Nie
było już żadnej nadziei.
Jedyną
interesującą ją kwestią stał się teraz czas, jaki pozostał
Andreasowi. Czas jaki pozostał im.
Przesiadywała
u niego dniami i nocami, a on nie protestował, wyraźnie ciesząc
się z jej obecności. Rzadko rozmawiali, ale nie było im to
potrzebne, wystarczyło, że on leżał w łóżku, podczas gdy ona
siedziała obok, trzymając go za rękę. Z każdym kolejnym dniem
chłopak był coraz słabszy, coraz trudniej było mu mówić i
oddychać. W końcu mógł już tylko leżeć z maską tlenową na
twarzy, nie odpowiadając na żadne jej słowo czy nawet spojrzenie.
Bolała
świadomość, że był tak blisko śmierci.
Bolała
świadomość, że już niedługo miała go stracić.
Bolało
… wszystko bolało.
Znowu.
Obudziła
się wcześnie rano, w łóżku Wellingera. Leżała jeszcze długo,
zwalczając w sobie senność i zbierając siły, by wstać, a
jednocześnie przyciskała mocno twarz do poduszki, na której
odcisnął się jego zapach.
Gdy
w końcu się podniosła, podeszła do okna i odsłoniła rolety. Za
zakurzoną, od wieków nie czyszczoną szybą rozciągał się widok
na piękny, słoneczny dzień, taki za jakim tęsknili wszyscy
mieszkańcy Monachium po długiej i ciężkiej zimie.
Izzy
nie potrafiła się jednak tym cieszyć.
Dzień
zapowiadał się cudownie, lecz ona podskórnie czuła, że wydarzy
się dziś coś strasznego.
Poszła
do łazienki, ubrała się i zajrzała do Julie. Mała spała, a gdy
Izzy zerknęła ukradkiem do pokoju Karla, odkryła, że jej brat
robi to samo.
No
tak, ale było jeszcze przed siódmą, a wczoraj Karl do późnej
nocy usypiał Julie. Iz postanowiła go nie budzić, zasługiwał na
trochę snu.
Wymknęła
się cicho z mieszkania i zmierzyła prosto do szpitala. Wchodząc do
windy, bez namysłu nacisnęła guzik z nr 4. Do sali Andreasa
podążała pogrążona w rozmyślaniach, prawie nie skupiając się
na tym, gdzie idzie. Nie musiała, drogę znała na pamięć i
trafiłaby tutaj nawet z zamkniętymi oczami.
Zastała
go leżącego z maską tlenową na twarzy, wyglądającego tak samo
jak wczoraj wieczorem, gdy w końcu odeszła od jego łóżka i
zgodziła się pójść na noc do domu. Podeszła bliżej i usiadła
na krześle, po czym nieporadnie sięgnęła po jego rękę.
Drgnął
i nawet mruknął coś cicho, ale nie zrozumiała co, bo maska
tlenowa zniekształciła brzmienie jego głosu.
Poruszył
delikatnie palcami, a po chwili poczuła jak ścisnął jej dłoń.
Lekko,
nie było w tym żadnej siły, bo on zwyczajnie nie miał już żadnej
siły.
Chciał
jej tylko dać znak, że jest świadomy jej obecności.
Może
nawet wdzięczny.
I
ona o tym wiedziała. Nie czuła, że robi dla niego coś wielkiego.
Robiła wszystko co mogła, dawała z siebie absolutne maksimum...
ale to nie wystarczało.
Nie
mogła już naprawić swojego błędu, nie mogła wynagrodzić
Andreasowi tego, że to z jej winy leżał tutaj i czekał na śmierć.
Nie
mogła. Siedzenie z nim w szpitalu, towarzyszenie mu w ostatnich
chwilach było szczytem jej możliwości.
Marnych,
żałosnych …
Tak
jak zawsze.
Odchyliła
się w bok, opierając głowę o ścianę. Zapowiadał się długi
dzień...
Koniec.
Nadchodził koniec, pewny i nieunikniony.
-Iz.
Cichy
głos, wątlejszy niż najsłabszy oddech, wystarczył jednak, by
wyrwać ją z tego dziwnego stanu półsnu, w którym znajdowała się
od dobrej godziny, jeśli nie dłużej.
Podniosła
głowę z ramion, prostując kręgosłup. Jęknęła cicho, bo miała
wrażenie, że każda kość zatrzeszczała, wracając na swoje
miejsce. Szybko jednak zapomniała o sobie i swoim fizycznym bólu,
gdy spojrzała na Andreasa.
Jego
klatka piersiowa unosiła się i opadała bardzo powoli, prawie
nieznacznie. Maska tlenowa sprawiała, że każdy jego oddech
zamieniał się w przeszywający głowę świst, a maszyna, do której
był podłączony wydawała regularne, nieprzyjemne piski.
Izzy
odrzuciła potargane włosy na plecy, po czym odnalazła jedną z
dłoni Andreasa i uważając, by nie naruszyć wbitego w nią
wenflonu, ścisnęła ją delikatnie.
-Tak?
Zapadła
chwila ciszy, tak długa, że Izzy zdążyła już zwątpić, iż to
wypowiedzenie jej imienia naprawdę miało miejsce, a nie jedynie jej
się przyśniło, gdy Andreas w końcu się odezwał:
-Spierdoliłem
to wszystko, prawda? - przełknął głośno ślinę, a ona prawie
wyszła z siebie z niecierpliwości, czekając, aż jeszcze coś
powie. Gdy w końcu to zrobił, nic nie usłyszała.
Wszystko
się w niej zagotowało.
Wyleciały
jej z głowy zasady, które od dawna, tak surowo wpajała jej
pielęgniarka. Poderwała się z krzesła, po czym przysiadła na
łóżku, obok chłopaka i nachyliła się nad nim tak, że ich
twarze podzieliły centymetry.
Spojrzał
na nią z tej małej odległości, a w jego oczach ujrzała czysty
żal.
-Mogło
być tak pięknie … mogłem tak wiele wygrać. A wszystko
przegrałem.
Puściła
jego rękę i sięgnęła nią do jego policzka. Nie mogła go jednak
nawet dotknąć, bo przeszkodziła jej maska tlenowa, więc
przesunęła delikatnie kciukiem po jego łuku brwiowym i czole,
odgarniając z niego kosmyki włosów.
-Wygrałeś
już bardzo wiele, Andreas – wyszeptała, unosząc lekko kąciki
warg. Przeczesała palcami jego włosy, a on otworzył oczy i
spojrzał na nią ponownie – Jesteś Mistrzem Olimpijskim,
pamiętasz?
Spod
maski tlenowej wyrwał się kolejny świst, który brzmiał
podejrzanie podobnie do prychnięcia, a potem on znowu się odezwał,
całkowicie zmienionym głosem:
-Nie
mówię o skokach, Izzy, do cholery. Mówię o Tobie.
Jej
dłoń znieruchomiała, a oczy się rozszerzyły. Wpatrzyła się w
jego błękitne tęczówki, w których coś się zmieniło.
Próbowała
zrozumieć co. Już nie było w nich takiego jawnego żalu.
Złagodniały.
Ociepliły się.
To
było ciepłe spojrzenie.
Jedno
z ostatnich.
-Mogłem
tak wiele wygrać – wyszeptał, kręcąc lekko głową i wciąż
nie spuszczając z niej wzroku – Tak wiele, Iz … tak dawno temu …
A byłem zwykłym dupkiem i kretynem i … przegrałem Cię.
Przegrałem nas.
To
wprawiło ją w osłupienie. Siedziała i po prostu na niego
patrzyła, niezdolna do jakiegokolwiek słowa czy gestu.
Ale
to jeszcze nie był koniec.
To
nie był nawet początek.
Andreas
znowu przełknął ślinę, głośno i z wysiłkiem, a ona wtedy to
zauważyła.
Wpatrzona
w jego tęczówki, dostrzegła jak jedna z nich zwilgotniała i
zalśniła w świetle lampy.
A
potem z kącika oka wydostała się jedna jedyna kropla łzy i
spłynęła po jego gorącym policzku, ginąc pod maską tlenową.
Wellinger
zapłakał. Naprawdę zapłakał.
Pokręciła
głową, ledwo wierząc w to, czego właśnie była świadkiem.
Zaschło jej w gardle. Czuła, że jej serce bije szybciej, a ręce
już nie drżą, tylko zwyczajnie się trzęsą.
Bała
się.
Chyba
dopiero teraz dotarło do niej w pełni, że on umierał.
Nie
było dla niego już żadnej nadziei.
-Nic
nie powiesz? - spytał w końcu. Mrugał, by pozbyć się resztek
łez.
Pokręciła
tylko głową, jeszcze silniej niż wcześniej i zagryzła wargę, by
powstrzymać własne łzy, cisnące jej się do oczu.
-Nie
wiem co – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Znowu prychnął, co
usłyszała jako kolejny głośny świst.
-Jesteś
tak samo beznadziejna, nawet gdy umieram, prawda?
Nie
mogła się powstrzymać. Uśmiechnęła się, choć nie była pewna
czy żartował czy mówił serio.
Znowu
wyciągnęła rękę i pogładziła go po skroni.
Miał
gorącą, mokrą skórę i drżał, czuła to wyraźnie. Musiał mieć
gorączkę, to nie ulegało wątpliwości. Ogromna gula wyrosła jej
w gardle, a gdy zamrugała, spod jej powiek wydostały się wielkie
krople łez.
-Nie
zostawiaj mnie, Wellinger – wyszeptała, nim rozpłakała się na
dobre – Proszę Cię, potrzebuję Cię, ty cholerny dupku.
Głos
jej się załamał. Nie zdołała powstrzymać głośnego szlochu,
który wyrwał jej się z ust. Odwróciła od niego głowę i bez
namysłu walnęła pięścią w szafkę, stojącą przy łóżku
chłopaka, by dać upust nagromadzonej w sobie bezsilnej furii i
rozpaczy.
-Masz
Karla. On się Tobą zaopiekuje, tak jak zawsze to robił.
Te
słowa zabrzmiały jakoś inaczej, a gdy Iz spojrzała na Andreasa
ujrzała, że maska tlenowa znajduje się na jego szyi, a on patrzy
na nią, biorąc krótkie, ciężkie oddechy.
Przysunęła
się bliżej i właśnie miała siłą włożyć mu z powrotem tą
maskę, gdy on złapał ją za nadgarstek.
To
nie był mocny uścisk, ale przestała. Zacisnęła powieki, próbując
zapanować nad falą łez.
A
potem bez namysłu położyła się na jego piersi i załkała, już
po raz kolejny.
-Iz,
jesteś taka silna – szepnął, kładąc dłoń na jej plecach i
głaszcząc je delikatnie – Dasz sobie radę, ze wszystkim. A Karl
… będzie znacznie lepszym ojcem dla mojej córki …
-Nie
mów tak – przerwała mu ostro. Zaśmiał się cicho, ale ten
śmiech szybko przeszedł w atak suchego kaszlu. Podniosła
natychmiast głowę, by spojrzeć na niego z niepokojem, ale on
przycisnął ją ponownie do swojej klatki, uspokajając ją.
-Ale
to prawda. Wiesz o tym.
Może
i tak. Może i miał rację. Jednak Izzy nic to w tej chwili nie
obchodziło.
Łzy
wciąż płynęły. Jego serce, tuż przy jej uchu, biło coraz to
wolniej.
Każde
uderzenie było synonimem wysiłku. Każde zbliżało go do śmierci.
Każde
uświadamiało jej, dopiero teraz, jak bardzo go potrzebowała i jak
bardzo trudne do zniesienia będzie dla niej jego odejście.
Pociągnęła
nosem, jej usta jakby same się otworzyły.
Jej
język sam sformułował słowa, które sekundę później
wypowiedziała na głos.
-Kocham
Cię.
Nie
uniosła głowy. Nie mogła więc widzieć, że otworzył szeroko
oczy, nie mogła wiedzieć, jakie zmiany zaszły w jego umyśle.
Poczuła
to. Ostatnie uderzenie serca.
Podniosła
się gwałtownie i spojrzała na niego z góry.
Chciała
założyć mu maskę tlenową, chciała to zrobić. Nim jednak
zdążyła do niej sięgnąć, już wiedziała, że to bez sensu.
Maszyna
zaczęła piszczeć jeszcze szybciej. Andreas spojrzał na nią
ostatni raz, a ona ujrzała w tym spojrzeniu wszystko to, czego nie
zdążył jej powiedzieć.
A
potem zamknął oczy, zamknął usta, jego dłoń na jej plecach
znieruchomiała.
I
odszedł.
Zostawiając
ją zupełnie samą na tym wielkim, okrutnym świecie.
Siedziała
na szpitalnym korytarzu, tępym wzrokiem wpatrując się w
naprzeciwległą ścianę. Nie wiedziała ile czasu minęło odkąd
lekarze oderwali ją od Andreasa, a jego ciało zostało wywiezione
do prosektorium. Karl, który pojawił się w szpitalu prawie od
razu, siedział przy niej chwilę, próbując nakłonić ją do
rozmowy, ale ona nie wypowiedziała w jego kierunku ani jednego
słowa.
Nie
uroniła też ani jednej łzy.
Ból
i oszołomienie były zbyt silne, otępiły ją, sprawiły, że
oderwała się od rzeczywistości, tracąc poczucie miejsca i czasu.
Nie
docierało do niej, że to się naprawdę stało.
Że
Wellinger naprawdę umarł.
Nie
wierzyła w to.
Nieświadomie
pokręciła głową i zacisnęła mocno powieki.
Policzę
teraz do trzech, powiedziała sobie w myślach, a jak otworzę oczy,
to wszystko okaże się tylko i wyłącznie złym snem.
Wzięła
głęboki oddech.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Otworzyła
gwałtownie oczy.
Widok
tej samej, białej ściany sprawił, że zakręciło jej się w
głowie, a żołądkiem targnął odruch wymiotny. Poczuła falę
bólu przebiegającą po całym ciele, przycisnęła dłoń do ust i
właśnie wtedy z jej gardła wyrwał się niekontrolowany szloch.
Nie
zdawała sobie wcześniej sprawy, że Karl tak naprawdę wcale nie
odszedł, tylko cały czas znajdował się w pobliżu, gotowy
posłużyć jej pomocą, ciepłym słowem albo po prostu swoim
ramieniem.
Szpitalne
krzesełko skrzypnęło, gdy opadł na nie gwałtownie i przyciągnął
ją do siebie, bez słowa.
Izzy
nie protestowała. Obróciła się bez wahania w stronę brata i
zarzuciła mu ramiona na szyję, wtulając się mocno w jego pierś.
-Nie
płacz, Iz – wyszeptał jej do ucha, obejmując ją z całych sił,
podczas gdy ona szlochała niekontrolowanie, a jej ciałem wstrząsały
silne dreszcze – Nie płacz, będzie dobrze.
Nie
wierzyła, że będzie.
Nie
bez niego.
Potrząsnęła
gwałtownie głową, a łzy płynęły dalej. Nie potrafiła
zapanować nad tym wybuchem. W tej oto chwili wydostawały się z
niej wszystkie emocje, nagromadzone w niej w ostatnim czasie, w
pewien sposób oczyszczając ją i odtruwając. Karl dał jej parę
minut, po czym powoli odsunął ją od siebie na odległość ramion.
Uśmiechnął się delikatnie, by dodać jej otuchy i przesunął
palcami po jej policzkach, osuszając je.
Pociągnęła
nosem, a serce zakuło ją po raz kolejny.
-Dlaczego
tak jest? - załkała, na jego pełen otuchy uśmiech odpowiadając
grymasem i zapuchniętymi, wilgotnymi oczami – Dlaczego zawsze mnie
to spotyka, dlaczego wszyscy mnie opuszczają? Najpierw ojciec, potem
matka, teraz on … Dlaczego wszyscy, do których się przywiązuję,
wszyscy, którzy stają się dla mnie ważni, odchodzą? Ja …
Głos
jej się załamał. Wyrwała się z objęć brata i przycisnęła
ręce do twarzy, zginając się wpół.
Karl
nie przyciągnął jej znów do siebie, ale nachylił się i objął
ją ramieniem, przytulając twarz do jej drżących pleców.
-Nie
wszyscy, Iz – powiedział pewnym głosem – Nie wszyscy. Ja nigdy
nie odejdę. Ja Cię nigdy nie zostawię. Kocham Cię najbardziej w
świecie.
Odsunął
się, gdy wyprostowała się, by na niego spojrzeć. W jej oczach łzy
mieszały się z zaskoczeniem. Pociągnęła ponownie nosem.
-Naprawdę?
Zaśmiał
się cicho i pokręcił głową.
-Nigdy
nie powinnaś w to wątpić – odparł, znowu wycierając jej łzy –
Jesteś moją siostrą i zawsze byłaś dla mnie najważniejsza.
Zawsze. I wiem, że popełniłaś wiele błędów … ale ja
popełniłem ich jeszcze więcej. Nigdy sobie tego nie wybaczę i Ty
też wcale nie musisz mi tego wybaczać, Iz. Po prostu wiedz, że już
nigdy … Izzy, nigdy, nie zrobię świadomie nic, czym mógłbym Cię
zranić. Teraz będzie zupełnie inaczej. Obiecuję.
Te
słowa sprawiły, że jej oczy po raz kolejny się zaszkliły.
A
potem stało się niemożliwe.
Uśmiechnęła
się. Powoli i bardzo nieznacznie, a ten uśmiech ciężko byłoby
nazwać wesołym.
A
jednak, pojawił się, odciążając też trochę jej serce,
poprawiając samopoczucie, na krótką chwilę wyrzucając z jej
głowy ból po stracie Andreasa.
Z
tym bólem będzie się mierzyć całe życie.
Ale
nie była sama. Miała Karla.
I
miała Julie.
Razem
z bratem miała wychować małą na cudowną kobietę, z której jej
tata byłby cholernie dumny.
-Tak
strasznie Cię kocham, Karl – szepnęła, po czym ponownie zatonęła
w ciepłych objęciach brata.
Tam
gdzie był cały jej świat.
Tam
gdzie chciała pozostać na zawsze.
Cieszę się na ten epilog i Waszą reakcję na niego. Poważnie.
Płaczę :-(
OdpowiedzUsuńMyślałam, że jeszcze coś się stanie, że będą szczęśliwi, a tu takie zakończenie...
Nie wierzę, że on umarł. Coś się musi wydarzyć w tym epilogu, musi!
Wystarczy mi czkeać, aby się przekonać.
To do następnego :-)
Eh. Chyba nawet nie jestem w stanie się przemóc, by przeczytać ten rozdział kolejny raz. Bo przecież czytałam go przez ten rok tyle razy, że mam pewność, że pewne wrażenia nigdy nie zbledną. I że nie będę w stanie wyłączyć emocji przy czytaniu.
OdpowiedzUsuńNie wiem czy pamiętasz jak nazwałaś ten rozdział porażką. Bo ja, niestety, pamiętam. I jakoś nie potrafię Ci tego wybaczyć. Choć wierzę, że może teraz, kiedy minęło tyle czasu, patrzysz na niego z jakimś rodzajem dumy. Za dobrze Cię znam, by się łudzić, że zobaczysz w nim to, co każdy obiektywny czytelnik. Niestety, nie jestem widocznie odpowiednią osobą, by Cię przekonać, że to najczystsza forma geniuszu.
Chyba nie powinnam teraz pisać tego komentarza. Zwłaszcza, że to, co chciałabym teraz napisać nada się bardziej pod epilog.
Przepraszam. Za to. I za wszystko.
Jak mogłaś?
OdpowiedzUsuńPrzez chwilę nie mogłam czytać przez łzy spływające po moich policzkach które przysłaniały mi widok.
Nadal nie wierzę,że odszedł.
Czyli jednak w tej historii nie będzie happy end'u :(
Płaczę :(
OdpowiedzUsuńJak mogłaś to zrobić ? :( On musi jakoś przeżyć po prostu musi! Ożyw go błagaaaaaaam niech on dalej żyje ! :(
Pozdrawiam i czekam na następny :)
P.S Nie kończ tego bloga ! :)
Nie wierzę. Po prostu nie wierzę, że to się tak skończyło. Oni mieli być szczęśliwi. Razem.
OdpowiedzUsuńJeszcze epilog został :)
UsuńTak, wiem. :) Ale mimo wszystko trudno mi wierzyć, że jeszcze będzie dobrze.
UsuńNo i poryczałam się...Kurde, do końca wierzyłam że Andreas z tego wyjdzie i będą razem bo nie cierpię smutnych zakończeń.
OdpowiedzUsuńP. S. Komentuje po raz pierwszy ale po prostu musiałam. Uwielbiam to opowiadanie jak i Twoje pozostałe.Wiem, że taki już masz styl (przeważnie zawsze ktoś umiera) ale i tak je uwielbiam. Liczę na coś nowego, może w troch optymistyczniejszych klimatach :)
Pozdrawiam :)
Nie będzie aż tak źle? ...
OdpowiedzUsuńDokładnie wiem jaki będzie epilog i normalnie aż mi się buzia cieszy na samą myśl jeśli chodzi o reakcję innych czytelników.
OdpowiedzUsuńA ty złotko wiesz, ze jesteś genialna, prawda?
Dobrze, ale ja ten komentarz piszę z przedmiotu, który nazywa się edukacja europejska, więc lepiej szybko zakończę.
Buziaki, kochanie! :*
Ja jeszcze nie płaczę bo został epilog. Mam nadzieję, że z happy endem :D
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ;***
Nie wierze... Kobieto jestes cudowna. Naprawdę. Potrafisz rozebrać człowieka z emocji! Łzy niekontrolowanie zaczynaja spływać... A to tylko opowiadanie, a moze nie tylko? Czytam i słyszę szloch Iz, słyszalam głos Andreasa i Karła. Jest to niesamowite. Twoje opowiadanie jest drugim ktore znalazłam w internecie ktore wzbudza we mnie tyle emocji. Ojej na dobranoc takie opowiadanie. Nie wiem czy dobry pomysł, najwyżej porozmyślamy trochę :) gratuluje talentu do lekkiego pisania, życze weny i pozdrawiam :)
OdpowiedzUsuńPytanie za tysiąc punktów - kiedy wrzucisz epilog? ;)
OdpowiedzUsuńMyślę, że w przyszłym tygodniu. teraz żyję tylko Wisłą i Zakopanem <33
UsuńCo ja tu się będę rozckliwiać?
OdpowiedzUsuńWszystko przeczytasz przy epilogu.
Zapale jednak znicz pamięci dla Pieszczocha, tak na krótką chwilę.
[*]
Moja wszelka wrażliwość poszła, ze tak powiem na spacer.
Biedna Izzy, biedny Karl, biedny Andreas. Tak szkoda mi tej trójeczki. Bardzo się do nich przywiązałam. Może za bardzo. W końcu to tylko fikcyjne postaci, ale jednak... Cholerka.
OdpowiedzUsuńNie lubię cię za ten rozdział. Serio. Uh, to znaczy lubię i bardzo doceniam, bo tworzenie tak smutnych rozdziałów jest znacznie trudniejsze od tych obfitujących w radosne momenty. No przynajmniej z reguły. Ja sama happy endów nie lubię, jednak oni zasługiwali na szczęście. Bardziej niż ktokolwiek inny.
Eh, nie wiem jak ty to robisz. Niszczysz wszystkie moje przekonania kilkoma zdaniami. Słowami budujesz tak niesamowitą atmosferę, przekazujesz tyle wielkich emocji. Uwielbiam to.
Ciężko mi uwierzyć w jego śmierć. Ciągle mam nadzieję, że to jakieś nieporozumienie i lekarze jednak go uratowali. Nie potrafię przestać myśleć w ten sposób, zwłaszcza, że obiecujesz jeszcze epilog, który ma nas zaskoczyć. Oj, nie mogę się tego doczekać.
Pozdrawiam!
kiedy epilog?? czekamy, niecierpliwimy się...
OdpowiedzUsuńJak się zbiorę w sobie żeby napisać mowę pożegnalną. Chyba wcale nie chcę się żegnać z tym opowiadaniem...
Usuń:( nic więcej nie jestem w stanie napisać
OdpowiedzUsuńNie mogę się doczekać epilogu, mam nadzieję,
OdpowiedzUsuńże to nie skończy się w ten sposób.
Kiedy możemy spodziewać się epilogu? :)
OdpowiedzUsuńKochana... brak mi słów.
OdpowiedzUsuńPomimo smutku, jaki panuje w tym rozdziale, pomimo tego, że Andreas odszedł, pomimo tego wszystkiego, to ten rozdział jest niesamowicie piękny..
Ta chwila, gdy leżała na jego klatce, gdy byli razem.. Ah, piękne <3
I nawet uśmiechałam się w tym momencie, choć okoliczności nie sprzyjały. I gdy przeczytałam fragment, w którym opisujesz jego odejście to łzy stanęły mi w oczach...
Jesteś cudowna, to opowiadanie jest cudowne, takie inne.. Cholernie smutno, że czeka na nas już tylko epilog.
Mam jednak nadzieje, że w twojej kolekcji pojawi się równie piękne opowiadanie, jak to.
Pozdrawiam i czekam na epilog! ;)
Kiedy można spodziewać się epiolgu? ;-)
OdpowiedzUsuńDzisiaj w godzinach wieczornych :)
UsuńNawet nie wiesz jak ryczałam jak to czytałam... ;ccc
OdpowiedzUsuńDo końca miałam nadzieję,że jednak pojawi się szczęśliwe zakończenie.. :c A co do całego opowiadania to masz talent <3
Czytanie tego rozdziału zajęło mi prawie godzinę, praktycznie cały czas wycierałam łzy... To nie tak miało się skończyć! :(
OdpowiedzUsuń