poniedziałek, 22 grudnia 2014

Dwadzieścia jeden: Zawsze ratuję Ci tyłek.

Noc spędziła na kanapie, ponieważ bała się, że wchodząc do pokoju Wellingera obudzi chłopaka i narazi się na serię niewygodnych pytań. Po obejrzeniu swojej twarzy stwierdziła, że skóra na policzku i wokół oka jest mocno zaczerwieniona, nie ulegało jednak wątpliwości, że następnego dnia będzie znacznie gorzej.
I faktycznie było. Izzy aż syknęła, gdy po tych paru godzinach snu ujrzała ponownie swoje odbicie w lustrze, które tym razem przedstawiało się bardzo, bardzo źle. Zaczerwienienie zniknęło, a zastąpił je ogromny, czarno-fioletowy siniak, od którego widoku zrobiło jej się niedobrze. Nie namyślając się poszła do kuchni i otworzyła od razu zamrażarkę, żeby znaleźć woreczek lodu.
Oczywiście, nie znalazła, na co zareagowała pełnym frustracji prychnięciem i nawet zamachnęła się, by wymierzyć wściekłego kopniaka lodówce. Gdy tylko poczuła ostry ból w stopie, natychmiast tego pożałowała. Przeklinając cały świat, dokuśtykała do stołu i opadła na jedno z krzeseł, ciężko opierając się łokciami o blat.
Siniak stanowił ogromny problem, bo o ile Karlem, który nie odzywał się do niej przecież ani jednym słowem, nie musiała się martwić, o tyle Andreas na pewno od razu zainteresuje się całą sprawą.
Czy mogła mu powiedzieć? Nie wiedziała. Nic już nie wiedziała.
Mogła się jednak spodziewać, że będzie dociekał. Nawet nie werbalnie, po prostu jak to on obrzuci ją jednym spojrzeniem, które wystarczy by całkowicie się otworzyła albo milczeniem doprowadzi ją do szewskiej pasji i zmusi do mówienia.
Poza tym, przecież potrzebowała jego pomocy.
Przecież nie miała tysiąca euro, jakiego chcieli od niej Ci faceci. Fakt, pracowała, więc zarobiła trochę, ale miała też codzienne wydatki i była prawie stuprocentowo pewna, że nie posiadała na koncie bankowym aż takich pieniędzy.
A zresztą nawet gdyby miała, to i tak by im nie dała.
Pieprzona Millie.
Poczuła jak w jednej chwili narasta w niej złość. Po raz pierwszy od śmierci Millie pomyślała o niej w takim złym kontekście, ale jakoś nie zrobiło jej się wstyd.
Wręcz przeciwnie.
Przepełniona gniewem zacisnęła dłoń w pięść i powoli ponownie rozluźniła palce, próbując nad sobą zapanować.
Niespecjalnie pomogło.
Oddychała jeszcze ciężko, gdy usłyszała dźwięk otwierających się drzwi i czyjeś kroki.
Odruchowo wstrzymała oddech … a potem w drzwiach kuchni pojawił się Wellinger i Izzy wypuściła całe powietrze z głośnym świstem.
Lepszy on niż Karl.
Cóż za paradoks.
Uśmiechnął się na jej widok, na co ona odwróciła szybko głowę w drugą stronę, przyciskając dłoń do twarzy i starając się zasłonić podbite oko. Nie miało to sensu na dłuższą metę, w końcu Wellinger nie był ślepy i na pewno lada chwila zauważy siniaka, chciała jednak odwlec ten moment jak tylko się dało. Zacisnęła powieki, w duchu modląc się, by nie podchodził za blisko, ale po raz kolejny przekonała się, że jej modlitwy na zbyt wiele się nie zdają. Już po chwili Andreas znajdował się tuż za jej plecami i objąwszy ją od tyłu ramionami, oparł podbródek na jej barku.
-O której wczoraj wróciłaś? - spytał, muskając wargami jej ucho i wywołując u niej silne dreszcze. Przełknęła ślinę i spróbowała odsunąć go od siebie.
-Po północy – mruknęła, a gdy Wellinger w końcu ją puścił, szybko wstała z krzesła i przeszła do salonu. Spodziewała się, że pójdzie za nią i nie pomyliła się.
-Coś jest nie tak?
Odwróciła się ku niemu tylko nieznacznie, tak by widział jej profil i to nie ten, który zdobił obrzydliwy siniak. Wtedy też wysiliła się na uśmiech i mruknęła:
-W porządku, nie wyspałam się...
Wiedziała, że jej nie uwierzy. Wiedziała, że nie da się już bardziej tego odwlekać.
Więc kiedy podążył w jej stronę, nie ruszyła się z miejsca. Kiedy odwrócił ją ku sobie, nie zaprotestowała. A kiedy na jego twarzy odmalowało się oszołomienie, uśmiechnęła się z lekką kpiną.
-Co to jest?
To pytanie wyzwoliło w niej złość, wywróciła oczami i westchnęła głośno, po czym z najwyższą pogardą odparła:
-A na co Ci to wygląda?
Pokręcił tylko głową i wreszcie zapanował nad chwilowym szokiem, a wtedy wbił w nią chłodne spojrzenie i powiedział:
-Powiedz mi prawdę.
Czy miała jakiś wybór? Może tak, ale nie chciało jej się wykręcać i go zbywać. Potrzebowała go, potrzebowała jego pomocy. Bardziej niż sądziła wcześniej i w końcu zdobyła się na to, by powiedzieć to na głos.
-Potrzebuję Cię.
A po tym wyznaniu, wypłynął z niej prawdziwy wodospad słów. Opisała mu wszystko to, co się wczoraj wydarzyło, podkreślając, że napastnik na pewno nie żartował i że jeśli nie przyniesie mu tych pieniędzy, to będzie musiała się liczyć z poważnymi konsekwencjami.
Wysłuchał jej cierpliwie, nie przerywając ani jeden raz. Gdy skończyła, przez chwilę milczał, aż w końcu odezwał się:
-Według mnie mamy tylko jedno wyjście. Trzeba to po prostu zgłosić na policję.
I właśnie tego się obawiała.
Bo to był Wellinger. Który nigdy nawet nie wąchał innego świata niż ten, w którym żył. Który wszystko zawierzyłby w ręce służb, bez wahania i bez zastanowienia. Który nie rozumiał, że czasem takie rzeczy po prostu trzeba było załatwić samemu.
Ona to rozumiała, bo wychowała się z matką-alkoholiczką, a jej ojciec był narkomanem.
I Karl … on też by zrozumiał.
Tylko, że Karl z nią nie rozmawiał.
Zabolało ją serce, więc szybko odsunęła od siebie myśli o bracie i skupiła się na Wellingerze.
-Wykluczone – powiedziała stanowczo. Otworzył usta, ale pokręciła głową i tonem nieznoszącym sprzeciwu, dodała: - Nawet o tym nie myśl, Wellinger. Choćbym miała ukraść te pieniądze, zrobię to. Ale żadnej policji, jasne?
Oczekiwała, że zacznie się z nią kłócić albo przynajmniej będzie chciał ją przekonać, żeby zmieniła zdanie czy zastanowiła się jeszcze.
Właśnie dlatego znów ją zaskoczył.
Podszedł bliżej niej i wyciągnął rękę, po czym przesunął delikatnie palcami po siniaku, zdobiącym jej policzek. Syknęła z bólu, mimo że wcale nie włożył w to siły, a on wtedy szybko zabrał rękę.
-Eh, chodź, trzeba przyłożyć lodu do tego sińca – stwierdził i natychmiast przeszedł do kuchni.
Izzy poszła za nim, choć wiedziała, że to bezcelowe.
-Już sama na to wpadłam, ale nie ma lodu – zaczęła, jednak on jej nie słuchał. Zaczął przeszukiwać zamrażarkę, jakby spodziewał się, że w ciągu tych parunastu minut ich rozmowy jakimś magicznym sposobem pojawiła się tam torebka lodu. Przekopał wszystko i już miał się poddać, gdy natrafił na świetne zastępstwo.
Izzy prawie padła z wrażenia, gdy zobaczyła jak Andreas wyciąga z zamrażarki paczkę frytek.
-Idealne – uznał z szerokim uśmiechem, na co ona prychnęła pogardliwie.
-Zwariowałeś.
Nie przejął się jej ironią, tylko podszedł bliżej i delikatnie przyłożył jej paczkę do oka. W pierwszym odruchu chciała się odsunąć, gdy zimno bijące od opakowania zmroziło jej skórę, szybko jednak przekonała się, że chłopak ma rację.
Sekundę później wyrwała mu paczkę z ręki i mocniej przycisnęła ją do policzka, wzdychając z ulgą.
-I niech mi ktoś powie, że nie jestem genialny – mruknął pod nosem Wellinger, sprawiając, że zaśmiała się głośno.
Humor jej się poprawił, teraz gdy już miała jego oparcie, czuła, że wszystko będzie dobrze.
I nie miała wtedy pojęcia, bo przecież nie mogła mieć, że on wcale nie odpuścił.
Tak naprawdę nie zamierzał jej posłuchać, tylko załatwić to po swojemu. Tak jak zrobiłby to chłopiec z dobrego domu, ufający w takich sprawach wszystkim, tylko nie samemu sobie.
Nie zdający sobie sprawy z tego, że może doprowadzić do tragedii...

Następny tydzień minął jej w nerwowej, gorączkowej atmosferze.
Kręciła się po mieszkaniu, obgryzając paznokcie, niezdolna do myślenia o czymś innym niż zbliżająca się nieubłaganie sobota. Karl jak zwykle ją ignorował, za to Andreas, choć nie poruszał bezpośrednio tego tematu, rzucał jej całe multum znaczących spojrzeń, które jeszcze bardziej ją stresowały. Dni mijały, a ona nie miała żadnego planu.
Nie miała nawet tej potrzebnej sumy pieniędzy.
Nie miała nic.
Zdawała sobie sprawę z tego, że nie poradzi sobie sama, że potrzebuje wsparcia Wellingera. Zdawała sobie też sprawę z tego, że i on o tym wie i tylko czeka aż dziewczyna w końcu zwróci się do niego o pomoc.
I rzeczywiście, zwróciła się, tego samego dnia, w którym minął tydzień, jaki dostała na zjawienie się w tamtym zaułku z pieniędzmi. Zrezygnowana i wykończona nękaniem samej siebie obrazami nadchodzącej przyszłości zaczekała aż Andreas wróci z popołudniowego spaceru z Julie i od razu rozpoczęła rozmowę.
-Musisz mi pomóc.
Położył małą do łóżeczka, nakrył kocykiem i poprawił jej poduszkę, po czym odczekał chwilę, by upewnić się, że śpi. I dopiero wtedy spojrzał na Izzy, z lekkim zaskoczeniem, ale też … satysfakcją?
Nie zastanawiała się nad tym, przeszła od razu do sedna.
-Nie dam sobie rady sama. Za parę godzin powinnam pojawić się w umówionym miejscu z tysiącem euro w kieszeni. Tysiącem, którego nie mam, rozumiesz?
Pokiwał głową.
-Rozumiem – odpowiedział spokojnie, prawie bez żadnych uczuć. Czekała aż coś jeszcze doda, ale on milczał, więc podjęła na nowo rozpoczęty wątek.
-Gdybym miała więcej czasu, może nazbierałabym tyle, ale nie mam tego czasu. Nie dam rady.
Znów tylko pokiwał głową, a ona poczuła jak zaczyna wzbierać w niej złość. I co, tylko tyle? Nie zamierzał nawet nic powiedzieć, a jedynie tak stać i machać łbem?
Zacisnęła wargi, a on musiał zauważyć, że wytrącił ją z równowagi, bo westchnął cicho, po czym przeszedł się po pokoju i sięgnął po leżący na łóżku portfel. Izzy patrzyła jak otwiera go, a potem wydobywa z niego plik banknotów. Gdy wyciągnął je w jej stronę, przez długą chwilę tylko stała oszołomiona. W końcu przyjęła od niego pieniądze i przeliczyła je szybko.
Okrągły tysiąc.
Podniosła na Andreasa oniemiałe spojrzenie, a on uśmiechnął się z lekką kpiną.
-To chyba rozwiązuje wszystkie Twoje problemy, co? - mruknął, a w jego głosie zabrzmiała ironia. Izzy pokręciła tylko głową i nic nie powiedziała.
Pewnie wypłacił je z konta. Swojego konta. Swoje pieniądze, których wcale nie musiał jej dawać. Pewnie zrobił to dzisiaj albo na przestrzeni ostatniego tygodnia. Nieważne kiedy.
Liczył się sam gest, fakt, że gdy ona tylko się zamartwiała, on podjął konkretne działania. I to takie, które sprawiły, że w końcu, po raz pierwszy od bardzo dawna Izzy poczuła rozluźnienie.
Zrobiło jej się lżej na sercu. Odetchnęła i powoli uśmiechnęła się, co jeszcze parę minut temu graniczyłoby z cudem.
A potem podeszła bliżej niego i przylgnęła mocno do jego piersi, chcąc mu w ten sposób okazać swoją wdzięczność za to, co zrobił.
-Dziękuję – szepnęła, gdy objął ją ramionami, trochę zaskoczony.
-Przecież bym Cię nie zostawił – mruknął w jej włosy, a ona uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Chwilę milczeli, przytuleni do siebie, aż w końcu Andreas znów się odezwał, wypowiadając słowa, które zburzyły wszystko: - I potem też Cię nie zostawię. Pójdziemy tam razem.
Odsunęła się od niego gwałtownie i równie gwałtownie pokręciła głową.
-Nie – oznajmiła stanowczo, na co on westchnął i wywrócił oczami. Zaczął już otwierać usta, ale Izzy wyciągnęła w jego stronę palec wskazujący, który dał mu do zrozumienia, że ma milczeć i powtórzyła: - Nie. Pójdę tam sama, nie będziesz się w to już więcej mieszał.
-Dobrze – odpowiedział spokojnie, jednak gdy przyjrzała mu się uważniej, dostrzegła, że zadrżały mu kąciki warg. Nie traktował jej poważnie. Nie chciał się kłócić, ale koniec końców i tak zamierzał postawić na swoim – Będzie jak chcesz – dodał jeszcze takim tonem, który ostatecznie przekonał ją, że chłopak nie mówi serio.
-Andreas – zaczęła, gotowa sprzeczać się z nim przez następne parę godzin, ale on zbliżył się znów do niej, kręcąc głową.
-Daj spokój, Iz.
Oparł dłonie na jej talii, przyciągając ją do siebie, a ona zadrżała niekontrolowanie, gdy złożył delikatny pocałunek na jej odsłoniętej szyi. Westchnęła i mruknęła coś pod nosem.
-Przestań o tym myśleć, chociaż przez chwilę.
Całował teraz jej szyję, jednocześnie przesuwając dłońmi po jej nagim brzuchu, pod koszulką. Przesunął ją nieco do tyłu, a ona nie zrozumiała o co mu chodzi, aż do chwili, w której uderzyła nogami o coś twardego i straciwszy równowagę upadła prosto na łóżko.
-Ale – spróbowała jeszcze, jednak on wtedy usiadł obok niej i pocałował ją w usta, uniemożliwiając jej mówienie.
Jeszcze przez chwilę próbowała walczyć, powtórzyć mu twardo, że nigdzie z nią nie pójdzie, że jest dużą dziewczynką i da sobie radę sama.
Zrozumiała jednak, że nie ma to sensu.
I w końcu odpuściła.
Przestała protestować, przestała się opierać.
Zamiast tego poddała mu się całkowicie, nie zdając sobie wtedy sprawy z tego, że to był ich ostatni raz.



Słońce zachodziło powoli, barwiąc niebo na krwistoczerwony kolor i wypełniając cały pokój rdzawą poświatą. Izzy leżała na boku, wsparta na łokciu, obserwując to piękne zjawisko, pełna dziwnego spokoju, którego w ogóle nie powinna była teraz odczuwać. Dzień chylił się ku końcowi, robiło się coraz później. Zerknęła na zegarek; dochodziła ósma.
Najwyższy czas.
Zerknęła sobie przez ramię, a gdy jej spojrzenie spoczęło na śpiącym Wellingerze, uśmiechnęła się mimowolnie i przez chwilę trwała w tej pozycji, nie potrafiąc oderwać od niego wzroku. Miała ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć jego włosów, przeczesać je palcami, pogłaskać go po policzku i obrysować kontur ust. Chciała, żeby się obudził, przyłapał ją na gorącym uczynku i obrzucił tym swoim pogardliwym spojrzeniem. A potem zaczęliby się przekomarzać tak jak zawsze i zrobiłoby jej się lekko na sercu.
Niestety, to były tylko utopijne marzenia.
Nie mogła go budzić. Właśnie teraz, kiedy spał, pojawiła się szansa, by wymknąć się niepostrzeżenie z mieszkania, bez strachu, że on pójdzie za nią.
Odrzuciła kołdrę na bok i sięgnęła po swoje ubrania. Ubierała się szybko, ale jak najciszej mogła, regularnie rzucając krótkie spojrzenia na Andreasa, by upewnić się, że nadal śpi. Wciągnęła bluzę przez głowę, upewniła się, że ma w kieszeni dżinsów odpowiednią sumę pieniędzy i na palcach przeszła obok łóżka.
Nacisnęła na klamkę, a jej serce na moment stanęło, gdy drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Kolejne wystraszone spojrzenie, po którym wyślizgnęła się na korytarz. Włożyła szybko buty, a kurtkę złapała do ręki i nie zakładając jej na siebie, wyszła na klatkę.
Dopiero, gdy znalazła się za drzwiami wyjściowymi pozwoliła sobie na głęboki, uspokajający oddech.
Dasz sobie radę, Izzy – pomyślała, próbując dodać sobie otuchy.
A gdy zbiegała po schodach, w jej głowie zaświtała jeszcze jedna myśl.
Przepraszam, Andreas.



Obudził się tak jak człowiek budzi się w leniwy, sobotni poranek.
Tyle, że teraz to nie był poranek. To był wieczór, późny wieczór, o czym świadczyło ciemniejące za oknem niebo i jego lekka dezorientacja, która nie pojawiała się nigdy po całkowicie przespanej nocy.
Mruknął coś pod nosem, po czym wyciągnął rękę i sięgnął nią do szafki nocnej. Szukając na oślep telefonu, zrzucił na ziemię jakąś książkę, ale w końcu znalazł, a wtedy zerknął na białe cyferki wyświetlone na ekranie.
Sekundę później poderwał się gwałtownie do pozycji siedzącej.
21:13?!
Ubierał się pośpiesznie, klnąc pod nosem, a w jego głowie szalała burza myśli. Z jednej strony wymyślał najgorsze obelgi pod adresem Izzy, z drugiej wariował z niepokoju o nią, a jeszcze z trzeciej gorączkowo próbował obliczyć jaką mogła mieć nad nim przewagę czasową i czy miał jeszcze jakąś szansę, by znaleźć się przy niej nim dojdzie do jej spotkania z tamtymi dilerami.
W końcu przestał myśleć. Zabrał telefon i rzucił się do drzwi, ale nim zdążył nacisnąć na klamkę, czyiś głos zatrzymał go w miejscu:
-Gdzie Ty idziesz o tej porze?
Odwrócił się i zobaczył Karla, stojącego przed nim z podejrzliwą miną. Nie było czasu na wyjaśnienia, liczyła się każda sekunda. Dlatego Andreas tylko pokręcił głową i nie odpowiadając na pytanie, wybiegł z mieszkania. Gdy zbiegał po schodach, słyszał za sobą nawoływania zdezorientowanego Karla, ale zignorował je.
Potrafił myśleć tylko o Izzy i o tym jak cholernie się o nią bał.
Pierwszy raz w życiu nie przejmował się samym sobą, wbrew swojej typowo egoistycznej naturze.
Pierwszy.
I ostatni.



Gdy dotarła na miejsce, było wpół do dziewiątej i zaczynało się robić naprawdę nieprzyzwoicie zimno. Izzy oparła się o kamienną ścianę, prowadzącą do zaułka, w którym ostatnio rozmawiała ze znajomymi Millie i odetchnęła głęboko, wypuszczając z ust obłoczek pary. Wcisnęła mocno dłonie w kieszenie kurtki i skuliła się w sobie, próbując zachować jak najwięcej ciepła. Zdawała sobie sprawę, że przyszła za szybko, że o tej porze po mieście kręci się zbyt wielu ludzi. Niby miała po prostu przekazać tym facetom kasę i odejść, a jednak była pewna, że oni będą chcieli zachować najwyższe środki ostrożności.
I najwyraźniej się nie pomyliła, bo póki co nie było po nich nawet śladu.
Czekanie dłużyło jej się niemiłosiernie. Dla zabicia czasu zaczęła krążyć wzdłuż ściany, jednocześnie walcząc z nerwami i cały czas zaciskając palce prawej ręki na spoczywającym w kieszeni spodni pliku pieniędzy.
Bała się.
I to jak cholernie.
Żałowała, że Wellingera nie ma teraz przy niej.
I to jak cholernie.
Z drugiej strony przecież doskonale wiedziała, że dla niego to dobrze. Nic mu przynajmniej nie groziło. Jej niby też nie – ostatecznie przyszła tu i przyniosła kasę, nie było więc powodu, by robić jej krzywdę.
Przezorność jednak wygrała i Izzy czuła się spokojniejsza, wiedząc, że Andreas śpi sobie teraz spokojnie w łóżku.
Jak bardzo się myliła.
Zapadł już zmierzch; spojrzała po raz chyba setny na zegarek i ujrzała, że jest pięć po dziewiątej.
No gdzie oni byli, do cholery?!
Zniecierpliwienie sprawiło, że ogarnęła ją złość, złość silniejsza od strachu, która momentalnie go wyparła. Prychnęła i właśnie pomyślała sobie, że jeśli nikt się nie pojawi w ciągu następnego kwadransa, to ona wraca do mieszkania, gdy ktoś położył jej dłoń na ramieniu.
Podskoczyła jak oparzona i odwróciła się gwałtownie, a wtedy stanęła twarzą w twarz ze swoim napastnikiem sprzed tygodnia.
-Cieszę się, że Cię widzę, Iz – powiedział, uśmiechając się do niej. Uniosła głowę i za jego plecami ujrzała resztę kumpli Millie. Trzech, tych samych co ostatnio. Przełknęła ślinę i rozejrzała się na boki.
-Nie mogę powiedzieć tego samego – odszczeknęła się, ale on tylko się zaśmiał i pokręcił głową.
-Taka podobna do ojca...
-Do rzeczy – warknęła, odsuwając się od niego i przybierając twardy wyraz twarzy – Przyniosłam kasę. Załatwmy to szybko.
-Słoneczko, mi się nigdzie nie śpieszy, naprawdę …
-Skończ pieprzyć! Nie mam ochoty oglądać Twojej paskudnej mordy ani sekundy dłużej niż to konieczne.
Jego oczy rozbłysły na moment i serce Izzy ścisnęło się ze strachu, gdy uświadomiła sobie, że chyba przegięła. Skuliła się w sobie, oczekując ciosu, który byłby karą za zuchwalstwo, ale żaden cios na nią nie spadł.
Otrzymała tylko kolejny, szeroki uśmiech, który kompletnie ją rozjuszył. Sięgnęła do kieszeni i wydobyła z niej pieniądze, po czym wyciągnęła ku niemu rękę z zaciśniętą w dłoń pięścią.
-Bierz.
Przez długi czas mierzyli się spojrzeniami; Izzy zadbała o to, by nie mrugnąć, choć powoli do oczu zaczynały jej napływać łzy. I gdy w końcu mężczyzna podjął decyzję i wyciągnął rękę w stronę jej ręki, stało się coś, co zaszokowało wszystkich.
-Nie robiłbym tego na Twoim miejscu – rzucił czyjś beztroski i spokojny głos, tak znajomy, że pod Izzy ugięły się nogi.
A gdy spojrzała w kierunku, z którego ten głos dobiegł i na własne oczy ujrzała dowód na to, że słuch jej nie zwiódł, miała ochotę zwymiotować.
Stał tam. Nieco z boku, oddalony o parę metrów, jednak poza zasięgiem wzroku przechodniów.
Wellinger we własnej osobie.
Patrzyła na niego w milczeniu, chociaż w środku krzyczała i błagała go, by stąd odszedł. Jak najszybciej albo przynajmniej nie zrobił niczego głupiego.
Ale przecież to był Wellinger. On zawsze robił same głupie rzeczy.
Często się z tego śmiała. Jednak teraz ani trochę nie było jej do śmiechu.
-Idź stąd – syknęła, wbijając w niego twarde spojrzenie. Ale on nie zwrócił na nią żadnej uwagi, patrzył cały czas na mężczyznę, stojącego naprzeciwko niej z wyciągniętą ręką, gotowego na przyjęcie pieniędzy.
-Sprowadziłaś sobie koleżkę, tak? - mruknął jej napastnik, zaglądając Izzy prosto w oczy. Pokręciła gwałtownie głową.
-Nie, przysięgam.
-Kłamiesz.
Szarpnął ją za rękę, przymknęła oczy, przekonana, że tym razem na pewno ją uderzy. Ale on tylko rozprostował jej palce, wyjął jej zwitek banknotów i wsunął do kieszeni.
-Jesteśmy kwita – mruknęła cicho. A teraz już sobie stąd idźcie i zostawcie nas w spokoju, dodała sobie w myślach. Nie mogła nie odczuć ulgi, zwłaszcza po tych długich chwilach, gdy paraliżował ją strach. I prawie się uśmiechnęła, kiedy jej napastnik odwrócił się do swoich kumpli i mruknął:
-Zwijamy się zanim jakieś psy nas wywęszą.
-Trochę za późno – stwierdził Andreas ze swoim zwyczajowym kpiącym uśmieszkiem, a jego słowa pokryły się z sygnałem policyjnej syreny, który zabrzmiał gdzieś w oddali.
Sekundę później Izzy wszystko zrozumiała.
Zrobił to. Naprawdę wezwał policję.
Co za idiota...
Ściągnęła na siebie jego spojrzenie i w ten niewerbalny sposób przekazała mu wszystko, co o nim teraz myślała.
Nieodpowiedzialny dupku, jak mogłeś to wszystko tak spieprzyć, skoro świetnie sobie radziłam?
Musiał odczytać poprawnie to spojrzenie, bo pokręcił tylko głową, nie porzucając pełnego satysfakcji uśmiechu.
Chciała mu go usunąć z twarzy, przywalić, warknąć, że nie miał prawa się wpierniczać.
Nie zdążyła tego jednak zrobić. Uśmiech Andreasa znikł, ale nie za sprawą Izzy.
Uśmiech znikł, gdy jeden z mężczyzn wydobył pistolet i wycelował go prosto w jego pierś.
A potem pociągnął za spust.
Czas zwolnił.
Otworzyła usta, ale z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Próbowała się poruszyć, jednak jej ciało zaprotestowało, jakby stopy wrosły jej w podłogę. Mogła tylko stać, otępiała z szoku i strachu, stać i patrzeć jak kula dociera do celu, jak Wellinger chwieje się, a jego kurtka natychmiast barwi się na krwistoczerwony kolor.
Mogła tylko stać, podczas gdy on upadł na kolana, jedną ręką opierając się o ziemię, a drugą przyciskając do piersi.
Widziała jak po chwili odrywa tę dłoń od rany i widziała, że jego skóra poczerwieniała.
Strach sprawił, że przez jej brzuch przetoczyła się gwałtowna fala mdłości.
Nawet teraz nie mogła się poruszyć, nawet teraz nie była w stanie podejść do niego i pomóc mu.
Może po prostu za dobrze wiedziała, że jemu się już nie da pomóc.

Witam, po baaaardzo długiej przerwie. Rozwodzić się tu nie będę nad przyczynami, bo nikogo to nie obchodzi. Po prostu dziękuję tym, którzy pytali kiedy wrócę, pisali, że tęsknią itd. itp. To cholernie miłe i nawet nie wiecie ile dla mnie znaczy. Mam nadzieję, że będziecie zadowolone z tego rozdziału i paru następnych. W końcu to wszystko dla Was.
No i Wesołych Świąt Wam życzę :)

20 komentarzy:

  1. Eh, wiesz jak Izzy kopnęła w lodówkę i zaczęła ją boleć stopa, to mi się przypomniał tamten dzień, kiedy ja kopnęłam w szafkę? Kurczę, ja już nie pamiętam czemu to zrobiłam, ale sam fakt w głowie pozostał.

    "Lepszy on niż Karl" - długo jej zeszło zanim do tego doszła do takiego wniosku. Ale dobrze, że jest tego świadoma. Mam mordercze instynkty jak tylko jego imię pojawia się w moim polu widzenia.

    Tylko że zaraz potem Welli objął ją od tyłu, oparł podbródek na jej barku i musnął wargami jej ucho. I tutaj zamordować mogę tylko Ciebie za to, że tak sugestywnie stworzyłaś tę scenę, mój geniuszu. Tak, moja chora wyobraźnia zadziałała po tym opisie, jakbyś chciała wiedzieć.

    Izzy potrzebująca Welliego.

    Izzy, którą zabolało serce na samo wspomnienie Karla! Zabiję skurwysyna, no zabiję!

    No ale wtedy wkroczył Welli z paczką frytek i przekonaniem, że jest genialny. No jest, jest, ale nie bardziej niż Ty, mój mistrzu, serwujący mi tą huśtawkę nastrojów.

    Nie odpuści. Chłopiec z dobrego domu. I znowu strach, a po sekundzie śmiech. Jesteś niesamowita, miśku.

    "Nie zamierzał nawet nic powiedzieć, a jedynie tak stać i machać łbem?" - Izzy jest taka kochana jak się złości, nic dziwnego, że Welliśka to kręci.

    I ta cholerna upartość Pieszczoszka... ma rację, ale nie wie w co się pakuje. Swoją drogą, bardzo łatwo odwrócić uwagę Izzy. ^^

    No dobrze, ta powyższa część komentarza została napisana jakoś na przełomie stycznia i lutego, a jak sama dobrze wiesz, wtedy nie znałam ostatniego fragmentu, więc te brednie mogą się wydawać trochę nie na miejscu...

    I generalnie to ja już chyba wyszłam z wprawy w pisaniu czegokolwiek, chyba nie powinnam nawet próbować dokończyć tego mini-eposu, no ale...

    Wiesz, fakt faktem, miałam świadomość tego co się wydarzy, tak samo jak tego, co będzie dalej, a jednak... Po tym bardzo długim czasie, kiedy zdecydowałaś się to dokończyć, uderzyło we mnie jak bardzo mi tego brakuje... Uderz mnie.

    Uderzyło we mnie to, jak bardzo genialna jesteś. Jak potrafisz zobrazować sytuacje i wyciągać z nich to co najważniejsze. I jak nadajesz temu wszystkiemu życie.

    Generalnie to mogę po prostu przed Tobą klęczeć, no wiadomo.

    Choć wiesz, ja to ostatnio przemyślałam i to pierwsze zakończenie było bardziej w moim stylu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Boże, Welli. A Izzy cię prosiła, żebyś odpuścił. Ale nie, ty musiałeś. I co teraz z tego masz? Nic dobrego.
    Dobrze, że wróciłaś. <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Żeby nic jemu się nie stało ! Musi on żyć !
    Takie emocje, że prawie co się nie rozpłakałam przed ekranem :(
    Dobrze że jesteś już z nami :)
    Pozdrawiam i czekam na koleejny ! :)
    Również wesołych świąt ! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że wróciłaś :) Kiedy zobaczyłam, że wstawiłaś nowy rozdział to banan pojawił mi się na twarzy. Aż mama zapytała 'co ci tak wesoło?'
    Ale wracając do rozdziału kompletnie mnie zatkało, zwłaszcza ta końcówka. Jak to Welli nie będzie żył?! Odkręć to jakoś plis. Kto się będzie kłócił z Izzy, jak jego nie będzie?
    A tak na marginesie to popsułaś mi dzisiaj humor uśmiercając Wellingera :P Mam nadzieję, że na następny nie będę długo czekała i nie będziesz tak trzymać w niepewności :)
    Buziaki ;***

    OdpowiedzUsuń
  5. Przybywa Madzia z komentarzem!

    Choć nie obiecuję jego świetnej jakości, ponieważ kiedy ja ostatnio u kogoś go dodawałam... ba! kiedy ja ostatnio pisałam cokolwiek...
    No ale tu jest kompletnie inna sytuacja, ja muszę powiedzieć, co sądzę, choć prawie cały ten rozdział czytałam już daaaaaaawno daaawwwno temu i Ty złoteńko znasz przecież moją reakcję na to i na to, co tam jest później.

    Także Boże.
    Jak to dobrze, że już jesteś, kochanie. Jak mi cholernie brakowało tego stylu, jak mi Ciebie brakowało ogólnie. I Iż, i Wellingera i Karla i wszystkiego. Nie myślałam, że można tak tęsknić. A ja właśnie tęskniłam za tą powalającą prostotą w formie przekazu, która - już od początku, kiedy tylko zaczęłam czytać Twoje rzeczy - ujęła mnie za serce.

    Tak nawiasem mówiąc przypomniało mi się, jak wyznałam Ci, iż na początku byłaś dla mnie takim autorytetem, że aż się Ciebie, kochanie bałam :D Hhaha :D No cóż, takie sytuacje to tylko ze mną chyba :D

    Dobra, do sedna Madziula, do sedna.

    Wellinger, durny ośli łbie zakłuty! Po co ta policja?! Toć to głupek. On nie myślał. Absolutnie nie włączył mózgu. Mam ochotę pokroić go na kawałki własnymi paznokciami. Ja rozumiem, iż chciał chronić Iz, ja rozumiem, że - być może - chciał też odzyskać swoją własną kasę, no bo przecież pieniądze to z nieba nie spadają jak w "Mistrzu i Małgorzacie". Tak, to zrozumiałe. Ale no litości! Toć trzeba mieć minimalne pokłady zdrowego rozsądku, by wykombinować, że taki potencjalny bandzior i mafioza to może mieć broń. A gdyby on tak strzelił w Izzy? O tym szanowny Księciulek (wybacz, kochanie, to już przyzwyczajenie i dokładnie wiesz dlaczego) nie pomyślał? Wtedy na nic by były wszystkie próby zbawiania świata. No przepraszam, Wellinger, ale musiałam cię opierdolić, bo twoje zachowanie słodziaku mój najdroższy było po prosto irracjonalne.

    A teraz to ja idę płakać, to też wiesz dlaczego. Zbyt go kocham, by czytać takie nasączone emocjami sceny, bo dostaję zawały serca tak jak wtedy, kiedy on bezwładnie po tym zeskoku leciaaał i leciaaał....

    Nie, to zbyt wiele dla mojej psychiki na chwilę obecną.

    Ale Boziu, jak mi Ciebie Sylwia brakowało! Masakra jakaś, choć nie myśl ty sobie, że ja o tym uduszeniu to już zapomniałam! O niee... Madzia pamięta i przy okazji wykorzysta! Niemniej przecież Cię kocham tak mocno, iż te moje mordercze zamiary to nie mają już kompletnie żadnego znaczenia.

    No.
    Także ten tego.
    Wesołych Świąt, choć jestem przekonana, że odpowiedniego dnia dostaniesz ode mnie jeszcze obszerniejsze życzenia :D

    Buziaki, kochanie! :*
    Z miłością <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie no i mi też właśnie ten Welliś na zeskoku przed oczy wrócił:(
    Ale zanim ja zacznę buczeć na traktowanie go już nie w Kussamo, ale tutaj to muszę się ucieszyć. Że tu wróciłaś i że skończysz nam to cudo tak jak obiecałaś. Bo miło, że przynajmniej tak czasem wraca to na co się tak bardzo czeka;)

    To było perfekcyjne. Przeplecenie się tej radości i smutku. Tej najcudniejszej z cudnych sceny z frytkami, która nasunęła tylko myśl pod tytułem: "ejjj no, czemu taki jakis pan nie jest mój", z koszmarem, jakiego nie da się sobie w najgłębszych snach wyobrazić. Ale takie właśnie jest życie, prawda?

    Nawiasem, dyskutowałyśmy dawno, dawno temu w komentarzach komu się tytuł "wrednej pisarki" nalezy. No to chyba sprawa się właśnie przesądziła co? Albo raczej na pewno. Ale i tak to będzie jedno z moich ukochanych opowiadań na zawsze. Nawet gdybyś wskrzeszała Andiego i zabijała powtórnie jeszcze z trzy razy.

    Do rzeczy...

    Kochałam to, jak on się zmienił nie zmieniając. Jak został tym beszczelnym, przekonanym o własnej cudowności Wellim, jednocześnie ucząc się... kochać? Kochać Julcię na pewno, a Izzy? Ją chyba też, po mału, nie docierało to jeszcze do niego, ale nawet ta ich "scena" różniła się od swojej świątecznej poprzedniczki. Jeszcze więcej było w niej tego naelektryzowania, mniej rozsądku, jeszcze bardziej miałam ochotę to czytać i czytać bez końca( ale dobra, moja tępa wyobraźnia nikogo nie obchodzi:p). Izz też dała się na to. Bo przecież on zawsze tak robił. Zamykał jej usta pocałunkiem, gdy się spierali. Aby wyszło już tylko na jego.

    Udawał twardego gwiazdora, a chyba ta cała tragedia pokazuje jakim był chłopcem. Nie chciał zostawić Izz, choć typuję, że te zwierzęta nic by jej nie zrobiły. To nie byli ludzie, chcieli pieniędzy, raczej nie wyroku za morderstwo. Nie ważne.. Ale on planował ją uratować, tak aby zawdzięczała to tylko jemu. Liczył że policja zamknie tych dupkow, a oni będą sobie żyć jak w bajce. Kochany, głupiutki, malutki Welliś<3

    Zapomnieli się ostatni raz.
    Poleciał za kimś innym ostatni raz.
    Nie zostawiłaś nam resztek nadziei, prawda? Nie no, chyba już wcześniej można się było tego spodziewać, ale wiesz, że ja taka niezbyt logiczna czy tam inteligentna jestem i gdyby nie to słówko "ostatni" to i tak bym na żywego, całego Andreasa liczyła.

    Dobra, menancholia, melancholia i.smęcenie, a ja się tu cieszyć powinnam.

    Więc bądź pewna, że ja się bardzo, bardzo cieszę. Kocham Cię, kocham historie, w których łączysz wszystko, wszyściutko i którymi tak wypełniasz mój czas<3
    I aż się wrócić do tej blogosfery chce.
    No. Także wesołych świąt Skarbie i niech Ci się marzenia wszystkie spełnią

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie da się zaprzeczyć, że wróciłaś z hukiem. Myślałam, że jak umarła Mille to już wyczerpał się limit umierania, ale nie. Na początku byłam zła, ale teraz to jestem tylko ciekawa. Słowa "ostatni" użyłaś tyle razy, że chyba nie można liczyć, że Andreas przeżyje, tym bardziej mnie zastanawia jak poprowadzisz akcję dalej.

    Ale i tak najbardziej wkurzył mnie Karl. Bo ja rozumiem, że on przeżywa jakieś załamanie i w ogóle jest zły na siostrę, no ale kurczę. Nic a nic go Izz nie obchodzi już? Siostra ma siniaka na pół twarzy, a ten nawet nie zainteresował się? Brawo.

    Podsumowując, mimo tych wszystkich moich żalów, bardzo się cieszę, że wróciłaś. Czekam na ciąg dalszy! Wesołych świąt!!

    OdpowiedzUsuń
  8. Czy ty chcesz ? Nie nie nie zgadzam się....! Nie, wszystkie ostatnio lubicie mordować moich ulubionych bohaterów. Ale ty tego nie zrobisz tak? Proszę on musi żyć....
    A co do Karla, ja rozumiem złość, rozgoryczenie ale żeby nie zobaczyć siniaka na twój twarzy swojej siostry to trzeba być zimnym draniem. A on taki nie jest, wiem że tam w środku bije się z myślami.
    Kochana tak się ciesze że wróciłaś, uwielbiam to opowiadanie. Czekam na więcej i zapraszam do mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj dobrze, powiem to tylko raz: nie będzie tak źle jak myślicie. Serio ^^

      Usuń
  9. Ja Ci napiszę tylko tyle:
    Czekam, aż dodasz epilog, przy którym będę mogła wkleić Ci najdłuższy komentarz jakikolwiek komukolwiek napisałam. Zresztą Ty wiesz o czym mówię.
    I wiesz, co ja myślę o tym rozdziale. No i o pozostałych. I za żadne skarby świata nie pozwolę Ci mnie przekonać, że to cudo, które tutaj stworzyłaś jest słabe. Prędzej ślub z Manuelem wezmę XD

    Jeszcze przez Ciebie zupełnie się rozmarzam nad idealnym obrazem idealnego faceta, jakim jest Welli. Wiesz jak na mnie takie rzeczy działają.

    Idź sobie, Geniuszu <3

    OdpowiedzUsuń
  10. Osz, nagrodę za największe zaskoczenie tego dnia jak nie tygodnia zgarnia... Ladybug!! Serio, nie spodziewałam się, że wrócisz, a już na pewno nie, że teraz. Szczerze, jeszcze dzisiaj tu do ciebie zaglądałam, bo robiłam porządek w linkach u siebie i trochę żal mi się zrobiło tego opowiadania. Tak mimowolnie wybiegłam myślami ku tobie i zastanawiałam się, czy dasz nam szansę, aby poznać dalsze losy tych twoich bohaterów. Serio, nie spodziewałam się, że owszem, dasz, i to właśnie dzisiaj. Jestem bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczona! Spisałaś się, kochana na medal.
    No, ale dość tych hymnów pochwalnych - przejdźmy do rozdziału.
    Co prawda musiałam lekko odświeżyć pamięć, co też tam się działo, ale szybko to ogarnęłam i znów jestem na bieżąco.
    Biedna Izzy :( Dostała ładnego siniaka na pamiątkę, ale dobrze, że skończyło się to tylko w ten sposób, bo mogło dużo poważniej.
    Cóż, właściwie to sprawa jeszcze się nie skończyła. Dalej pozostawała kwestia tych pieniędzy. Millie dała jej piękny prezent - nie ma co. Sama uciekła przed problemami, ale nie pomyślała w jakiej sytuacji zostawia swoich bliskich i znajomych. Dobrze, że Izzy nie próbowała okłamywać Wellingera, tylko prosto z mostu powiedziała co i jak. Gdyby wszyscy ludzie tak postępowali świat byłby piękniejszy! Tylko że ta propozycja chłopaka nie była hmm... nie, nie rozsądna, bo rozsądna to ona na pewno była. Chodzi mi o to, że nie takiej reakcji pewnie oczekiwała Izzy. Chociaż nie. To też nie to.. Nie wiem jak to ująć. Po prostu dziewczyna ma rację - Andi nie wie ja się za bardzo zachować, bo nigdy nie przekroczył granicy. Ślepo wierzy w niejaką sprawiedliwość i praworządność. Oj, nie w tym świecie. Tylko że on nie odpuści, prawda? I tak zrobi tak jak to sobie zaplanował, wpędzając wszystkim w ogromne kłopoty... Eh, cały Wellinger. Te jego sposoby na przekonanie Izzy do swoich racji - w każdym innym momencie poparłabym całym sercem, ale teraz nie. Zwłaszcza, że zapewniasz, że to był ich ostatni raz... To trochę mnie niepokoi i boję się do czego zmierzasz, ale liczę, że jednak ich oszczędzisz. Zasługują na to!
    I nieee! Nie zgadzam się na to, słyszysz? Ani na śmierć Andiego, którego postrzelił ten typek, ani na śmierć Izzy, która w jakiś sposób będzie chciała go ratować. Nie godzę się na śmierć żadnej z porządnych postaci tego opowiadania. Tyle w tym temacie.
    Całość oczywiście boska i wprost nie mogę doczekać się na kolejny rozdział. Mam nadzieję, że pojawi się on znacznie szybciej niż ten, już bez jakiejś wielgachnej przerwy.
    A tak na koniec również życzę ci Wesołych Świąt. Dużo zdrowia, szczęścia, wszelkiej pomyślności i oczywiście weny, weny, weny, a także wolnego czasu, aby móc ją dobrze spożytkować.
    Pozdrawiam :*



    OdpowiedzUsuń
  11. Bój się Boga, gdzieś Ty była?
    Ile razy ja miałam ochotę do Ciebie napisać, ale za każdym razem powstrzymywała mnie myśl, że wyjdę na nachalną (tak, jestem strasznie przewrażliwiona na tym punkcie), więc uzbroiłam się w cierpliwość. No nieważne. Najważniejsze, że już jesteś :) Chociaż ja nie powiem żebym była zadowolona z tego co zrobiłaś. No bo Wellingerowi tak kulę w pierś wpakować? Czy on się nie dość nacierpiał w tym pieprzonym Kuusamo i potem na stole operacyjnym? Dobra, wiem, głupia ja, zaczynam komentować rozdział od ostatniej sceny, wybacz :)
    Wróćmy do początku. A tak się składa, że tutaj znajduję głównego winowajcę tego co się stało. Kto to taki? KARL! Nienawidzę go. Jakby się nie boczył na siostrę o coś czego nie zrobiła to to wszystko by się nie wydarzyło. Izzy zwierzyłaby się jemu, a nie Wellingerowi, a on zrozumiałby to lepiej niż ten głupek z dobrego domu. Taki ze mnie mistrz w myśleniu "a co by było gdyby" xd
    Dobra, nienawiść do Karla nienawiścią do Karla, nie będę nic ujmować z winy Wellingera. Co za debil, co za idiota, no jak można być takim młotem? Tyle kasy dostaje za te wszystkie konkursy, a 1000 euro mu szkoda? Musiał te gliny wzywać, musiał? Nie, nie musiał. Odrobiłby to w kolejnym konkursie i tyle. A Izzy na pewno kiedyś tam by go spłaciła jakby się uparła, jeśli już tak mu zależało na tym żeby te pieniądze odzyskać. Okej, wiem, że nie kierował się chęcią bogactwa tylko miłością do Izzy, ale chyba lepiej by zrobił jakby po prostu jej posłuchał. No ale po co ja się produkuję w ogóle. Andreas wie lepiej co robić, brawa dla tego pana!
    Okej, dosyć złości. Jakby tak wyciąć efekt tego wszystkiego to ten Andreas to jednak facet idealny jest (nie jest to oryginalne stwierdzenie, zdaję sobie z tego sprawę). Niby drań, ale jak trzeba to czuły i opiekuńczy. Niestety czasem aż za bardzo. Ech...Tak sobie myślę, że ta ostatnia scena to chyba miała pokazać nam, wszystkim naiwnym dziewczynkom, liczącym na to, że kiedyś spotkają takiego chłopaka, że raczej nie ma na to szans, bo ten gatunek wyginął.
    No. To by było na tyle. Zaraz złożę sobie pokłon, bo to jest najdłuższa rzecz jaką udało mi się ostatnio napisać. Ale najpierw to chyba ukłon należy się Tobie! Żeby tak znaleźć chęci po takiej długiej przerwie i jeszcze napisać taką perełkę. Czapki z głów! <3
    Mam nadzieję, że tym razem nie znikniesz na tak długo :) Cokolwiek się stało, trzymam kciuki żeby się ułożyło. No chyba, że już masz to za sobą, w takim razie się cieszę i czekam <3

    OdpowiedzUsuń
  12. Miałam napisać, jak bardzo się cieszę, że do nas wróciłaś i że ten rozdział to najpiękniejszy świąteczny prezent, jaki można sobie tylko wymarzyć, ale po przeczytaniu ostatniej sceny stwierdzam, że nie chcę takiego prezentu :c
    Także zaskoczyłaś podwójnie: pozytywnie - nowy rozdział, jupii, negatywnie - Wellinga zastrzelony.
    I ja naprawdę chciałabym wierzyć, że on jednak przeżyje, że stanie się jakiś cud, cokolwiek, ale tak jakoś nie umiem. Coś mi podpowiada, że to nie może się dobrze skończyć.
    Ale generalnie to fajnie, że jesteś z rozdziałem, który, mimo wszystko, jest naprawdę świetny!
    Wesołych!

    OdpowiedzUsuń
  13. Jejku! To miałbyc epilog a jednak nie! Strasznie sie cieszę... Ale z drugiej strony takie zakończenie? Czi Izzy zawsze musi cierpieć :( w miare okej sie układało. Jak Andreas umrze ona tez sie załamie. Strasznie przykre to.
    Ale cos tak wymyśliłas tak jest. Ogólnie to oczywiscie super rozdział i mogłabym tak same superlatywy wypisywać! Cieszę sie ze wrocilas i mam nadzieje ze wena cie nie opuści i często będziemy mogli czytać twoje opowiadania. Całuje mocno i Wesołych Swiat! :*

    OdpowiedzUsuń
  14. O jejku! Czytałam to wczoraj i dalej nie wiem jak i co tutaj napisać. Czekałam na Ciebie i Twój powrót tak długo a tu taka niespodzianka, no błagam :C Czytałam to z otwartymi ustami i od jakiejś połowy zastanawiąc się któremu coś się stanie. No i stało się, czemu Wellinger? :O
    Niemniej jednak rozdział jest na prawdę świetny, zresztą tak samo całe opowiadanie. Chyba je dzisiaj przeczytam od początku ;) Taka "słodka udręka" :D
    Czekam z niecierpliwością na nowość, ciesze się, że już je skończyłaś, to znaczy, że możemy się spodziewać już regularnych ostatnich rozdziałów? :)
    Wesołych Świąt!♥

    OdpowiedzUsuń
  15. AAAAAA <3 Wreszcie, wreszcie,wreszcie <3 <3 <3

    OdpowiedzUsuń
  16. Tak sie ciszę ze dodałas mowy rozdział. Czekam na kolejny <3

    OdpowiedzUsuń
  17. Odkryłam twoje boga wvozrak i przeczytałam wszystkie rozdziały.
    Chce powiedzieć, że masz bardzo bardzo wielki talent.
    Masz bardzo fajny styl pisania. Kocham go po prostu :*
    Sama tematyka cóż... Bardzo mi się podoba.
    Lubie takie opowiadania. Wellinger kocham go ;)
    To opowiadania jest naprawdę święte. I czytam ten rozdział i co... Jak to postrzelony? Nie umrze prawda?
    Czekam na następny rozdział z niecierpliwością.

    Pozdrawiam
    Anahi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przy okazji przepraszam i zapraszam :)
      http://obrane-cele.blogspot.com Moje pierwsze opowiadanie o skokach narciarski, a dokładnie o Wellingerze. Serdecznie zapraszam! Mam nadzieję, że zostawisz po sobie ślad.

      Usuń
  18. Z jednej strony bardzo się ucieszyłam, że wróciłaś, aczkolwiek z drugiej... nie chcę w to wierzyć. Welli nie może umrzeć, ani Izzy. Nikt nie może umrzeć :< Ja tak baardzo kocham happy endy, oni muszą być razem i wspólnie wychować małą Julie! Andreas w tym opowiadaniu po prostu skradł moje serce! To nie może się tak skończyć i wierzę w to, że postrzelenie nie będzie groźne i wyjdzie z tego.
    Pozdrawiam i czekam na następny :3

    OdpowiedzUsuń