W ciągu następnych trzech tygodni Izzy przeszła prawdziwą szkołę życia.
W
pierwszym tygodniu Wellinger regularnie wyrywał ją z łóżka i po
całej serii ciosów, jakie próbowała mu zadać, a na które
odpowiadał bez najmniejszych oporów, po głośnych okrzykach i
wyzywaniu siebie nawzajem, gdy zapewne obudzili wszystkich sąsiadów,
Izzy w końcu kapitulowała i wygrzebywała się z ciepłej pościeli.
A potem biegła zawsze parę metrów za Wellingerem, myśląc tylko o
tym, w jaki sposób znajdzie zgubione dużo wcześniej płuca i
narażona na kpiące uśmieszki chłopaka, gdy zatrzymywał się
wspaniałomyślnie co jakiś czas i czekał, aż ona się z nim
zrówna. Po powrocie do mieszkania, padała jak długa na łóżko i
marzyła tylko o tym, by umrzeć.
Drugi
tydzień był jedynie minimalnie lepszy, a w pewnym sensie nawet i
gorszy. Już nie dostawała zadyszki przy samej rozgrzewce, ale
wyłożyła się na najważniejszej rzeczy. Nie potrafiąc dłużej
wytrzymać, próbowała jakoś przemycić papierosy i zapalić choćby
tego jednego jedynego, jednak na jej nieszczęście Wellinger ją
nakrył. Izzy nie mogła zrozumieć czemu aż tak się zawziął;
jakby jej rzucenie palenia było jego osobistym sukcesem, ale
przypłaciła tę chwilę słabości bardzo srogo: następnego dnia
Andreas wyrwał ją z łóżka jeszcze wcześniej niż zwykle i kazał
jej biegać całą godzinę dłużej. Po czymś takim odechciało jej
się nie tylko papierosów, ale w ogóle jakichkolwiek czynności
życiowych.
A
potem przyszedł trzeci tydzień. Listopad robił się coraz
zimniejszy, a rano było zupełnie ciemno, jednak Izzy zacisnęła
zęby i w końcu zrozumiała, co to wszystko ma na celu. Budziła się
teraz odruchowo, jeszcze przed piątą, ubierała ekspresowo i to ona
czekała na Wellingera na klatce, wykorzystując te parę minut na
dodatkowe rozciągnięcie mięśni. Przestała wlec się za nim;
potrafiła dotrzymywać mu kroku, a gdy zaczynał rozmowę, nie
musiała się zatrzymywać, by odetchnąć i dopiero wtedy
odpowiedzieć. Uczyła się kontrolować pracę serca i płuc, uczyła
się właściwie oddychać i stawiać kroki, tak jak jej to
pokazywał.
A
co najważniejsze uczyła się czerpać z tego wszystkiego
przyjemność. Powoli stawało się to jej nowym nałogiem, jednak w
przeciwieństwie do papierosów, ten nałóg niósł ze sobą same
korzyści. Czuła się lepiej, znacznie lepiej.
I
przestała tęsknić za nikotyną, za tym choćby jednym
pociągnięciem, za które kiedyś oddałaby życie. Teraz biegała
codziennie, z Wellingerem czy bez, to nie miało dla niej znaczenia.
Ponieważ
pokochała to, całym sercem i już nie wyobrażała sobie bez tego
życia.
Wiedziała,
że Karl byłby z niej dumny.
Bo
ona była dumna sama z siebie. I to było najważniejsze.
Zdziwiła
się, gdy ujrzała go stojącego na klatce. Ostatnio rzadko się
zdarzało, by to on był pierwszy. Uśmiechnął się na widok jej
zdumionego spojrzenia i zbiegł od razu po schodach.
Tradycyjnie
skierowali się w stronę parku. Izzy biegła, całkowicie skupiona
na tej czynności, nie zwracając uwagi ani na Andreasa, ani na
innych ludzi, których było tutaj jednak jak na lekarstwo. Piąta
rano w listopadzie to nie była wymarzona pora na spacery.
Lubiła
to. To poczucie, że ma ten ogromny park prawie wyłącznie dla
siebie, tę ciszę, w której słyszała tylko własne kroki
skrzypiące na śniegu i wsłuchiwała się w swój oddech.
Był
też Wellinger … który akurat zdecydował się przerwać ową
ciszę i rozpocząć rozmowę:
-Wiesz
… jest coś o czym powinienem był Ci powiedzieć … już dawno
temu.
Rzuciła
mu krótkie spojrzenie, ale nie zwolniła kroku.
-No
to mów.
-To
dłuższa historia. Może zrobimy przerwę?
Spojrzała
na niego ze złośliwym uśmieszkiem, którego nie zdołała
powstrzymać, ale on zdawał się go w ogóle nie zauważyć.
Zatrzymał się i zmierzył w stronę ławki. Miał poważną minę,
gdy zapatrzył się gdzieś w przestrzeń, a ona nie miała pojęcia,
jak ma to rozumieć.
-No
dobra, to mów co jest.
Zgarbił
się, opierając ręce na kolanach i bez zbędnych ceregieli, zaczął:
-Chodzi
o Millie. Kiedyś … to było parę tygodni temu, mniej więcej
wtedy, gdy odwiedziła mnie moja matka, pamiętasz? Wtedy nakryłem
ją na czymś, czego nie powinienem był zachowywać dla siebie.
Kurwa, tak naprawdę to już dawno temu powinienem był Ci powiedzieć
…
Pierwszy
raz widziała Wellingera w takim stanie; wyglądał jakby miał
ochotę chwycić się za włosy i powyrywać je sobie garściami. Na
jego twarzy malowało się odbicie wewnętrznych uczuć; tak rzadkie
dla niego zjawisko, że wpatrywała się w niego jak urzeczona,
pragnąc uchwycić ten, bez wątpienia, ulotny moment. A tymczasem on
westchnął ciężko i dodał:
-Millie
bierze. To więcej niż pewne. Przyłapałem ją prawie że na
gorącym uczynku, nie ma innej możliwości.
Po
tych słowach spojrzał na nią, a w jego oczach wyraźnie widać
było rozdarcie. Siedziała, patrząc na niego i nie była w stanie
wydobyć z siebie ani jednego słowa. Dlatego też pokręciła głową
i pozwoliła sobie odpłynąć myślami.
A
więc miała rację … wtedy, gdy Karl rzucił na stół tą
kokainę, wtedy gdy osądził ją o ćpanie, przemknęło jej przez
głowę, że Millie miała coś wspólnego z narkotykami. I
rzeczywiście, miała.
A
potem uderzyła ją kolejna myśl. Przecież Millie była w ciąży.
I brała to świństwo, chociaż świetnie zdawała sobie sprawę
jakie to stwarza konsekwencje dla jej dziecka …
Zamrugała
i skupiła ponownie wzrok na Wellingerze. Z jego oczu wyczytała, że
myślał o tym samym co ona.
-I
co teraz? - spytała, wypowiadając na głos ich wspólne myśli.
On
jedynie westchnął ciężko i przetarł twarz dłońmi.
Zależało
mu. Ten fakt ją zaskoczył, ale nie ulegało wątpliwości, że
naprawdę mu zależało, chociaż nie byłaby w stanie wskazać na
czym i na kim dokładnie.
I
on sam pewnie też nie.
Po
tej rozmowie ani on ani ona nie mieli za bardzo ochoty na bieganie.
Chwilę jeszcze siedzieli na parkowej ławce, milcząc i rozmyślając
nad tym wszystkim, aż w końcu przenikliwe zimno i gęsto padający
śnieg wygoniły ich stamtąd. Wracali powoli do mieszkania, wciąż
nie mówiąc ani jednego słowa.
Z
dłońmi wciśniętymi głęboko w kieszenie bluzy, Izzy myślała
tylko i wyłącznie o swoim bracie i o tym, co by zrobił, gdyby się
dowiedział.
Powinien
wiedzieć...
-Jeżeli
Millie bierze – zaczęła, przerywając panującą między nimi
ciszę i sprawiając, że Wellinger wyrwał się z otępienia i
spojrzał na nią – a wszystko na to wskazuje … to nigdy nie
urodzi Ci dziecka, Andreas.
-To
nie jest …
-Tak,
wiem, nie Twoje dziecko! - warknęła, unosząc głos. Zaraz potem
przystanęła i odwróciła się w jego stronę, posyłając mu
oczami błyskawice – To nie ma najmniejszego znaczenia, jasne?
Twoje czy nie Twoje, to wciąż dziecko, wciąż żywa istota.
Narkotyki je okaleczą albo i zabiją. To wszystko nie może tak po
prostu nie dać żadnych konsekwencji. Millie szkodzi temu dziecku i
najwyraźniej ma to głęboko w dupie. Ale ja nie mam. Z tym trzeba
coś zrobić.
Nie
odpowiadał jej przez długi czas, wpatrując się w nią z jakimś
dziwnym wyrazem twarzy. Starała się coś wyczytać z jego oczu; tym
razem się nie maskował. Wręcz przeciwnie, było tam tyle różnych
uczuć, że zlewały się w jedną wielką niezrozumiałą plamę i
jej starania spełzły na niczym.
Westchnęła
cicho, kręcąc lekko głową.
-Już
mnie nawet nie obchodzi czy mi w tym pomożesz czy nie, Wellinger. Ja
tak tego nie zostawię.
Chciała
iść dalej, ale on złapał ją za przedramię i odwrócił ponownie
ku sobie. Uniosła brwi, pytająco.
-Co
Ty właściwie chcesz zrobić, Iz? - spytał cicho, wciąż patrząc
na nią z zaskoczeniem. Zdecydowanie zabrała jego rękę i wzruszyła
ramionami.
-Na
początku chyba porozmawiać z Karlem i powiedzieć mu o wszystkim.
Powinien wiedzieć. Jakby nie było, jest jedyną osobą, która może
coś zrobić w tej sprawie. Ani ja ani Ty nie mamy żadnych szans, by
dogadać się z Millie. Ona może go tylko wykorzystywać i nic do
niego nie czuć, ale … no wiesz, to Karl...
Nie
musiała nic więcej dodawać, nie musiała mu tego tłumaczyć. Bo
on zrozumiał.
I
tak, wiedział, że miała rację. Karl był po prostu Karlem i to
wystarczało, by mieć nadzieję, że da radę jakoś wpłynąć na
Millie i ocalić dziecko, które nosiła.
Ich
spojrzenia skrzyżowały się na jeden krótki moment, a wtedy ujrzał
w jej oczach niepewność. Była zdecydowana, tak, bardzo
zdecydowana, by to zrobić, ale jednocześnie wiedział, że bała
się tej rozmowy z Karlem.
I
chyba właśnie to, ten jej strach, całkiem racjonalny i łatwy do
wytłumaczenia, skłonił go, by powiedzieć:
-Porozmawiamy
z nim razem. I powiem mu co widziałem.
Nie
uśmiechnęła się, ale w jej oczach coś się zmieniło. Część
strachu rozproszyła się, ustępując miejsca uldze i wdzięczności.
Chwilę później ruszyła znów przed siebie, a on poszedł za nią.
Trudno
powiedzieć, które bało się bardziej tego, co miało wkrótce
nadejść.
Millie
jeszcze spała, gdy się obudził, więc wstał najciszej jak mógł
i poszedł od razu do łazienki. Zawsze nastawiał budzik na pół
godziny przed wyjściem, bo mimo iż rano nie mógł przełknąć nic
prócz swojej ulubionej zielonej herbaty, wolał jednak mieć chwilkę
czasu. Nie lubił się śpieszyć. Wprost nie cierpiał się
spóźniać. Wolał mieć pewność, że na wszystko starczy mu
czasu.
Umył
się, ubrał, sprawdził czy ma w plecaku wszystkie książki,
notatnik i długopisy. Nie przepadał za zajęciami z rana, ale z
drugiej strony dzięki temu był wcześniej w domu i miał resztę
dnia dla siebie. Dlatego zacisnął zęby i pocieszył samego siebie,
przypominając sobie, że już za sześć godzin znowu tu wróci, do
Millie.
A
jutro przecież wyjeżdżał na konkurs, do Lillehammer, gdzie
rozpoczynał się kolejny sezon skoków. Napawało go to ogromną
nadzieją i optymizmem. Nie mógł się już doczekać.
Zaparzył
sobie herbatę i usiadł w kuchni. Obejmując kubek rękami, patrzył
za okno, jak płatki śniegu wirują w powietrzu, opadając powoli na
ziemię i zasypując ulicę. Z pewnością większość ludzi
znajdzie w tym ataku zimy powód do narzekania … on widział
jedynie same plusy, bo przecież kochał zimę, kochał śnieg,
grudzień, skoki … to był jego świat.
Dlatego
też uśmiechnął się i powoli wziął pierwszy łyk gorącej
herbaty.
Siedział
tak długo, w zadumie, popijając herbatę i wpatrując się w piękny
krajobraz za oknem, gdy niespodziewanie usłyszał jak drzwi się
otwierają, a potem w przedpokoju rozlegają się kroki.
Wyprostował
się odruchowo, a wszystkie jego mięśni się napięły. Siedział
nieruchomo, nasłuchując.
Tak
naprawdę doskonale wiedział, kto przyszedł.
Ile
oni ostatnio spędzali ze sobą czasu...
Zacisnął
wargi, a jego serce oszalało z napięcia związanego z oczekiwaniem.
I w końcu się doczekał.
Izzy
pierwsza pojawiła się w kuchni, w dresowych spodniach i bluzie, z
czapką naciągniętą na głowę, a zaraz po niej Andreas, ubrany
bardzo podobnie. Oboje mieli twarze zaróżowione od zimna, a na
całych ich ciałach osiadły szybko topniejące płatki śniegu.
Izzy
spojrzała na brata, na co on bardzo ostentacyjnie odwrócił wzrok w
stronę okna, udając, że wciąż podziwia rozciągające się za
nim widoki.
Usłyszał
jej westchnięcie, a sekundę później odezwała się:
-Karl,
nie musisz mieć ochoty ze mną rozmawiać, ale przynajmniej nas
wysłuchaj. To cholernie ważne.
Nie
odwrócił głowy w jej stronę i nic nie powiedział. Izzy zacisnęła
dłonie w pięści. Miała ochotę wyć z bezsilności.
Miała
ochotę położyć się przed nim krzyżem i błagać go, by przestał
ją tak traktować.
-Chodzi
o Millie.
-Domyśliłem
się – odpowiedział, wpatrując się w okno tak zawzięcie, że aż
oczy zaszły mu łzami. Palce zaciśnięte na uchwycie kubka
całkowicie zbielały.
Izzy
spojrzała na Andreasa z lekką desperacją. Pokiwał tylko głową,
po czym podszedł bliżej, odsunął sobie krzesło i opadł na nie.
Zaraz
potem wyciągnął rękę, złapał za kubek herbaty, którą Karl
już wypił i wyrwał mu go z ręki, sprawiając tym samym, że
Geiger w końcu na nich spojrzał.
-Twoja
dziunia bierze, stary – powiedział stanowczo i bez śladu
rozbawienia na twarzy. Karl uniósł brew, a Wellinger dodał: - Nie
mówię tego, bo staję po stronie Twojej siostry, mówię to, bo to
prawda. Sam ją na tym nakryłem, już dawno temu. I dawno temu
powinienem był to Wam powiedzieć. Popełniłem błąd, teraz to
wiem. I żałuję. Bo jeśli coś się stanie temu dziecku … chyba
… mojemu dziecku … - skrzywił się lekko, a Izzy
spojrzała na niego z niemałym podziwem, bo zdawała sobie sprawę,
ile go musiało kosztować wypowiedzenie tych słów – To będzie
to moja wina, wcale nie mniejsza niż jej.
Na
moment zapadła między nimi cisza, w czasie której Karl tylko
patrzył na Andreasa, a przez jego twarz przewijało się mnóstwo
uczuć. W końcu zerknął szybko na Iz i natychmiast znów odwrócił
wzrok, ale ona zdążyła zauważyć, że się zawahał.
Była
nadzieja.
-No
i co ja mam zrobić? - spytał w końcu, niby od niechcenia, ale było
widać, że naprawdę go to poruszyło. Nie mogli mieć pewności, że
im uwierzył, ale na pewno nie odrzucił tak całkowicie ich wersji.
Był rozdarty … jednak Izzy znała swojego brata jak mało kto i
musiała wierzyć w to, że i tym razem, tak jak zawsze, dokona
właściwego wyboru.
-Porozmawiać
z nią. Nie musisz zaraz mówić jej, że wiesz, że bierze, po
prostu … - Wellinger urwał, co Izzy wykorzystała jako swoją
szansę.
-Po
prostu ją przekonaj do jakichś badań … może lekarz coś
zauważy, może uda się jeszcze coś zrobić... jest nadzieja, że
narkotyki nie uszkodziły tak bardzo płodu, może nawet w ogóle.
Ale nie możemy tylko żyć nadzieją, musimy jeszcze coś zrobić...
proszę Cię, Karl.
Sama
usłyszała błaganie w swoim głosie. Brat spojrzał na nią i
patrzył przez długą chwilę, wyraźnie poruszony desperacją, jaka
odmalowała się w jej oczach.
Na
moment znowu istniała między nimi nić porozumienia, na moment
wszystkie złe chwile odeszły w dal, a oni byli tym kochającym się
rodzeństwem, które oddałoby za siebie życie.
Chciała
mu powiedzieć parę słów.
Przepraszam.
Dziękuję. Nie mam do Ciebie żalu. Kocham Cię najmocniej na
świecie.
Zamiast
tego przygryzła wargę i odwróciła wzrok jako pierwsza.
Karl
westchnął.
-Dobra,
więc jest tak, że mam za chwilę zajęcia. Już dawno powinienem
wyjść na tramwaj … będę musiał jechać następnym. Ale pomyślę
o tym i porozmawiamy wieczorem, okej?
Wellinger
pokiwał głową. Izzy nawet uśmiechnęła się lekko. Kamień nie
spadł jej z serca, ale zostało ono choć częściowo odciążone.
Karl
wstał, ominął ją i wyszedł. Paręnaście sekund później lekko
trzasnęły drzwi wyjściowe.
Andreas
przekręcił się na krześle w jej stronę.
-Na
więcej chyba nie możemy liczyć – stwierdził. Zaraz potem wstał,
odniósł kubek po herbacie Karla do zlewu i spojrzał na Izzy –
Zrobię nam śniadanie, co?
Pokiwała
głową, po czym opadła na krzesło i zapatrzyła się w okno, w
które chwilę wcześniej tak namiętnie wpatrywał się jej brat.
Z
zadumy wyrwał ją Wellinger, stawiając przed nią talerz
jajecznicy. Zjadła bez apetytu, więcej jedzenia rozgrzebując
widelcem, niż wkładając do ust. A potem znowu siedziała i znowu
patrzyła, jednak nie w okno, ale na Andreasa, jak zmywał naczynia.
Ogarnęła
ją przemożna ochoty, by podejść do niego i najzwyczajniej w
świecie mocno go przytulić … powstrzymywała się tylko resztkami
woli.
Tyle,
ile zrobił dla niej w ostatnim czasie, chyba nikt, prócz Karla,
oczywiście, nie zrobił dla niej przez całe życie. I nie chciała
się zastanawiać nad tym, co ich teraz łączyło, nie chciała
rozkładać jego trudnego charakteru na czynniki pierwsze i wietrzyć
w jego zachowaniu jakiegoś podstępu. Chciała wierzyć, że on to
wszystko robi z dobrej woli, że może naprawdę jest w nim coś
wartościowego, coś co można lubić i czemu można ufać.
Nie
miała zielonego pojęcia, jak by przeżyła ten cały ciężki
okres, gdyby nie on.
I
nie chciała sobie tego nawet wyobrażać.
Andreas
zakręcił kurek i wytarł ręce w ścierkę, a potem odwrócił się
w jej stronę i złapał jej spojrzenie.
-Co?
- spytał lekko zaskoczony. Pokręciła głową, odrywając się w
końcu od niego, a jej policzki nieznacznie poczerwieniały.
Chyba
chciała mu podziękować. Ale takie słowa nie przeszłyby jej przez
gardło. Nie teraz, nie przy nim, nie dla niego. Kiedyś pewnie tak.
Miała nadzieję, bo nie mogłaby tak po prostu tego zostawić. Zbyt
wiele dla niej zrobił, by nie zasłużyć na najmniejszy choćby
wyraz wdzięczności.
-Nie
masz dzisiaj zajęć? - spytała, bo była to pierwsza rzecz jaka
przyszła jej do głowy.
Wzruszył
ramionami.
-Może
i mam – odpowiedział lekceważąco, po czym wyminął ją i
poszedł do salonu.
Usiadł
na kanapie, włączył telewizor.
Wciąż
siedziała na tym krześle, gapiąc się w okno.
-Wiesz,
że cały czas masz na głowie tą głupią czapkę? - usłyszała
nagle jego głos. Ocknęła się i spojrzała na niego. Uśmiechał
się kpiąco.
Izzy
wyciągnęła rękę i pomacała się po głowie. Rzeczywiście, w
tym wszystkim zapomniała zdjąć czapkę. Zrobiła to teraz,
odkładając ją na stół i przygładzając dłonią włosy. W końcu
westchnęła, podparła twarz na dłoni i właśnie miała po raz
kolejny zapatrzyć się w zimowy krajobraz, gdy Wellinger znów się
odezwał:
-Jezu,
no chodź tu.
Posłała
mu bardzo zaskoczone spojrzenie, ale nie dał się wciągnąć w
żadną głupią gierkę. Ona też niespecjalnie miała na to ochotę,
dlatego podniosła się z cichym westchnięciem i zmierzyła w jego
stronę.
Gdy
była już tuż przy nim, uniósł rękę, zostawiając jej wolną
drogę do swojego torsu. Bez zbędnego zastanawiania się nad tym co
robi, usiadła obok niego, podkurczając pod siebie nogi i przylgnęła
do jego piersi.
Jej
serce uspokoiło się, gdy już wtuliła policzek w jego obojczyk i
kiedy objął ją ramieniem.
-Cholera,
to najdziwniejsza chwila w moim życiu – stwierdził po chwili
milczenia.
Zaśmiała
się.
-Więc
zamknij się i nie pieprz jej – odparła, zaciskając palce na jego
bluzie i przymykając powieki.
A
on, choć jeden raz w życiu posłuchał.
Karl
wrócił po południu; grudzień sprawiał, że już o czwartej
robiło się ciemno i gdy wszedł do mieszkania, wszystkie światła
były pozapalane. Zmierzył od razu do swojego pokoju, oczekując, że
zastanie tam Millie, jednak przeżył gorzkie rozczarowanie. Nie było
jej tam.
Poszedł
dalej, w głąb mieszkania.
W
salonie natknął się na czyjąś obecność, jednak nie tą, na
której mu zależało.
Andreas
siedział na kanapie, trzymając w ręce pilota i przeskakując z
jednego kanału na drugi. Wyraźnie nie mógł się zdecydować co
właściwie chce oglądać.
I
nie był sam, jednak Karl dostrzegł tą drugą osobę dopiero po
chwili.
Jego
siostra spała, zwinięta ciasno w kłębek, niczym kot, na tej samej
kanapie, na której siedział Wellinger. Była przykryta kocem, a jej
głowa znajdowała się na jego kolanach.
Karl
aż przystanął i trwał długo w tej pozycji, ledwo wierząc w to,
co zobaczył.
Miesiąc
temu byłby w szoku, widząc ich siedzących w jednym pokoju, choćby
i na dwóch jego końcach i nie skaczących sobie do gardeł.
Teraz
nie potrafił zrozumieć tego, co między nimi było, a czego już na
pewno nie można było nazwać wrogością.
Nie
potrafiłby też ustalić, jak do tego doszło. I kiedy. Kiedy tak
bardzo się do siebie zbliżyli.
Andreas
zauważył go, ale nie odezwał się ani słowem. Stojąc tak i
patrząc, Karl zwrócił uwagę na to, że drugą, wolną rękę
Wellinger trzymał na plecach Izzy i przesuwał ją delikatnie to w
górę, to w dół.
Zwrócił
też uwagę na ten koc, którym była okryta i jego zdumienie znów
narosło.
On
chyba naprawdę śnił...
-Całą
wieczność będziesz tak stał i się gapił czy może masz jakąś
sprawę? - głos Wellingera wyrwał go z tego stanu otępienia.
Zamrugał i wrócił do rzeczywistości. A wtedy okrążył stół
kuchenny i błyskawicznie znalazł się w salonie.
-Gdzie
jest Millie? - zapytał, zatrzymując się tuż przy kanapie. Izzy
zajmowała trzy czwarte jej powierzchni, więc Karl powoli usiadł w
fotelu i spojrzał wyczekująco na Andreasa.
Ten
wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora.
-Cholera
ją wie.
Karl
poczuł jak narasta w nim strach. To była jedna z wielu kwestii, nad
którymi dumał przez całe dzisiejsze zajęcia.
Ona
tak często znikała, bez powodu. A przecież była już prawie w
ósmym miesiącu ciąży. Powinna siedzieć w domu i pozwalać im
mieć na siebie oko.
-Myślałem
o tym wszystkim, co mi powiedzieliście – zaczął trochę
niepewnie, pochylając się do przodu i opierając ręce, zgięte w
łokciach o uda. Tą wypowiedzią zasłużył sobie na
zainteresowanie ze strony Andreasa, bo odwrócił on głowę w jego
stronę i uniósł brwi. Karl zrozumiał, że Wellinger oczekuje
dalszego ciągu. Westchnął cicho i podjął rozpoczęty wątek: -
Nie chciałem Wam wierzyć... ale jest tak, że istnieje bardzo wiele
dowodów, których nie mogę ignorować. Jak to właśnie. Gdzie ona
się podziewa, gdy znika na długie godziny? Jest już w
zaawansowanej ciąży, nie powinna się tak zachowywać.
-Co
jawnie pokazuje, że ma w dupie to dziecko – wtrącił Wellinger.
Karl posłał mu krótkie spojrzenie, więc umilkł i pozwolił mu
mówić dalej.
-Nie
mogę uwierzyć, że Millie naprawdę bierze … nie wiem, wydaje mi
się, że musi istnieć jakieś inne, logiczne wytłumaczenie.
-Ale
mogłeś uwierzyć, że Izzy bierze, tak?
Karl
ponownie uniósł głowę i ich spojrzenia się skrzyżowały. Przez
chwilę wpatrywali się w siebie, bez słowa, aż wreszcie Karl
przeniósł wzrok z Andreasa, na swoją siostrę. Sen sprawiał, że
jej twarz wyglądała bardzo spokojnie i łagodnie.
W
jego sercu wezbrała miłość.
Przecież
ją kochał. Zawsze była dla niego najważniejsza na świecie.
Palce
Wellingera przesunęły się delikatnie po karku Izzy, zahaczając o
kosmyki jej długich włosów, opadających jej na twarz. Karl przez
chwilę patrzył, jak Andreas odgarnia jej włosy za ucho, odkrywając
całkowicie twarz, a potem kiwnął głową w kierunku Iz i spytał:
-Co
to wszystko ma znaczyć?
A
gdy jedyną odpowiedzią Andreasa, było uniesienie brwi w geście
zapytania, westchnął i dodał:
-Nigdy
nie widziałem, żebyś okazywał komuś tyle troski. Właściwie
nigdy nie widziałem, żebyś komukolwiek okazywał jakąkolwiek
troskę. Coś jest między Wami, a ja to przegapiłem?
Myślał,
że Wellinger zmiesza się i nie będzie chciał odpowiadać na to
pytanie. Przeliczył się jednak, gdyż on najzwyczajniej w świecie
prychnął i z charakterystyczną dla siebie wyniosłością,
mruknął:
-Mnóstwo
rzeczy przegapiłeś, Karl.
Zapadła
między nimi cisza. Andreas skierował ponownie wzrok na telewizor i
przestał zwracać uwagę na Karla.
Karl
patrzył na Izzy, na jej zasłonięte powiekami oczy, na lekko
rozchylone wargi, na rytmicznie unoszącą się i opadającą klatkę
piersiową.
Poczuł
żal. Jakby naprawdę stracił coś niezwykle cennego, stracił to
bezpowrotnie i to z własnej winy.
I
był rozdarty. Już sam nie wiedział komu i w co wierzyć.
-Porozmawiam
z nią, to Ci obiecuję – powiedział w końcu. Andreas nie
spojrzał na niego, ale jego oczy lekko się zwęziły, co znaczyło,
że uważnie słuchał – I zrobię wszystko, żeby zadbać o
bezpieczeństwo tego dziecka. Zrobię to … jak już wrócimy z
Lillehammer. Masz moje słowo.
Nie
czekał na jego odpowiedź. Właściwie nie spodziewał się żadnej.
Wstał
i wyszedł, zostawiając go samego.
No,
prawie samego.
Wciąż
nie mógł wyrzucić z głowy tego obrazu Wellingera i swojej
siostry. A naprawdę myślał, że już go nic w życiu nie zaskoczy.
Nie chce mi się komentować tego rozdziału.
Może nawet jestem z niego zadowolona, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo po prostu dzisiaj i tak nie miałabym do tego głowy.
Bo Jasiu.
To takie piękne. Ten dzień jest absolutnie idealny.
A Pieszczoszek i Aniołek się poprawią.
A Kusy wróci z Uniwersjady, wbije sobie w główkę ,,Luz w dupie" i będzie jeszcze piękniej.
I tak ogólnie kocham Was dziewczynki. Cały świat kocham.
Łiiiii <33
EDIT: Gdzie ja mam głowę.... dobra, emocji jest tyle, że zapomniałam,że przecież do Świąt już tu się nic nie pojawi.
Także kochane Wy moje, Wesołych, Wesołych i jeszcze raz Wesołych i udanego TCS :D
Trzymajcie się ;*
Hej łobuzie ;***
OdpowiedzUsuńJa Ci już mówiłam, że ten rozdział jest idealny.
Ale jeszcze raz go przeczytałam i zaczęłam na nowo się jarać.
No i nawet Ty jesteś zadowolona! <3
Może i się powtórzę, ale ja chcę, kurna, Izzy i Andiego razem.
I Ty tak zrobisz, że będą razem.
Pamiętaj, że ja ciągle mam w głowie ten fragment, który mi przesłałaś. I ja sobie go codziennie czytam i się rozpływam.
Serio.
No i Aniołek.
Cholerny łobuz.
Ale ja wiem, że on uwierzy. I coś zrobi.
Matko, ja nie wiem co mam napisać, serio.
Chyba to, że Cię tak bardzo, bardzo, bardzo kocham.
Ukochana starsza siostra, której nie mam <3
No, a życzenia świąteczne to Ci już złożę prywatnie, bo będzie to długa lista ;p
Buziaki cudaku ;****
+o cholera, w końcu jestem u Ciebie pierwsza z komentarzem! :D
UsuńJestem i cholera, co ja mam zrobić? Skomentować mój ulubiony rozdział, tak? Haha, chyba za trudne zadanie dla mojego mózgu.
OdpowiedzUsuńTak trudno mi się skupić, niby mogłabym ten rozdział z pamięci recytować, a nie wiem co o nim napisać.
Ale napiszę, słoneczko, jeszcze dzisiaj walnę eposik, tylko jak zacznę normalnie oddychać, dobrze?
Bo ja mam dużo do powiedzenia, a wiesz czemu trudno mi teraz zebrać myśli.
Jak ja go kocham no. Prawie tak samo mocno jak Ciebie. Moje dwa skarby. <333
I wiesz co? Dziękuję. Za to, że jesteś i za to, że przeżywałaś to ze mną. Naprawdę nie wiem co bym zrobiła bez Ciebie i nie chcę sobie nawet wyobrażać życia bez Ciebie.
Ja tu wrócę, obiecuję.
Zatem chyba sobie powoli zacznę. Od początku, ale niekoniecznie z sensem, w końcu to mój znak rozpoznawczy.
UsuńAle postaram się na temat, ani słowa o Jasiu. Nie chcesz wiedzieć ile to mnie będzie kosztowało, chociaż Ty znasz mnie tak dobrze, ż z pewnością o tym wiesz.
Ten pierwszy fragment, z pozoru nic w nim się nie dzieje, ale dzięki temu mogę się rozpływać nad Twoim mistrzowskim stylem. Ten opis o tym jak Izzy powoli zaczyna wciągać się w bieganie jest świetny, perfekcyjny i właśnie za takie coś Cię kocham.
Potem przechodzisz płynnie do kolejnego pięknego opisu, który upiększa obecność Welliego, ale przy tym fragmencie, choć niewątpliwie Welli jest w nim ważny, bo pokazuje się z zupełnie innej strony, powiedziałabym w końcu dojrzałej, koncentruję się przede wszystkim na Izzy i tym, co związane z dzieckiem Millie. Wiesz, że kocham Iz od samego początku, ale tutaj znajduje się coś, co jest w niej absolutnie wspaniałe, a na co w zasadzie świadomie do tej pory nie zwróciłam uwagi. Ktoś może i mógłby jej wiele zarzucić, ale nie da się jej odbierać negatywnie, bo on zawsze myśli o innych, nawet jeżeli te osoby ją zraniły. Kupowała ojcu narkotyki, choć ojciec miał ją w dupie (dupa wcale nie kojarzy się z Jasiem, prawda?), a teraz przejmuje się dzieckiem Millie, choć ta odebrała jej brata.
Izzy to po prostu Izzy. (wiesz o co chodzi) Nie da się jej nie kochać.
Dojrzałość Wellingera, przyznanie, że to jego dziecko, jego słowa skierowane do Karla... zmienił się ten Welli, oj zmienił. I tak jak analizowałyśmy to jakiś czas temu, tak nadal podtrzymuję zdanie w kontekście tego, co go zmieniło. Nie ma innej opcji, a Ty się z tym chyba oswajasz i dobrze.
Karl, ten krótki opis w trakcie pierwszej rozmowy, dotyczący jego i Iz... całuję po stopach za dobór słów w tym fragmencie.
I na koniec męska rozmowa, po której wyciągnęłam tak wiele znanych Ci wniosków, których nie będę powtarzać, kierując uwagę w stronę Karla i jego myśli. Z bólem serca stwierdzam, że jestem nieczuła i nie szkoda mi go ani trochę. Za to jak potraktował moją Izzy.
Koniec. Więc gdyby nie ta dupa, nie byłoby nic o Jaśku, czyli może jest szansa, że nie jestem, chora psychicznie.
Czy muszę mówić, że Cię bardzo kocham? Nie muszę, ale mówię. Kocham Cię bardzo. <333
Jeju ale fajny rozdział. Podziwiam to jak piszesz. Bo z każdym słowem coraz bardziej chce to czytać Jakbyś mogła mi dać parę wskazówek na moim blogu ;) A co do rozdziału: Izzy+Welli <3 . Czekaam co będzie sie dziać dalej ;) I zapraszam na mojego bloga:
OdpowiedzUsuńwww.skokiimuzyka.blogspot.com
Dzięki Bogu, że pojawiło się coś nowego. Wreszcie miałam pretekst, aby chociaż na chwilę porzucić sprzątanie...
OdpowiedzUsuńRozdział naprawdę świetny.
"-Cholera, to najdziwniejsza chwila w moim życiu – stwierdził po chwili milczenia.Zaśmiała się. -Więc zamknij się i nie pieprz jej." Padłam, tyyyle romantyzmu :D Bardzo mnie cieszy, że się do siebie tak zbliżyli. Mam też nadzieję, że Karl się wreszcie obudzi. Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział ;)
Oczywiście chciałam Ci życzyć wspaniałych, rodzinnych świąt i góry fajnych prezentów :*
No Bozicku, Bozusieńku. Jak ja Cię kocham cholero Ty jedna <3
OdpowiedzUsuńJesteś moim mistrzem no normalnie.
A to opowiadanie przebiło już chyba moje ukochane z kochającym się rodzeństwem XD
Ja.. ja po prostu. nie - nie ma absolutnie żadnych słów by to opisać. Ja wiedziałam, wiedziałam od początku, że się temu wyczekiwanemu przez wszystkich wątkowi nie oprzesz <3 Buhahahah <3 Moja Sylwia, kochana <3
Mój Andi! Kochanie, ty słodkie! <3 Jesteś taki no <3 genialny, fantastyczny, niby postawa na miarę... no - chociażby takiego... albo nie będę go do nikogo porównywać do nikogo, bo on jest jedyny w swoim rodzaju. oł je <3 Normlanie aż mi się żyć zachciało, gdy zobaczyłam, że nowy rozdział jest XD
Ale ok. XD
Ja może zacznę o treści w końcu, dobrze?
No! :D
Także!...
Koniec fajek! brawo, słodziaki! <3 Toć to cholerstwo to zabójstwo jest ewidentnie, a truć się nie wolno! O tak! Madzia prawdę wam powie.
Andi zrobił jajecznicę? Andi gotuje? Wybacz, Iz, złotko, ale ja go przed ołtarz porywam ^^ Gdzie ja lepszego kandydata na męża znajdę? XD
A wiesz z czego ja się najbardziej śmiałam? Jak sobie wyobraziłam, iż ona w czapce jadła XD <3 Nie było jej gorąco? :D
Mniejsza o to.
I ogółem to ich porozumienie mnie zabija. W pozytywnym tego słowa znaczeniu rzecz jasna <3 no XD
A jeszcze to, że Andi powiedział, ze to chyba jego dziecko....
Widać, że zależy mu na tym, co powiedziała Izzy. I bardzo dobrze ^^
Hahahah! I Karl i jego słynna już zielona herbata XD
Nie no XD
Ciebie to jeszcze, braciszku wiele rzeczy zaskoczy. Madzia już Cię uprzedza żeby później nie było, żeś zmarł w wyniku szoku czy coś :D
Boże.. jaka ja głupia jestem. Wybaczysz mi to coś powyżej, kochanie?
Mam nadzieję ^^
I Tobie tez Wesołych Świąt życzę i żeby Mikołaj o Tobie nie zapomniał! :D
Buziaki! :*
haha.
Usuńja też Cię kocham.
i jak juz mi minie ta faza lenistwa, która potrwa pewnie do Wigilii, oby nie dłużej to się zabiorę za to porządne komentowanie.
pamiętaj, u Ciebie jestem pierwsza ;D
i ja kocham Ciebie i Twoje komentarze.
a w ogóle to ja bym się pojawiła na gg ...
ale zapomniałam hasła, wyobrażasz sobie? :P
ściskam <33
Pamiętam, pamiętam, w końcu dwaj panowie czekają, choć jeśli o jednego chodzi, to ja słów nie mam, więc nie oczekuję żeby ktoś w ogóle przez to przebrnął.
UsuńJak mogłaś zapomnieć hasła? O_O Toć, słońce. Tam nie ma takiego czegoś jak "zapomniałem hasła" czy coś? XD Musi chyba być XD
no to pisz pisz, skarbie, ja tęsknię <33
Usuńno wiem, że jest ...
ale numeru też nie pamiętam :P
dobra, jakoś to załatwię, może się uda :D
Hahahahah XD Nie no XD
UsuńNumer jest u mnie w kontaktach jakby coś XD
a no widzisz, na Ciebie zawsze można liczyć <3
Usuń48374907 ^^
UsuńProszę! :D
A że na mnie liczyć można, to wiem ^^ Już wielu mi to mówiło XD
Boziu... Kocham Cię! Tak bardzo że aż słów mi brakuje. I od razu wesołych świąt (bo pewnie potem zapomnę). Szczęścia, zdrowia, radości i dużo, duuuużo weny <3
OdpowiedzUsuńA teraz trochę o rozdziale xD Kocham bieganie i super było czytać, że moja kochana Iz też je lubi. Świetnie opisałaś jak powoli zaczyna się z tym lepiej czuć. A potem jeszcze to jak zmienia się Wellinger... I to słodkie siedzenie na kanapie! Kocham <3 A Karl na szczęście zmądrzał i mam nadzieję, że porozmawia z Millie. Mówi ci, że jeszcze coś będzie z Welliego i Iz. Na pewno. To zbyt słodkie, żeby mogło się nie spełniać. A ponieważ tak cię kocham to na pewno nie będę cię przed tym powstrzymywała :D I tak wiesz, że co nie napiszesz to przeczytam i uznam, że jest najlepsze.
No i jak tu się nie zachwycać nad Jaśkiem?! No jak?! Mój kochany. A Aniołek i Pieszczoszek na pewno się polepszą. I w ogóle zastanawiam się czy dzięki tobie nie zacząć pisać. Jak się zdecyduję to na pewno pierwsza się dowiesz. A póki co jeszcze raz wesołych świąt!
hej ;)
Usuńbyłoby wspaniale, wiesz?
gdybyś zaczęła pisać. Jestem pewna, że predyspozycje do tego masz, a ja chętnie przeczytam, chociaż czasu nie mam prawie wcale.
dziękuję za wszystko, kochana i trzymam kciuki ;*
Ojej, wow Wellineger taki idealny, no wow, no ojej, zachwycam się tak bardzo bardzo. I tylko siedzę i uśmiecham się jak głupia, bo Welli taka metamorfoza, inny człowiek normalnie. Nawet śniadanie robi dla Izz.
OdpowiedzUsuńJestem pod wrażeniem tak bardzo i jej to było takie słodkie, jak Welli powiedział: "Jezu, no chodx tu" i jak ją przytulił i potem miział po pleckach, aww. Aż logicznego komentarza nie jestem w stanie napisać. Więc po prostu napiszę, że zakochalam się w tym rozdziale <3
Jejku, ale się porobiło! O Weliim i Iz mogłabym czytać godzinami i by mi się absolutnie nie znudziło. I wcale nie żal mi Karla! Może pójdzie po rozum do głowy. A Welli jest cudny z tą swoją nieporadnością. I coś czuję, że mamusia Wellingera będzie szczęśliwa ;)
OdpowiedzUsuńJezu.
OdpowiedzUsuńKolejny cudowny rozdział i chyba pokuszę się o stwierdzenie, że jest jeszcze lepszy niż poprzedni!
A ja znów nie mam słów, żeby go opisać, za dużo emocji jak na jeden dzień.
Wellinger jest idealny, nie wiem jak mogłam w to wątpić, czytając o nim w początkowych rozdziałach. No dobra, on sam się o to prosił.
"Jezu. No chodź tu"
W tym momencie się rozpłynęłam i dobrą chwilę mi zajęło zanim do siebie wróciłam.
Boże! Na święta chcę takiego faceta!
No i Karl w końcu przejrzał na oczy. Mam nadzieję, że ta wywłoka już go nie omami.
Mam nadzieję, że wybaczysz mi ten krótki i nieskładny komentarz. Jak już mówiłam - za dużo emocji.
PS Ale masz kochany avatar! :D
O mój booooosz <3 Nadrobiłam dzisiaj całe 14 rozdziałów! :D TEN BLOG JEST MEGA. Tyle Ci powiem:**
OdpowiedzUsuńKurdee... jakbyś widziała moją minę, jak pochłaniałam te wszystkie rozdziały tutaj ;p Czytam, czytam i chcę więcej! A dokładnie więcej; Iz i Andreasa<333
Jeeeju, aż dziwne że na początku tak się nienawidzili a teraz są przyjaciółmi, chociaż po czytaniu końcowej części tego rozdziału, myślę że między nimi zrodzi się coś więcej niż tylko przyjaźń. Na co zresztą liczę, bo wprost kocham czytać takie 'awwwwh' scenki<3
Aż sama się sobie dziwię, że czytam opowiadanie o Wellingerze, który delikatnie mówiąc-nie jest moim ulubionym skoczkiem. Ba, to że czytam to jeszcze nic. Ważniejsze, że czytam i nie mogę się od tego oderwać! :D
Aaa... no i jeszcze sprawa co do Millie i Karla. Ehh, od początku mi się nie podobała i nie myliłam się co do niej. chyba Karl tak tego nie zostawi i porozmawia z nią, hmm?
Pzdr :3
+ zapraszam do mnie; moje-marzenie-na-emirates-stadium.blogspot.com [jak mozesz, to zajrzyj i skomentuj cos.thx:*]
aaaaj robi sie coraz romantyczniej ;p
OdpowiedzUsuńI nie wiem co ta Milli odwala ale w 8 miesiącu to ona powinna ledwo sie ruszać, a nie gdzieś się szwendać, zero odpowiedzialności xD Tak swoją drogą ciekawi mnie czyje tak naprawdę jest to dziecko. ale Wellinger sie prawie przyznał, no brawo.
Czeekam na następny
i uwielbiam to opowiadanie <3
Wreszcie ja:) Zachwycona, zauroczona i przeszczęśliwa po pierwszych od dawna zawodach , w których czołówka mi w sumie cała przypasowała. Cudny dzień, cudny weekend a co dopiero będziemy mieć cudny TCS. Ja tak mówię i tak będzie, choć na ogół to co mówię nigdy się nie sprawdza.
OdpowiedzUsuńKoniec pieprzenia, teraz komentarz.
Zapowiedziałaś , że Welliś się nam zrobi tak słodki, że mu wszystko wybaczymy.
Ale, że aż taki? Ty tu siejesz niebezpiecznie mocny zarazek uczucia do tej istoty, wiesz?
On się nie zmieni, zmienił się ale się nigdy nie zmieni. I za to go kochamy<3 Zdecydowanie za to.
Karl się nam obejrzał. Dobrze aniołku, dobrze. Ale wiesz, że ty będziesz niedługo bardzo smutny przez to coś ty pokochał?
UUUU, ja nie chcę.
Ale sam sobie jesteś winien, a jakoś Cię pocieszymy mam nadzieję:)
Dobra, a tobie skarbie życzę wesołych świąt, odpoczynku i powodzenia z tą maturą kochaną, a ty sobie na pewno poradzisz.
I dużo weny do uszczęśliwiania nas przynajmniej raz w tygodniu<3
Kocham Cię<3
Mogę z całą swobodą stwierdzić, że kreujesz najlepszy obraz Wellingera ze wszystkich opowiadań jakie udało mi się przeczytać. Ba, to jest jeden z najlepszych męskich charakterków :) Perypetie jego i Izzy, ich wspólne sesje biegowe i rzucanie palenia są tak fajnie przedstawione. Czytam i przestać nie mogę, a Twoje rozdziały mogłabym przerabiać w kółko. Magia ♥ Szkoda mi Karla - to taki dobry chłopak, a miłość jest cholernie ślepa. Wspaniale dozujesz napięcie i aż zgrzytam zębami w oczekiwaniu na kolejny rozdział :) Życzę Ci jak najlepszych świąt, dużo żarcia, wspaniałej atmosfery, no i na kolejny rok - jak najwięcej weny do tworzenia takich perełek, ja ta powyższa :) Buziaki :*
OdpowiedzUsuńWychodzi na to, że dawno tu nie komentowałam- więc serdecznie przepraszam, ale czas nie jest łaskawy, a nie lubię pisać byle jakich komentarzy.
OdpowiedzUsuńNie posuwam się na razie do obwiniana Karla. Millie owinęła go sobie wokół palca i to nad wyraz skutecznie. A chłopak ( a właściwie mężczyzna!) uwolnił swoje pokłady opiekuńczości. Szkoda tylko, że z tak marnym skutkiem dla Izzy. Nie wiem, co czerwona kombinuje ( oprócz tego, że chce mieć Karla tylko dla siebie), ale zaczynam podejrzewać, że to nie jest dziecko Wellingera ( sorry, Welliś, nie to, że bym nie wierzyła w twą męskość, no ale...). Intryguje mnie natomiast to, że najwyraźniej pani czerwona usilnie dopychała się do towarzystwa skoczków- próba złapania Welliego na dziecko, a kiedy to się nie powiodło, to przerzuciła się na Karla, no chyba, że to tylko przypadek i moja wybujała wyobraźnia.
Andi zaczyna pokazywać swoją ludzką twarz ( kto by pomyślał ), zbliża się do Izzy. A Karl, jeśli tak dalej pójdzie, przegapi w życiu siostry jeszcze wiele ważnych spraw. A przecież po takim dzieciństwie powinni być sobie bardzo bliscy.
Życzę Ci spokojnych i radosnych świąt, duuuuużo wolnego czasu i przede wszystkim weny !
Pozdrawiam :)
wiesz co Ci powiem? Boski jest ten rozdział! Jak Welli i Iz się do siebie zbliżyli! Potrafiłam sobie to wsystko wyobrazić. Jak jej głowa leży mu na kolanach, on ją głaszcze i tak dalej. Zakochałam się w tej części opowiadania, normalnie!
OdpowiedzUsuńKarl wreszcie przejrzał na oczy! Mam nadzieję, że coś z tym wreszcie zrobi, bo to przegięcie, że Millie owinęła go sobie w okół palca tak, że nie wierzył własnej siostrze. Tyle przegapił i teraz żałuje. Mam nadzieję, że w porę się ocknie i przeprosi siostrę za to, że tak okrutnie ją potraktował ( nazwę to takimi słowami, bo dla niej relacja z Karlem była przecież szczególnie ważna, prawda?)
Pozdrawiam i również życzę Wesołych Świąt <3
Dużo weny i odpoczywaj przede wszystkim:**