wtorek, 13 stycznia 2015

Dwadzieścia trzy: Kocham Cię.

Nie było już żadnej nadziei.
Jedyną interesującą ją kwestią stał się teraz czas, jaki pozostał Andreasowi. Czas jaki pozostał im.
Przesiadywała u niego dniami i nocami, a on nie protestował, wyraźnie ciesząc się z jej obecności. Rzadko rozmawiali, ale nie było im to potrzebne, wystarczyło, że on leżał w łóżku, podczas gdy ona siedziała obok, trzymając go za rękę. Z każdym kolejnym dniem chłopak był coraz słabszy, coraz trudniej było mu mówić i oddychać. W końcu mógł już tylko leżeć z maską tlenową na twarzy, nie odpowiadając na żadne jej słowo czy nawet spojrzenie.
Bolała świadomość, że był tak blisko śmierci.
Bolała świadomość, że już niedługo miała go stracić.
Bolało … wszystko bolało.
Znowu.


Obudziła się wcześnie rano, w łóżku Wellingera. Leżała jeszcze długo, zwalczając w sobie senność i zbierając siły, by wstać, a jednocześnie przyciskała mocno twarz do poduszki, na której odcisnął się jego zapach.
Gdy w końcu się podniosła, podeszła do okna i odsłoniła rolety. Za zakurzoną, od wieków nie czyszczoną szybą rozciągał się widok na piękny, słoneczny dzień, taki za jakim tęsknili wszyscy mieszkańcy Monachium po długiej i ciężkiej zimie.
Izzy nie potrafiła się jednak tym cieszyć.
Dzień zapowiadał się cudownie, lecz ona podskórnie czuła, że wydarzy się dziś coś strasznego.
Poszła do łazienki, ubrała się i zajrzała do Julie. Mała spała, a gdy Izzy zerknęła ukradkiem do pokoju Karla, odkryła, że jej brat robi to samo.
No tak, ale było jeszcze przed siódmą, a wczoraj Karl do późnej nocy usypiał Julie. Iz postanowiła go nie budzić, zasługiwał na trochę snu.
Wymknęła się cicho z mieszkania i zmierzyła prosto do szpitala. Wchodząc do windy, bez namysłu nacisnęła guzik z nr 4. Do sali Andreasa podążała pogrążona w rozmyślaniach, prawie nie skupiając się na tym, gdzie idzie. Nie musiała, drogę znała na pamięć i trafiłaby tutaj nawet z zamkniętymi oczami.
Zastała go leżącego z maską tlenową na twarzy, wyglądającego tak samo jak wczoraj wieczorem, gdy w końcu odeszła od jego łóżka i zgodziła się pójść na noc do domu. Podeszła bliżej i usiadła na krześle, po czym nieporadnie sięgnęła po jego rękę.
Drgnął i nawet mruknął coś cicho, ale nie zrozumiała co, bo maska tlenowa zniekształciła brzmienie jego głosu.
Poruszył delikatnie palcami, a po chwili poczuła jak ścisnął jej dłoń.
Lekko, nie było w tym żadnej siły, bo on zwyczajnie nie miał już żadnej siły.
Chciał jej tylko dać znak, że jest świadomy jej obecności.
Może nawet wdzięczny.
I ona o tym wiedziała. Nie czuła, że robi dla niego coś wielkiego. Robiła wszystko co mogła, dawała z siebie absolutne maksimum... ale to nie wystarczało.
Nie mogła już naprawić swojego błędu, nie mogła wynagrodzić Andreasowi tego, że to z jej winy leżał tutaj i czekał na śmierć.
Nie mogła. Siedzenie z nim w szpitalu, towarzyszenie mu w ostatnich chwilach było szczytem jej możliwości.
Marnych, żałosnych …
Tak jak zawsze.
Odchyliła się w bok, opierając głowę o ścianę. Zapowiadał się długi dzień...



Koniec. Nadchodził koniec, pewny i nieunikniony.
-Iz.
Cichy głos, wątlejszy niż najsłabszy oddech, wystarczył jednak, by wyrwać ją z tego dziwnego stanu półsnu, w którym znajdowała się od dobrej godziny, jeśli nie dłużej.
Podniosła głowę z ramion, prostując kręgosłup. Jęknęła cicho, bo miała wrażenie, że każda kość zatrzeszczała, wracając na swoje miejsce. Szybko jednak zapomniała o sobie i swoim fizycznym bólu, gdy spojrzała na Andreasa.
Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała bardzo powoli, prawie nieznacznie. Maska tlenowa sprawiała, że każdy jego oddech zamieniał się w przeszywający głowę świst, a maszyna, do której był podłączony wydawała regularne, nieprzyjemne piski.
Izzy odrzuciła potargane włosy na plecy, po czym odnalazła jedną z dłoni Andreasa i uważając, by nie naruszyć wbitego w nią wenflonu, ścisnęła ją delikatnie.
-Tak?
Zapadła chwila ciszy, tak długa, że Izzy zdążyła już zwątpić, iż to wypowiedzenie jej imienia naprawdę miało miejsce, a nie jedynie jej się przyśniło, gdy Andreas w końcu się odezwał:
-Spierdoliłem to wszystko, prawda? - przełknął głośno ślinę, a ona prawie wyszła z siebie z niecierpliwości, czekając, aż jeszcze coś powie. Gdy w końcu to zrobił, nic nie usłyszała.
Wszystko się w niej zagotowało.
Wyleciały jej z głowy zasady, które od dawna, tak surowo wpajała jej pielęgniarka. Poderwała się z krzesła, po czym przysiadła na łóżku, obok chłopaka i nachyliła się nad nim tak, że ich twarze podzieliły centymetry.
Spojrzał na nią z tej małej odległości, a w jego oczach ujrzała czysty żal.
-Mogło być tak pięknie … mogłem tak wiele wygrać. A wszystko przegrałem.
Puściła jego rękę i sięgnęła nią do jego policzka. Nie mogła go jednak nawet dotknąć, bo przeszkodziła jej maska tlenowa, więc przesunęła delikatnie kciukiem po jego łuku brwiowym i czole, odgarniając z niego kosmyki włosów.
-Wygrałeś już bardzo wiele, Andreas – wyszeptała, unosząc lekko kąciki warg. Przeczesała palcami jego włosy, a on otworzył oczy i spojrzał na nią ponownie – Jesteś Mistrzem Olimpijskim, pamiętasz?
Spod maski tlenowej wyrwał się kolejny świst, który brzmiał podejrzanie podobnie do prychnięcia, a potem on znowu się odezwał, całkowicie zmienionym głosem:
-Nie mówię o skokach, Izzy, do cholery. Mówię o Tobie.
Jej dłoń znieruchomiała, a oczy się rozszerzyły. Wpatrzyła się w jego błękitne tęczówki, w których coś się zmieniło.
Próbowała zrozumieć co. Już nie było w nich takiego jawnego żalu.
Złagodniały. Ociepliły się.
To było ciepłe spojrzenie.
Jedno z ostatnich.
-Mogłem tak wiele wygrać – wyszeptał, kręcąc lekko głową i wciąż nie spuszczając z niej wzroku – Tak wiele, Iz … tak dawno temu … A byłem zwykłym dupkiem i kretynem i … przegrałem Cię. Przegrałem nas.
To wprawiło ją w osłupienie. Siedziała i po prostu na niego patrzyła, niezdolna do jakiegokolwiek słowa czy gestu.
Ale to jeszcze nie był koniec.
To nie był nawet początek.
Andreas znowu przełknął ślinę, głośno i z wysiłkiem, a ona wtedy to zauważyła.
Wpatrzona w jego tęczówki, dostrzegła jak jedna z nich zwilgotniała i zalśniła w świetle lampy.
A potem z kącika oka wydostała się jedna jedyna kropla łzy i spłynęła po jego gorącym policzku, ginąc pod maską tlenową.
Wellinger zapłakał. Naprawdę zapłakał.
Pokręciła głową, ledwo wierząc w to, czego właśnie była świadkiem. Zaschło jej w gardle. Czuła, że jej serce bije szybciej, a ręce już nie drżą, tylko zwyczajnie się trzęsą.
Bała się.
Chyba dopiero teraz dotarło do niej w pełni, że on umierał.
Nie było dla niego już żadnej nadziei.
-Nic nie powiesz? - spytał w końcu. Mrugał, by pozbyć się resztek łez.
Pokręciła tylko głową, jeszcze silniej niż wcześniej i zagryzła wargę, by powstrzymać własne łzy, cisnące jej się do oczu.
-Nie wiem co – odpowiedziała zgodnie z prawdą. Znowu prychnął, co usłyszała jako kolejny głośny świst.
-Jesteś tak samo beznadziejna, nawet gdy umieram, prawda?
Nie mogła się powstrzymać. Uśmiechnęła się, choć nie była pewna czy żartował czy mówił serio.
Znowu wyciągnęła rękę i pogładziła go po skroni.
Miał gorącą, mokrą skórę i drżał, czuła to wyraźnie. Musiał mieć gorączkę, to nie ulegało wątpliwości. Ogromna gula wyrosła jej w gardle, a gdy zamrugała, spod jej powiek wydostały się wielkie krople łez.
-Nie zostawiaj mnie, Wellinger – wyszeptała, nim rozpłakała się na dobre – Proszę Cię, potrzebuję Cię, ty cholerny dupku.
Głos jej się załamał. Nie zdołała powstrzymać głośnego szlochu, który wyrwał jej się z ust. Odwróciła od niego głowę i bez namysłu walnęła pięścią w szafkę, stojącą przy łóżku chłopaka, by dać upust nagromadzonej w sobie bezsilnej furii i rozpaczy.
-Masz Karla. On się Tobą zaopiekuje, tak jak zawsze to robił.
Te słowa zabrzmiały jakoś inaczej, a gdy Iz spojrzała na Andreasa ujrzała, że maska tlenowa znajduje się na jego szyi, a on patrzy na nią, biorąc krótkie, ciężkie oddechy.
Przysunęła się bliżej i właśnie miała siłą włożyć mu z powrotem tą maskę, gdy on złapał ją za nadgarstek.
To nie był mocny uścisk, ale przestała. Zacisnęła powieki, próbując zapanować nad falą łez.
A potem bez namysłu położyła się na jego piersi i załkała, już po raz kolejny.
-Iz, jesteś taka silna – szepnął, kładąc dłoń na jej plecach i głaszcząc je delikatnie – Dasz sobie radę, ze wszystkim. A Karl … będzie znacznie lepszym ojcem dla mojej córki …
-Nie mów tak – przerwała mu ostro. Zaśmiał się cicho, ale ten śmiech szybko przeszedł w atak suchego kaszlu. Podniosła natychmiast głowę, by spojrzeć na niego z niepokojem, ale on przycisnął ją ponownie do swojej klatki, uspokajając ją.
-Ale to prawda. Wiesz o tym.
Może i tak. Może i miał rację. Jednak Izzy nic to w tej chwili nie obchodziło.
Łzy wciąż płynęły. Jego serce, tuż przy jej uchu, biło coraz to wolniej.
Każde uderzenie było synonimem wysiłku. Każde zbliżało go do śmierci.
Każde uświadamiało jej, dopiero teraz, jak bardzo go potrzebowała i jak bardzo trudne do zniesienia będzie dla niej jego odejście.
Pociągnęła nosem, jej usta jakby same się otworzyły.
Jej język sam sformułował słowa, które sekundę później wypowiedziała na głos.
-Kocham Cię.
Nie uniosła głowy. Nie mogła więc widzieć, że otworzył szeroko oczy, nie mogła wiedzieć, jakie zmiany zaszły w jego umyśle.
Poczuła to. Ostatnie uderzenie serca.
Podniosła się gwałtownie i spojrzała na niego z góry.
Chciała założyć mu maskę tlenową, chciała to zrobić. Nim jednak zdążyła do niej sięgnąć, już wiedziała, że to bez sensu.
Maszyna zaczęła piszczeć jeszcze szybciej. Andreas spojrzał na nią ostatni raz, a ona ujrzała w tym spojrzeniu wszystko to, czego nie zdążył jej powiedzieć.
A potem zamknął oczy, zamknął usta, jego dłoń na jej plecach znieruchomiała.
I odszedł.
Zostawiając ją zupełnie samą na tym wielkim, okrutnym świecie.


Siedziała na szpitalnym korytarzu, tępym wzrokiem wpatrując się w naprzeciwległą ścianę. Nie wiedziała ile czasu minęło odkąd lekarze oderwali ją od Andreasa, a jego ciało zostało wywiezione do prosektorium. Karl, który pojawił się w szpitalu prawie od razu, siedział przy niej chwilę, próbując nakłonić ją do rozmowy, ale ona nie wypowiedziała w jego kierunku ani jednego słowa.
Nie uroniła też ani jednej łzy.
Ból i oszołomienie były zbyt silne, otępiły ją, sprawiły, że oderwała się od rzeczywistości, tracąc poczucie miejsca i czasu.
Nie docierało do niej, że to się naprawdę stało.
Że Wellinger naprawdę umarł.
Nie wierzyła w to.
Nieświadomie pokręciła głową i zacisnęła mocno powieki.
Policzę teraz do trzech, powiedziała sobie w myślach, a jak otworzę oczy, to wszystko okaże się tylko i wyłącznie złym snem.
Wzięła głęboki oddech.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Otworzyła gwałtownie oczy.
Widok tej samej, białej ściany sprawił, że zakręciło jej się w głowie, a żołądkiem targnął odruch wymiotny. Poczuła falę bólu przebiegającą po całym ciele, przycisnęła dłoń do ust i właśnie wtedy z jej gardła wyrwał się niekontrolowany szloch.
Nie zdawała sobie wcześniej sprawy, że Karl tak naprawdę wcale nie odszedł, tylko cały czas znajdował się w pobliżu, gotowy posłużyć jej pomocą, ciepłym słowem albo po prostu swoim ramieniem.
Szpitalne krzesełko skrzypnęło, gdy opadł na nie gwałtownie i przyciągnął ją do siebie, bez słowa.
Izzy nie protestowała. Obróciła się bez wahania w stronę brata i zarzuciła mu ramiona na szyję, wtulając się mocno w jego pierś.
-Nie płacz, Iz – wyszeptał jej do ucha, obejmując ją z całych sił, podczas gdy ona szlochała niekontrolowanie, a jej ciałem wstrząsały silne dreszcze – Nie płacz, będzie dobrze.
Nie wierzyła, że będzie.
Nie bez niego.
Potrząsnęła gwałtownie głową, a łzy płynęły dalej. Nie potrafiła zapanować nad tym wybuchem. W tej oto chwili wydostawały się z niej wszystkie emocje, nagromadzone w niej w ostatnim czasie, w pewien sposób oczyszczając ją i odtruwając. Karl dał jej parę minut, po czym powoli odsunął ją od siebie na odległość ramion. Uśmiechnął się delikatnie, by dodać jej otuchy i przesunął palcami po jej policzkach, osuszając je.
Pociągnęła nosem, a serce zakuło ją po raz kolejny.
-Dlaczego tak jest? - załkała, na jego pełen otuchy uśmiech odpowiadając grymasem i zapuchniętymi, wilgotnymi oczami – Dlaczego zawsze mnie to spotyka, dlaczego wszyscy mnie opuszczają? Najpierw ojciec, potem matka, teraz on … Dlaczego wszyscy, do których się przywiązuję, wszyscy, którzy stają się dla mnie ważni, odchodzą? Ja …
Głos jej się załamał. Wyrwała się z objęć brata i przycisnęła ręce do twarzy, zginając się wpół.
Karl nie przyciągnął jej znów do siebie, ale nachylił się i objął ją ramieniem, przytulając twarz do jej drżących pleców.
-Nie wszyscy, Iz – powiedział pewnym głosem – Nie wszyscy. Ja nigdy nie odejdę. Ja Cię nigdy nie zostawię. Kocham Cię najbardziej w świecie.
Odsunął się, gdy wyprostowała się, by na niego spojrzeć. W jej oczach łzy mieszały się z zaskoczeniem. Pociągnęła ponownie nosem.
-Naprawdę?
Zaśmiał się cicho i pokręcił głową.
-Nigdy nie powinnaś w to wątpić – odparł, znowu wycierając jej łzy – Jesteś moją siostrą i zawsze byłaś dla mnie najważniejsza. Zawsze. I wiem, że popełniłaś wiele błędów … ale ja popełniłem ich jeszcze więcej. Nigdy sobie tego nie wybaczę i Ty też wcale nie musisz mi tego wybaczać, Iz. Po prostu wiedz, że już nigdy … Izzy, nigdy, nie zrobię świadomie nic, czym mógłbym Cię zranić. Teraz będzie zupełnie inaczej. Obiecuję.
Te słowa sprawiły, że jej oczy po raz kolejny się zaszkliły.
A potem stało się niemożliwe.
Uśmiechnęła się. Powoli i bardzo nieznacznie, a ten uśmiech ciężko byłoby nazwać wesołym.
A jednak, pojawił się, odciążając też trochę jej serce, poprawiając samopoczucie, na krótką chwilę wyrzucając z jej głowy ból po stracie Andreasa.
Z tym bólem będzie się mierzyć całe życie.
Ale nie była sama. Miała Karla.
I miała Julie.
Razem z bratem miała wychować małą na cudowną kobietę, z której jej tata byłby cholernie dumny.
-Tak strasznie Cię kocham, Karl – szepnęła, po czym ponownie zatonęła w ciepłych objęciach brata.
Tam gdzie był cały jej świat.
Tam gdzie chciała pozostać na zawsze.

Cieszę się na ten epilog i Waszą reakcję na niego. Poważnie.


26 komentarzy:

  1. Płaczę :-(
    Myślałam, że jeszcze coś się stanie, że będą szczęśliwi, a tu takie zakończenie...
    Nie wierzę, że on umarł. Coś się musi wydarzyć w tym epilogu, musi!
    Wystarczy mi czkeać, aby się przekonać.
    To do następnego :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Eh. Chyba nawet nie jestem w stanie się przemóc, by przeczytać ten rozdział kolejny raz. Bo przecież czytałam go przez ten rok tyle razy, że mam pewność, że pewne wrażenia nigdy nie zbledną. I że nie będę w stanie wyłączyć emocji przy czytaniu.

    Nie wiem czy pamiętasz jak nazwałaś ten rozdział porażką. Bo ja, niestety, pamiętam. I jakoś nie potrafię Ci tego wybaczyć. Choć wierzę, że może teraz, kiedy minęło tyle czasu, patrzysz na niego z jakimś rodzajem dumy. Za dobrze Cię znam, by się łudzić, że zobaczysz w nim to, co każdy obiektywny czytelnik. Niestety, nie jestem widocznie odpowiednią osobą, by Cię przekonać, że to najczystsza forma geniuszu.

    Chyba nie powinnam teraz pisać tego komentarza. Zwłaszcza, że to, co chciałabym teraz napisać nada się bardziej pod epilog.

    Przepraszam. Za to. I za wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak mogłaś?
    Przez chwilę nie mogłam czytać przez łzy spływające po moich policzkach które przysłaniały mi widok.
    Nadal nie wierzę,że odszedł.
    Czyli jednak w tej historii nie będzie happy end'u :(

    OdpowiedzUsuń
  4. Płaczę :(
    Jak mogłaś to zrobić ? :( On musi jakoś przeżyć po prostu musi! Ożyw go błagaaaaaaam niech on dalej żyje ! :(
    Pozdrawiam i czekam na następny :)
    P.S Nie kończ tego bloga ! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wierzę. Po prostu nie wierzę, że to się tak skończyło. Oni mieli być szczęśliwi. Razem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze epilog został :)

      Usuń
    2. Tak, wiem. :) Ale mimo wszystko trudno mi wierzyć, że jeszcze będzie dobrze.

      Usuń
  6. No i poryczałam się...Kurde, do końca wierzyłam że Andreas z tego wyjdzie i będą razem bo nie cierpię smutnych zakończeń.

    P. S. Komentuje po raz pierwszy ale po prostu musiałam. Uwielbiam to opowiadanie jak i Twoje pozostałe.Wiem, że taki już masz styl (przeważnie zawsze ktoś umiera) ale i tak je uwielbiam. Liczę na coś nowego, może w troch optymistyczniejszych klimatach :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dokładnie wiem jaki będzie epilog i normalnie aż mi się buzia cieszy na samą myśl jeśli chodzi o reakcję innych czytelników.
    A ty złotko wiesz, ze jesteś genialna, prawda?
    Dobrze, ale ja ten komentarz piszę z przedmiotu, który nazywa się edukacja europejska, więc lepiej szybko zakończę.
    Buziaki, kochanie! :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja jeszcze nie płaczę bo został epilog. Mam nadzieję, że z happy endem :D
    Pozdrawiam ;***

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie wierze... Kobieto jestes cudowna. Naprawdę. Potrafisz rozebrać człowieka z emocji! Łzy niekontrolowanie zaczynaja spływać... A to tylko opowiadanie, a moze nie tylko? Czytam i słyszę szloch Iz, słyszalam głos Andreasa i Karła. Jest to niesamowite. Twoje opowiadanie jest drugim ktore znalazłam w internecie ktore wzbudza we mnie tyle emocji. Ojej na dobranoc takie opowiadanie. Nie wiem czy dobry pomysł, najwyżej porozmyślamy trochę :) gratuluje talentu do lekkiego pisania, życze weny i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Pytanie za tysiąc punktów - kiedy wrzucisz epilog? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że w przyszłym tygodniu. teraz żyję tylko Wisłą i Zakopanem <33

      Usuń
  11. Co ja tu się będę rozckliwiać?
    Wszystko przeczytasz przy epilogu.
    Zapale jednak znicz pamięci dla Pieszczocha, tak na krótką chwilę.
    [*]

    Moja wszelka wrażliwość poszła, ze tak powiem na spacer.

    OdpowiedzUsuń
  12. Biedna Izzy, biedny Karl, biedny Andreas. Tak szkoda mi tej trójeczki. Bardzo się do nich przywiązałam. Może za bardzo. W końcu to tylko fikcyjne postaci, ale jednak... Cholerka.
    Nie lubię cię za ten rozdział. Serio. Uh, to znaczy lubię i bardzo doceniam, bo tworzenie tak smutnych rozdziałów jest znacznie trudniejsze od tych obfitujących w radosne momenty. No przynajmniej z reguły. Ja sama happy endów nie lubię, jednak oni zasługiwali na szczęście. Bardziej niż ktokolwiek inny.
    Eh, nie wiem jak ty to robisz. Niszczysz wszystkie moje przekonania kilkoma zdaniami. Słowami budujesz tak niesamowitą atmosferę, przekazujesz tyle wielkich emocji. Uwielbiam to.
    Ciężko mi uwierzyć w jego śmierć. Ciągle mam nadzieję, że to jakieś nieporozumienie i lekarze jednak go uratowali. Nie potrafię przestać myśleć w ten sposób, zwłaszcza, że obiecujesz jeszcze epilog, który ma nas zaskoczyć. Oj, nie mogę się tego doczekać.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  13. kiedy epilog?? czekamy, niecierpliwimy się...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak się zbiorę w sobie żeby napisać mowę pożegnalną. Chyba wcale nie chcę się żegnać z tym opowiadaniem...

      Usuń
  14. :( nic więcej nie jestem w stanie napisać

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie mogę się doczekać epilogu, mam nadzieję,
    że to nie skończy się w ten sposób.

    OdpowiedzUsuń
  16. Kiedy możemy spodziewać się epilogu? :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Kochana... brak mi słów.

    Pomimo smutku, jaki panuje w tym rozdziale, pomimo tego, że Andreas odszedł, pomimo tego wszystkiego, to ten rozdział jest niesamowicie piękny..

    Ta chwila, gdy leżała na jego klatce, gdy byli razem.. Ah, piękne <3

    I nawet uśmiechałam się w tym momencie, choć okoliczności nie sprzyjały. I gdy przeczytałam fragment, w którym opisujesz jego odejście to łzy stanęły mi w oczach...

    Jesteś cudowna, to opowiadanie jest cudowne, takie inne.. Cholernie smutno, że czeka na nas już tylko epilog.
    Mam jednak nadzieje, że w twojej kolekcji pojawi się równie piękne opowiadanie, jak to.

    Pozdrawiam i czekam na epilog! ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Kiedy można spodziewać się epiolgu? ;-)

    OdpowiedzUsuń
  19. Nawet nie wiesz jak ryczałam jak to czytałam... ;ccc
    Do końca miałam nadzieję,że jednak pojawi się szczęśliwe zakończenie.. :c A co do całego opowiadania to masz talent <3

    OdpowiedzUsuń
  20. Czytanie tego rozdziału zajęło mi prawie godzinę, praktycznie cały czas wycierałam łzy... To nie tak miało się skończyć! :(

    OdpowiedzUsuń