, że po raz kolejny nie będzie to starszy Kot.
Boże, ale ja mam zrytą banię. Tu piszę, że płaczę, a zaraz śmiać mi się chce.
Rany. Nie wierzę, że to już mój ostatni komentarz na tym blogu. (Albo nie, będę taka szalona, że zacznę czytać jeszcze raz i jeszcze raz Ci wszystko skomentuję.)
Ja mogłabym czytać tą historię do końca świata i jeden dzień dłużej. Przecież wiesz.
Ale przed nami jeszcze wiele takich Twoich opowiadań, bo pamiętaj, że ja czekam na mojego Manuela. Ale na razie mi tego Lejącego pisz, bo nim się jaram jak warszawska tęcza.
No i ja wiem, że już taka historia pewnie się nie pojawi, ale wierzę, że kolejną pokocham conajmniej tak mocno, jak tą.
(Poprawka, wszystkie kolejne. A najbardziej Manuela, wiesz, że zamęczę Cię przez niego.)
O matko, nawet nie wiesz, jak bardzo poryczałam się pisząc ten komentarz.
Wyję i przestać nie mogę. (Głownie ze wzruszenia i załamania swoim debilizmem.)
Kocham Cię najmocniej na świecie, Ty moja siostrzyczko <333
+ Ty wiesz dlaczego takie zamieszanie jest z tym komentarzem. Musiałam wnieść do niego kilka poprawek w końcu. Bo oczywiście tylko Julka potrafi napisać komentarz rok za wcześnie.
+To chyba miało inaczej wyglądać, ale wybacz.
Na początku chcę ci z całego serca pogratulować i podziękować za to całe opowiadanie :-* Ono było cudowne. Przyznam sama, że to, co wydarzyło się w przedostatnim rozdziale, uważałam za sen, ale ta myśl opuściła mnie z chwilą przybycia. Aż mi się buźka sama cieszy, gdy myślę, że to był tylko głupi sen.
OdpowiedzUsuńTa cała historia, napewno utknie mi w pamięci na długi czas.
Na koniec wystarczy mi powiedzieć dziękuję, ale to jest za mało.
Będę z niecierpliwością czekać na kolejne twoje opowiadania.
Mam nadzieję, że będą one tak świetne, jak ten.
Całuje mocno :-*
Aż trudno uwierzyć, że to już koniec. Nawet nie wiesz jak bardzo raduje się moje serce po przeczytaniu tego epilogu. Należysz do tych niewielu osób, które piszą tak cudownie, że ciężko się oderwać od monitora. Mam nadzieję, że dokończysz Milkę oraz, że stworzysz jeszcze inne, równie wciągające historie jak te. Nie możesz tego przecież robić blogosferze, bo opowiadania jak twoje sprawiają, że chce się tutaj wracać.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam cieplutko :)
Parsknęłam śmiechem. Szczerym i głośnym śmiechem po przeczytaniu tego epilogu, a przy poprzednim rozdziale prawie płakałam. I wiesz co? Ta wersja podoba mi się o wiele bardziej. Mimo, że nie było na prawdę tej chemii pomiędzy Izz i Andim, to on przynajmniej nie umarł. No i przyszła jeszcze ta czerwonowłosa i w sumie sen wydawałby się dość realistyczny to ja jednak zostaję w przekonaniu, że śmierć Wellingera to tylko sen.
OdpowiedzUsuńRównież dziękuję, za tą historię bo to była jedna z pierwszych jakie o Andreasie przeczytałam:)
Pozdrawiam ciepło!
http://let---it---go.blogspot.com/
Mam nadzieję, że tym razem potoczy się inaczej.
OdpowiedzUsuńPrzy poprzednim rozdziale miałam łzy w oczach, przy tym pojawia się nadzieja, że Izzy będzie z Wellingerem, a wszystko będzie inaczej i on nie umrze.
Dziękuję za to opowiadanie.
Chciałabym, żeby teraz było inaczej. Żeby wszystko dobrze się skończyło i wszyscy byli szczęśliwi. I wierzę, że tak będzie.
OdpowiedzUsuńByło pięknie. I kurczę...szkoda, cholernie szkoda że to już koniec.
Po pierwszę chcę Ci podziękować za nieprzespaną noc. Ze dwa tygodnie temu, z wtorku na środę, gdy szłam do szkoły!! :D Było to moje drugie podejście, bo za pierwszym razem się przy tym opowiadaniu męczyłam, że je porzuciłam :P
OdpowiedzUsuńHmmm... Wszystko się powtarza? Proroczy sen?? :) Mam nadzieję, że jednak do części zdarzeń nie dopuści i nie 'odtworzy' ich :P Ale ulżyło mi, że Welli żyje... I nadal jest taki wredny xD Oby tym razem był happy end :D Opowiadanie jest bardzo, bardzo wspaniałe <3 <3 Czekam na jakieś kolejne dzieła Twojego autorstwa ;)) Wiem, że krótko, ale uwierz, jestem tak bardzo szczęśliwa, że tu trafiłam ^^
DZIĘKUJĘ!!! Bardzo, bardzo, bardzo!! <3 <3 I pozdrawiam :)
Wiesz co, Sylwia? Od paru tygodni zbierałam się na napisanie tego komentarza, a ten epilog wszystko mi zniszczył!
OdpowiedzUsuńDzięki ci za te wszystkie wspaniałe chwile. Za Pieszczoszka, za Aniołka, i za Izz. Bo ją kocham najbardziej, wiesz?
Nie pisałam ci komentarza od czasów postrzelenia Andiego. Wtedy tak mnie wcięło, że nic nie mogłam skleić. I postanowiłam, że na epilogu napiszę to wszystko. Ale teraz nie mogę. Bo ryczę i śmieję się jednocześnie. Tylko ty tak na mnie działasz :)
Już kiedy Andi został postrzelony, wiedziałam że umrze. Bo napisałaś tam tyle zdań w style "nie wiedziała, że to już ich ostatnia taka kłótnia", że nie było nawet wiary, że on przeżyje. Ale była nadzieja. Która umarła w ostatnim rozdziale.
On był piękny, wiesz? Te słowa "kocham cię", które wypowiedziała Izzy i ten Wellinger. On był cudowny. Przyznał się do swoich błędów i powiedział, co czuł.To było piękne.
I Karl... Nareszcie się pogodzili. Nawet nie wiesz jak się cieszyłam. Wybaczyłam mu te wszystkie beznadziejne błędy, które popełnił. On zawsze kochał Izz i nigdy nie przestał. Cudowny z niego brat.
A ten epilog... Znowu dałaś mi nadzieję. Bo teraz Izzy wie, co się wydarzy i temu zapobiegnie. Cieszę się, że to wszystko tak się zakończyło.
To kolejne świetne opowiadanie w twoim wykonaniu. I wierzę, że nie ostatnie. Jesteś cudowna. Cieszę się, że mogłam przeczytać to opowiadanie. Będę cholernie tęsknić za tymi wariatami.
Jeszcze raz dzięki za to wszystko. Trzymaj się kochany Geniuszu <3
Cholero jedna, genialne zakończenie!
OdpowiedzUsuńNie mogłam się pogodzić z tym, że uśmierciłaś Andiego. Bo wydawało mi się, że odebrałaś mu życie przedwcześnie. W chwili, kiedy jego relacje z Izz znacznie się poprawiły, kiedy oboje się pokochali...
Chciało mi się płakać, jak czytałam opis jego odejścia. I rozpacz Izzy. Bo przecież nie tak miało być. Oni mieli być ze sobą na dobre i na złe. Szczęśliwi... I tym niespodziewanym epilogiem przywróciłaś mi nadzieję, że tak będzie. Bo to wszystko okazało się snem. Ale jakże realnym! Niektóre wydarzenia zaczynają się spełniać i jestem pewna, że Izz będzie do niego wracać cały czas. I zapobiegnie niektórym wydarzeniom ;)
Oby im się udało! Trzymam za nich kciuki ;)
I dziękuję Ci, Kochana, że miałam możliwość czytania tej wspaniałej historii. I gratuluję wytrwałości!
Pozdrawiam ;*
Znów rycze ;ccc
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci za tą historie ;) Mam nadzieję, że będziesz jeszcze pisać takie opowiadania ;** Tylko ze szczęśliwym zakończeniem :D Hahahahha ;*
Pozdrawiam! <3
Myślałam, że już mnie nie zaskoczysz w tym opowiadaniu a jednak! W życiu nie pomyślałabym, że epilog może być taki. Ile ja się wypłakałam czytając tą historię a okazuje się, ze to tylko i wyłącznie sen! Więc może.. może im się uda? Trzymam za nich kciuki, bo zarówno Andreasa jak i Izzy pokochałam nad życie o Karlu nawet nie wspominając.Mimo to, że czasem nei rozumiałam jego reakcji i miałam ochotę coś mu zrobić nadal go uwielbiałam. Mimo wszystko to on był moim ulubieńcem w tej historii i nawet nie wiesz jak bardzo jestem ciekawa czy jednak wszystkim udało się ułożyć życie na nowo.Wierzę, że tak:)
OdpowiedzUsuńI w sumie to dzięki, że napisałaś tą historię, bo dawno nie czytałam czegoś tak dobrego. Pozdrawiam:)
Szczerze to czytałam epilog zaraz po tym jak przeczytałam ostatni rozdział więc i tak ryczałam. Naprawdę genialne opowiadanie. Mam nadzieję , że zaczniesz jeszcze pisać jakieś opowiadanie w roli głównej z Andim . Pozdrawiam i zapraszam do mnie
OdpowiedzUsuńhttp://blekit-oczu-blekit-nieba.blogspot.com/
Hej :))) Nominowałam Cię do Liebster Awards:
OdpowiedzUsuńhttp://king-in-the-mirror.blogspot.com/2015/06/liebster-award.html
Pozdrawiam :D
Jakkolwiek to brzmi uwielbiam cię za to opowiadanie. Było tak cudowne ale zarazem tak smutne. Że nawet ja się rozpłakałam... To opowiadanie powinno być lekturą w szkole zamiast Lalki czy innego Makbeta. :)
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci bardzo, ale obawiam się, ze mogłoby zostać uznane za zbyt demoralizujące ;)
Usuń