sobota, 21 grudnia 2013

Czternaście: Gdy wszystko się zmienia.


W ciągu następnych trzech tygodni Izzy przeszła prawdziwą szkołę życia.
W pierwszym tygodniu Wellinger regularnie wyrywał ją z łóżka i po całej serii ciosów, jakie próbowała mu zadać, a na które odpowiadał bez najmniejszych oporów, po głośnych okrzykach i wyzywaniu siebie nawzajem, gdy zapewne obudzili wszystkich sąsiadów, Izzy w końcu kapitulowała i wygrzebywała się z ciepłej pościeli. A potem biegła zawsze parę metrów za Wellingerem, myśląc tylko o tym, w jaki sposób znajdzie zgubione dużo wcześniej płuca i narażona na kpiące uśmieszki chłopaka, gdy zatrzymywał się wspaniałomyślnie co jakiś czas i czekał, aż ona się z nim zrówna. Po powrocie do mieszkania, padała jak długa na łóżko i marzyła tylko o tym, by umrzeć.
Drugi tydzień był jedynie minimalnie lepszy, a w pewnym sensie nawet i gorszy. Już nie dostawała zadyszki przy samej rozgrzewce, ale wyłożyła się na najważniejszej rzeczy. Nie potrafiąc dłużej wytrzymać, próbowała jakoś przemycić papierosy i zapalić choćby tego jednego jedynego, jednak na jej nieszczęście Wellinger ją nakrył. Izzy nie mogła zrozumieć czemu aż tak się zawziął; jakby jej rzucenie palenia było jego osobistym sukcesem, ale przypłaciła tę chwilę słabości bardzo srogo: następnego dnia Andreas wyrwał ją z łóżka jeszcze wcześniej niż zwykle i kazał jej biegać całą godzinę dłużej. Po czymś takim odechciało jej się nie tylko papierosów, ale w ogóle jakichkolwiek czynności życiowych.
A potem przyszedł trzeci tydzień. Listopad robił się coraz zimniejszy, a rano było zupełnie ciemno, jednak Izzy zacisnęła zęby i w końcu zrozumiała, co to wszystko ma na celu. Budziła się teraz odruchowo, jeszcze przed piątą, ubierała ekspresowo i to ona czekała na Wellingera na klatce, wykorzystując te parę minut na dodatkowe rozciągnięcie mięśni. Przestała wlec się za nim; potrafiła dotrzymywać mu kroku, a gdy zaczynał rozmowę, nie musiała się zatrzymywać, by odetchnąć i dopiero wtedy odpowiedzieć. Uczyła się kontrolować pracę serca i płuc, uczyła się właściwie oddychać i stawiać kroki, tak jak jej to pokazywał.
A co najważniejsze uczyła się czerpać z tego wszystkiego przyjemność. Powoli stawało się to jej nowym nałogiem, jednak w przeciwieństwie do papierosów, ten nałóg niósł ze sobą same korzyści. Czuła się lepiej, znacznie lepiej.
I przestała tęsknić za nikotyną, za tym choćby jednym pociągnięciem, za które kiedyś oddałaby życie. Teraz biegała codziennie, z Wellingerem czy bez, to nie miało dla niej znaczenia.
Ponieważ pokochała to, całym sercem i już nie wyobrażała sobie bez tego życia.
Wiedziała, że Karl byłby z niej dumny.
Bo ona była dumna sama z siebie. I to było najważniejsze.



23 listopada w Monachium spadł śnieg, zaskakując wszystkich mieszkańców i raczej nie wywołując w większości zachwytu. Izzy nie zrobiło to większej różnicy – po prostu włożyła grubszą bluzę i naciągnęła na głowę czapkę, po czym punkt piąta wyszła ze swojego – czy raczej Wellingera – pokoju, by zaczekać na niego, tak jak zawsze.
Zdziwiła się, gdy ujrzała go stojącego na klatce. Ostatnio rzadko się zdarzało, by to on był pierwszy. Uśmiechnął się na widok jej zdumionego spojrzenia i zbiegł od razu po schodach.
Tradycyjnie skierowali się w stronę parku. Izzy biegła, całkowicie skupiona na tej czynności, nie zwracając uwagi ani na Andreasa, ani na innych ludzi, których było tutaj jednak jak na lekarstwo. Piąta rano w listopadzie to nie była wymarzona pora na spacery.
Lubiła to. To poczucie, że ma ten ogromny park prawie wyłącznie dla siebie, tę ciszę, w której słyszała tylko własne kroki skrzypiące na śniegu i wsłuchiwała się w swój oddech.
Był też Wellinger … który akurat zdecydował się przerwać ową ciszę i rozpocząć rozmowę:
-Wiesz … jest coś o czym powinienem był Ci powiedzieć … już dawno temu.
Rzuciła mu krótkie spojrzenie, ale nie zwolniła kroku.
-No to mów.
-To dłuższa historia. Może zrobimy przerwę?
Spojrzała na niego ze złośliwym uśmieszkiem, którego nie zdołała powstrzymać, ale on zdawał się go w ogóle nie zauważyć. Zatrzymał się i zmierzył w stronę ławki. Miał poważną minę, gdy zapatrzył się gdzieś w przestrzeń, a ona nie miała pojęcia, jak ma to rozumieć.
-No dobra, to mów co jest.
Zgarbił się, opierając ręce na kolanach i bez zbędnych ceregieli, zaczął:
-Chodzi o Millie. Kiedyś … to było parę tygodni temu, mniej więcej wtedy, gdy odwiedziła mnie moja matka, pamiętasz? Wtedy nakryłem ją na czymś, czego nie powinienem był zachowywać dla siebie. Kurwa, tak naprawdę to już dawno temu powinienem był Ci powiedzieć …
Pierwszy raz widziała Wellingera w takim stanie; wyglądał jakby miał ochotę chwycić się za włosy i powyrywać je sobie garściami. Na jego twarzy malowało się odbicie wewnętrznych uczuć; tak rzadkie dla niego zjawisko, że wpatrywała się w niego jak urzeczona, pragnąc uchwycić ten, bez wątpienia, ulotny moment. A tymczasem on westchnął ciężko i dodał:
-Millie bierze. To więcej niż pewne. Przyłapałem ją prawie że na gorącym uczynku, nie ma innej możliwości.
Po tych słowach spojrzał na nią, a w jego oczach wyraźnie widać było rozdarcie. Siedziała, patrząc na niego i nie była w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa. Dlatego też pokręciła głową i pozwoliła sobie odpłynąć myślami.
A więc miała rację … wtedy, gdy Karl rzucił na stół tą kokainę, wtedy gdy osądził ją o ćpanie, przemknęło jej przez głowę, że Millie miała coś wspólnego z narkotykami. I rzeczywiście, miała.
A potem uderzyła ją kolejna myśl. Przecież Millie była w ciąży. I brała to świństwo, chociaż świetnie zdawała sobie sprawę jakie to stwarza konsekwencje dla jej dziecka …
Zamrugała i skupiła ponownie wzrok na Wellingerze. Z jego oczu wyczytała, że myślał o tym samym co ona.
-I co teraz? - spytała, wypowiadając na głos ich wspólne myśli.
On jedynie westchnął ciężko i przetarł twarz dłońmi.
Zależało mu. Ten fakt ją zaskoczył, ale nie ulegało wątpliwości, że naprawdę mu zależało, chociaż nie byłaby w stanie wskazać na czym i na kim dokładnie.
I on sam pewnie też nie.



Po tej rozmowie ani on ani ona nie mieli za bardzo ochoty na bieganie. Chwilę jeszcze siedzieli na parkowej ławce, milcząc i rozmyślając nad tym wszystkim, aż w końcu przenikliwe zimno i gęsto padający śnieg wygoniły ich stamtąd. Wracali powoli do mieszkania, wciąż nie mówiąc ani jednego słowa.
Z dłońmi wciśniętymi głęboko w kieszenie bluzy, Izzy myślała tylko i wyłącznie o swoim bracie i o tym, co by zrobił, gdyby się dowiedział.
Powinien wiedzieć...
-Jeżeli Millie bierze – zaczęła, przerywając panującą między nimi ciszę i sprawiając, że Wellinger wyrwał się z otępienia i spojrzał na nią – a wszystko na to wskazuje … to nigdy nie urodzi Ci dziecka, Andreas.
-To nie jest …
-Tak, wiem, nie Twoje dziecko! - warknęła, unosząc głos. Zaraz potem przystanęła i odwróciła się w jego stronę, posyłając mu oczami błyskawice – To nie ma najmniejszego znaczenia, jasne? Twoje czy nie Twoje, to wciąż dziecko, wciąż żywa istota. Narkotyki je okaleczą albo i zabiją. To wszystko nie może tak po prostu nie dać żadnych konsekwencji. Millie szkodzi temu dziecku i najwyraźniej ma to głęboko w dupie. Ale ja nie mam. Z tym trzeba coś zrobić.
Nie odpowiadał jej przez długi czas, wpatrując się w nią z jakimś dziwnym wyrazem twarzy. Starała się coś wyczytać z jego oczu; tym razem się nie maskował. Wręcz przeciwnie, było tam tyle różnych uczuć, że zlewały się w jedną wielką niezrozumiałą plamę i jej starania spełzły na niczym.
Westchnęła cicho, kręcąc lekko głową.
-Już mnie nawet nie obchodzi czy mi w tym pomożesz czy nie, Wellinger. Ja tak tego nie zostawię.
Chciała iść dalej, ale on złapał ją za przedramię i odwrócił ponownie ku sobie. Uniosła brwi, pytająco.
-Co Ty właściwie chcesz zrobić, Iz? - spytał cicho, wciąż patrząc na nią z zaskoczeniem. Zdecydowanie zabrała jego rękę i wzruszyła ramionami.
-Na początku chyba porozmawiać z Karlem i powiedzieć mu o wszystkim. Powinien wiedzieć. Jakby nie było, jest jedyną osobą, która może coś zrobić w tej sprawie. Ani ja ani Ty nie mamy żadnych szans, by dogadać się z Millie. Ona może go tylko wykorzystywać i nic do niego nie czuć, ale … no wiesz, to Karl...
Nie musiała nic więcej dodawać, nie musiała mu tego tłumaczyć. Bo on zrozumiał.
I tak, wiedział, że miała rację. Karl był po prostu Karlem i to wystarczało, by mieć nadzieję, że da radę jakoś wpłynąć na Millie i ocalić dziecko, które nosiła.
Ich spojrzenia skrzyżowały się na jeden krótki moment, a wtedy ujrzał w jej oczach niepewność. Była zdecydowana, tak, bardzo zdecydowana, by to zrobić, ale jednocześnie wiedział, że bała się tej rozmowy z Karlem.
I chyba właśnie to, ten jej strach, całkiem racjonalny i łatwy do wytłumaczenia, skłonił go, by powiedzieć:
-Porozmawiamy z nim razem. I powiem mu co widziałem.
Nie uśmiechnęła się, ale w jej oczach coś się zmieniło. Część strachu rozproszyła się, ustępując miejsca uldze i wdzięczności. Chwilę później ruszyła znów przed siebie, a on poszedł za nią.
Trudno powiedzieć, które bało się bardziej tego, co miało wkrótce nadejść.



Millie jeszcze spała, gdy się obudził, więc wstał najciszej jak mógł i poszedł od razu do łazienki. Zawsze nastawiał budzik na pół godziny przed wyjściem, bo mimo iż rano nie mógł przełknąć nic prócz swojej ulubionej zielonej herbaty, wolał jednak mieć chwilkę czasu. Nie lubił się śpieszyć. Wprost nie cierpiał się spóźniać. Wolał mieć pewność, że na wszystko starczy mu czasu.
Umył się, ubrał, sprawdził czy ma w plecaku wszystkie książki, notatnik i długopisy. Nie przepadał za zajęciami z rana, ale z drugiej strony dzięki temu był wcześniej w domu i miał resztę dnia dla siebie. Dlatego zacisnął zęby i pocieszył samego siebie, przypominając sobie, że już za sześć godzin znowu tu wróci, do Millie.
A jutro przecież wyjeżdżał na konkurs, do Lillehammer, gdzie rozpoczynał się kolejny sezon skoków. Napawało go to ogromną nadzieją i optymizmem. Nie mógł się już doczekać.
Zaparzył sobie herbatę i usiadł w kuchni. Obejmując kubek rękami, patrzył za okno, jak płatki śniegu wirują w powietrzu, opadając powoli na ziemię i zasypując ulicę. Z pewnością większość ludzi znajdzie w tym ataku zimy powód do narzekania … on widział jedynie same plusy, bo przecież kochał zimę, kochał śnieg, grudzień, skoki … to był jego świat.
Dlatego też uśmiechnął się i powoli wziął pierwszy łyk gorącej herbaty.
Siedział tak długo, w zadumie, popijając herbatę i wpatrując się w piękny krajobraz za oknem, gdy niespodziewanie usłyszał jak drzwi się otwierają, a potem w przedpokoju rozlegają się kroki.
Wyprostował się odruchowo, a wszystkie jego mięśni się napięły. Siedział nieruchomo, nasłuchując.
Tak naprawdę doskonale wiedział, kto przyszedł.
Ile oni ostatnio spędzali ze sobą czasu...
Zacisnął wargi, a jego serce oszalało z napięcia związanego z oczekiwaniem. I w końcu się doczekał.
Izzy pierwsza pojawiła się w kuchni, w dresowych spodniach i bluzie, z czapką naciągniętą na głowę, a zaraz po niej Andreas, ubrany bardzo podobnie. Oboje mieli twarze zaróżowione od zimna, a na całych ich ciałach osiadły szybko topniejące płatki śniegu.
Izzy spojrzała na brata, na co on bardzo ostentacyjnie odwrócił wzrok w stronę okna, udając, że wciąż podziwia rozciągające się za nim widoki.
Usłyszał jej westchnięcie, a sekundę później odezwała się:
-Karl, nie musisz mieć ochoty ze mną rozmawiać, ale przynajmniej nas wysłuchaj. To cholernie ważne.
Nie odwrócił głowy w jej stronę i nic nie powiedział. Izzy zacisnęła dłonie w pięści. Miała ochotę wyć z bezsilności.
Miała ochotę położyć się przed nim krzyżem i błagać go, by przestał ją tak traktować.
-Chodzi o Millie.
-Domyśliłem się – odpowiedział, wpatrując się w okno tak zawzięcie, że aż oczy zaszły mu łzami. Palce zaciśnięte na uchwycie kubka całkowicie zbielały.
Izzy spojrzała na Andreasa z lekką desperacją. Pokiwał tylko głową, po czym podszedł bliżej, odsunął sobie krzesło i opadł na nie.
Zaraz potem wyciągnął rękę, złapał za kubek herbaty, którą Karl już wypił i wyrwał mu go z ręki, sprawiając tym samym, że Geiger w końcu na nich spojrzał.
-Twoja dziunia bierze, stary – powiedział stanowczo i bez śladu rozbawienia na twarzy. Karl uniósł brew, a Wellinger dodał: - Nie mówię tego, bo staję po stronie Twojej siostry, mówię to, bo to prawda. Sam ją na tym nakryłem, już dawno temu. I dawno temu powinienem był to Wam powiedzieć. Popełniłem błąd, teraz to wiem. I żałuję. Bo jeśli coś się stanie temu dziecku … chyba … mojemu dziecku … - skrzywił się lekko, a Izzy spojrzała na niego z niemałym podziwem, bo zdawała sobie sprawę, ile go musiało kosztować wypowiedzenie tych słów – To będzie to moja wina, wcale nie mniejsza niż jej.
Na moment zapadła między nimi cisza, w czasie której Karl tylko patrzył na Andreasa, a przez jego twarz przewijało się mnóstwo uczuć. W końcu zerknął szybko na Iz i natychmiast znów odwrócił wzrok, ale ona zdążyła zauważyć, że się zawahał.
Była nadzieja.
-No i co ja mam zrobić? - spytał w końcu, niby od niechcenia, ale było widać, że naprawdę go to poruszyło. Nie mogli mieć pewności, że im uwierzył, ale na pewno nie odrzucił tak całkowicie ich wersji. Był rozdarty … jednak Izzy znała swojego brata jak mało kto i musiała wierzyć w to, że i tym razem, tak jak zawsze, dokona właściwego wyboru.
-Porozmawiać z nią. Nie musisz zaraz mówić jej, że wiesz, że bierze, po prostu … - Wellinger urwał, co Izzy wykorzystała jako swoją szansę.
-Po prostu ją przekonaj do jakichś badań … może lekarz coś zauważy, może uda się jeszcze coś zrobić... jest nadzieja, że narkotyki nie uszkodziły tak bardzo płodu, może nawet w ogóle. Ale nie możemy tylko żyć nadzieją, musimy jeszcze coś zrobić... proszę Cię, Karl.
Sama usłyszała błaganie w swoim głosie. Brat spojrzał na nią i patrzył przez długą chwilę, wyraźnie poruszony desperacją, jaka odmalowała się w jej oczach.
Na moment znowu istniała między nimi nić porozumienia, na moment wszystkie złe chwile odeszły w dal, a oni byli tym kochającym się rodzeństwem, które oddałoby za siebie życie.
Chciała mu powiedzieć parę słów.
Przepraszam. Dziękuję. Nie mam do Ciebie żalu. Kocham Cię najmocniej na świecie.
Zamiast tego przygryzła wargę i odwróciła wzrok jako pierwsza.
Karl westchnął.
-Dobra, więc jest tak, że mam za chwilę zajęcia. Już dawno powinienem wyjść na tramwaj … będę musiał jechać następnym. Ale pomyślę o tym i porozmawiamy wieczorem, okej?
Wellinger pokiwał głową. Izzy nawet uśmiechnęła się lekko. Kamień nie spadł jej z serca, ale zostało ono choć częściowo odciążone.
Karl wstał, ominął ją i wyszedł. Paręnaście sekund później lekko trzasnęły drzwi wyjściowe.
Andreas przekręcił się na krześle w jej stronę.
-Na więcej chyba nie możemy liczyć – stwierdził. Zaraz potem wstał, odniósł kubek po herbacie Karla do zlewu i spojrzał na Izzy – Zrobię nam śniadanie, co?
Pokiwała głową, po czym opadła na krzesło i zapatrzyła się w okno, w które chwilę wcześniej tak namiętnie wpatrywał się jej brat.
Z zadumy wyrwał ją Wellinger, stawiając przed nią talerz jajecznicy. Zjadła bez apetytu, więcej jedzenia rozgrzebując widelcem, niż wkładając do ust. A potem znowu siedziała i znowu patrzyła, jednak nie w okno, ale na Andreasa, jak zmywał naczynia.
Ogarnęła ją przemożna ochoty, by podejść do niego i najzwyczajniej w świecie mocno go przytulić … powstrzymywała się tylko resztkami woli.
Tyle, ile zrobił dla niej w ostatnim czasie, chyba nikt, prócz Karla, oczywiście, nie zrobił dla niej przez całe życie. I nie chciała się zastanawiać nad tym, co ich teraz łączyło, nie chciała rozkładać jego trudnego charakteru na czynniki pierwsze i wietrzyć w jego zachowaniu jakiegoś podstępu. Chciała wierzyć, że on to wszystko robi z dobrej woli, że może naprawdę jest w nim coś wartościowego, coś co można lubić i czemu można ufać.
Nie miała zielonego pojęcia, jak by przeżyła ten cały ciężki okres, gdyby nie on.
I nie chciała sobie tego nawet wyobrażać.
Andreas zakręcił kurek i wytarł ręce w ścierkę, a potem odwrócił się w jej stronę i złapał jej spojrzenie.
-Co? - spytał lekko zaskoczony. Pokręciła głową, odrywając się w końcu od niego, a jej policzki nieznacznie poczerwieniały.
Chyba chciała mu podziękować. Ale takie słowa nie przeszłyby jej przez gardło. Nie teraz, nie przy nim, nie dla niego. Kiedyś pewnie tak. Miała nadzieję, bo nie mogłaby tak po prostu tego zostawić. Zbyt wiele dla niej zrobił, by nie zasłużyć na najmniejszy choćby wyraz wdzięczności.
-Nie masz dzisiaj zajęć? - spytała, bo była to pierwsza rzecz jaka przyszła jej do głowy.
Wzruszył ramionami.
-Może i mam – odpowiedział lekceważąco, po czym wyminął ją i poszedł do salonu.
Usiadł na kanapie, włączył telewizor.
Wciąż siedziała na tym krześle, gapiąc się w okno.
-Wiesz, że cały czas masz na głowie tą głupią czapkę? - usłyszała nagle jego głos. Ocknęła się i spojrzała na niego. Uśmiechał się kpiąco.
Izzy wyciągnęła rękę i pomacała się po głowie. Rzeczywiście, w tym wszystkim zapomniała zdjąć czapkę. Zrobiła to teraz, odkładając ją na stół i przygładzając dłonią włosy. W końcu westchnęła, podparła twarz na dłoni i właśnie miała po raz kolejny zapatrzyć się w zimowy krajobraz, gdy Wellinger znów się odezwał:
-Jezu, no chodź tu.
Posłała mu bardzo zaskoczone spojrzenie, ale nie dał się wciągnąć w żadną głupią gierkę. Ona też niespecjalnie miała na to ochotę, dlatego podniosła się z cichym westchnięciem i zmierzyła w jego stronę.
Gdy była już tuż przy nim, uniósł rękę, zostawiając jej wolną drogę do swojego torsu. Bez zbędnego zastanawiania się nad tym co robi, usiadła obok niego, podkurczając pod siebie nogi i przylgnęła do jego piersi.
Jej serce uspokoiło się, gdy już wtuliła policzek w jego obojczyk i kiedy objął ją ramieniem.
-Cholera, to najdziwniejsza chwila w moim życiu – stwierdził po chwili milczenia.
Zaśmiała się.
-Więc zamknij się i nie pieprz jej – odparła, zaciskając palce na jego bluzie i przymykając powieki.
A on, choć jeden raz w życiu posłuchał.



Karl wrócił po południu; grudzień sprawiał, że już o czwartej robiło się ciemno i gdy wszedł do mieszkania, wszystkie światła były pozapalane. Zmierzył od razu do swojego pokoju, oczekując, że zastanie tam Millie, jednak przeżył gorzkie rozczarowanie. Nie było jej tam.
Poszedł dalej, w głąb mieszkania.
W salonie natknął się na czyjąś obecność, jednak nie tą, na której mu zależało.
Andreas siedział na kanapie, trzymając w ręce pilota i przeskakując z jednego kanału na drugi. Wyraźnie nie mógł się zdecydować co właściwie chce oglądać.
I nie był sam, jednak Karl dostrzegł tą drugą osobę dopiero po chwili.
Jego siostra spała, zwinięta ciasno w kłębek, niczym kot, na tej samej kanapie, na której siedział Wellinger. Była przykryta kocem, a jej głowa znajdowała się na jego kolanach.
Karl aż przystanął i trwał długo w tej pozycji, ledwo wierząc w to, co zobaczył.
Miesiąc temu byłby w szoku, widząc ich siedzących w jednym pokoju, choćby i na dwóch jego końcach i nie skaczących sobie do gardeł.
Teraz nie potrafił zrozumieć tego, co między nimi było, a czego już na pewno nie można było nazwać wrogością.
Nie potrafiłby też ustalić, jak do tego doszło. I kiedy. Kiedy tak bardzo się do siebie zbliżyli.
Andreas zauważył go, ale nie odezwał się ani słowem. Stojąc tak i patrząc, Karl zwrócił uwagę na to, że drugą, wolną rękę Wellinger trzymał na plecach Izzy i przesuwał ją delikatnie to w górę, to w dół.
Zwrócił też uwagę na ten koc, którym była okryta i jego zdumienie znów narosło.
On chyba naprawdę śnił...
-Całą wieczność będziesz tak stał i się gapił czy może masz jakąś sprawę? - głos Wellingera wyrwał go z tego stanu otępienia. Zamrugał i wrócił do rzeczywistości. A wtedy okrążył stół kuchenny i błyskawicznie znalazł się w salonie.
-Gdzie jest Millie? - zapytał, zatrzymując się tuż przy kanapie. Izzy zajmowała trzy czwarte jej powierzchni, więc Karl powoli usiadł w fotelu i spojrzał wyczekująco na Andreasa.
Ten wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora.
-Cholera ją wie.
Karl poczuł jak narasta w nim strach. To była jedna z wielu kwestii, nad którymi dumał przez całe dzisiejsze zajęcia.
Ona tak często znikała, bez powodu. A przecież była już prawie w ósmym miesiącu ciąży. Powinna siedzieć w domu i pozwalać im mieć na siebie oko.
-Myślałem o tym wszystkim, co mi powiedzieliście – zaczął trochę niepewnie, pochylając się do przodu i opierając ręce, zgięte w łokciach o uda. Tą wypowiedzią zasłużył sobie na zainteresowanie ze strony Andreasa, bo odwrócił on głowę w jego stronę i uniósł brwi. Karl zrozumiał, że Wellinger oczekuje dalszego ciągu. Westchnął cicho i podjął rozpoczęty wątek: - Nie chciałem Wam wierzyć... ale jest tak, że istnieje bardzo wiele dowodów, których nie mogę ignorować. Jak to właśnie. Gdzie ona się podziewa, gdy znika na długie godziny? Jest już w zaawansowanej ciąży, nie powinna się tak zachowywać.
-Co jawnie pokazuje, że ma w dupie to dziecko – wtrącił Wellinger. Karl posłał mu krótkie spojrzenie, więc umilkł i pozwolił mu mówić dalej.
-Nie mogę uwierzyć, że Millie naprawdę bierze … nie wiem, wydaje mi się, że musi istnieć jakieś inne, logiczne wytłumaczenie.
-Ale mogłeś uwierzyć, że Izzy bierze, tak?
Karl ponownie uniósł głowę i ich spojrzenia się skrzyżowały. Przez chwilę wpatrywali się w siebie, bez słowa, aż wreszcie Karl przeniósł wzrok z Andreasa, na swoją siostrę. Sen sprawiał, że jej twarz wyglądała bardzo spokojnie i łagodnie.
W jego sercu wezbrała miłość.
Przecież ją kochał. Zawsze była dla niego najważniejsza na świecie.
Palce Wellingera przesunęły się delikatnie po karku Izzy, zahaczając o kosmyki jej długich włosów, opadających jej na twarz. Karl przez chwilę patrzył, jak Andreas odgarnia jej włosy za ucho, odkrywając całkowicie twarz, a potem kiwnął głową w kierunku Iz i spytał:
-Co to wszystko ma znaczyć?
A gdy jedyną odpowiedzią Andreasa, było uniesienie brwi w geście zapytania, westchnął i dodał:
-Nigdy nie widziałem, żebyś okazywał komuś tyle troski. Właściwie nigdy nie widziałem, żebyś komukolwiek okazywał jakąkolwiek troskę. Coś jest między Wami, a ja to przegapiłem?
Myślał, że Wellinger zmiesza się i nie będzie chciał odpowiadać na to pytanie. Przeliczył się jednak, gdyż on najzwyczajniej w świecie prychnął i z charakterystyczną dla siebie wyniosłością, mruknął:
-Mnóstwo rzeczy przegapiłeś, Karl.
Zapadła między nimi cisza. Andreas skierował ponownie wzrok na telewizor i przestał zwracać uwagę na Karla.
Karl patrzył na Izzy, na jej zasłonięte powiekami oczy, na lekko rozchylone wargi, na rytmicznie unoszącą się i opadającą klatkę piersiową.
Poczuł żal. Jakby naprawdę stracił coś niezwykle cennego, stracił to bezpowrotnie i to z własnej winy.
I był rozdarty. Już sam nie wiedział komu i w co wierzyć.
-Porozmawiam z nią, to Ci obiecuję – powiedział w końcu. Andreas nie spojrzał na niego, ale jego oczy lekko się zwęziły, co znaczyło, że uważnie słuchał – I zrobię wszystko, żeby zadbać o bezpieczeństwo tego dziecka. Zrobię to … jak już wrócimy z Lillehammer. Masz moje słowo.
Nie czekał na jego odpowiedź. Właściwie nie spodziewał się żadnej.
Wstał i wyszedł, zostawiając go samego.
No, prawie samego.
Wciąż nie mógł wyrzucić z głowy tego obrazu Wellingera i swojej siostry. A naprawdę myślał, że już go nic w życiu nie zaskoczy.


Nie chce mi się komentować tego rozdziału.
Może nawet jestem z niego zadowolona, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo po prostu dzisiaj i tak nie miałabym do tego głowy.
Bo Jasiu.
To takie piękne. Ten dzień jest absolutnie idealny.
A Pieszczoszek i Aniołek się poprawią.
A Kusy wróci z Uniwersjady, wbije sobie w główkę ,,Luz w dupie" i będzie jeszcze piękniej.
I tak ogólnie kocham Was dziewczynki. Cały świat kocham.
Łiiiii <33

EDIT: Gdzie ja mam głowę.... dobra, emocji jest tyle, że zapomniałam,że przecież do Świąt już tu się nic nie pojawi.
Także kochane Wy moje, Wesołych, Wesołych i jeszcze raz Wesołych i udanego TCS :D
Trzymajcie się ;*

24 komentarze:

  1. Hej łobuzie ;***
    Ja Ci już mówiłam, że ten rozdział jest idealny.
    Ale jeszcze raz go przeczytałam i zaczęłam na nowo się jarać.
    No i nawet Ty jesteś zadowolona! <3
    Może i się powtórzę, ale ja chcę, kurna, Izzy i Andiego razem.
    I Ty tak zrobisz, że będą razem.
    Pamiętaj, że ja ciągle mam w głowie ten fragment, który mi przesłałaś. I ja sobie go codziennie czytam i się rozpływam.
    Serio.
    No i Aniołek.
    Cholerny łobuz.
    Ale ja wiem, że on uwierzy. I coś zrobi.

    Matko, ja nie wiem co mam napisać, serio.
    Chyba to, że Cię tak bardzo, bardzo, bardzo kocham.
    Ukochana starsza siostra, której nie mam <3
    No, a życzenia świąteczne to Ci już złożę prywatnie, bo będzie to długa lista ;p
    Buziaki cudaku ;****

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. +o cholera, w końcu jestem u Ciebie pierwsza z komentarzem! :D

      Usuń
  2. Jestem i cholera, co ja mam zrobić? Skomentować mój ulubiony rozdział, tak? Haha, chyba za trudne zadanie dla mojego mózgu.
    Tak trudno mi się skupić, niby mogłabym ten rozdział z pamięci recytować, a nie wiem co o nim napisać.
    Ale napiszę, słoneczko, jeszcze dzisiaj walnę eposik, tylko jak zacznę normalnie oddychać, dobrze?
    Bo ja mam dużo do powiedzenia, a wiesz czemu trudno mi teraz zebrać myśli.
    Jak ja go kocham no. Prawie tak samo mocno jak Ciebie. Moje dwa skarby. <333
    I wiesz co? Dziękuję. Za to, że jesteś i za to, że przeżywałaś to ze mną. Naprawdę nie wiem co bym zrobiła bez Ciebie i nie chcę sobie nawet wyobrażać życia bez Ciebie.
    Ja tu wrócę, obiecuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatem chyba sobie powoli zacznę. Od początku, ale niekoniecznie z sensem, w końcu to mój znak rozpoznawczy.
      Ale postaram się na temat, ani słowa o Jasiu. Nie chcesz wiedzieć ile to mnie będzie kosztowało, chociaż Ty znasz mnie tak dobrze, ż z pewnością o tym wiesz.
      Ten pierwszy fragment, z pozoru nic w nim się nie dzieje, ale dzięki temu mogę się rozpływać nad Twoim mistrzowskim stylem. Ten opis o tym jak Izzy powoli zaczyna wciągać się w bieganie jest świetny, perfekcyjny i właśnie za takie coś Cię kocham.
      Potem przechodzisz płynnie do kolejnego pięknego opisu, który upiększa obecność Welliego, ale przy tym fragmencie, choć niewątpliwie Welli jest w nim ważny, bo pokazuje się z zupełnie innej strony, powiedziałabym w końcu dojrzałej, koncentruję się przede wszystkim na Izzy i tym, co związane z dzieckiem Millie. Wiesz, że kocham Iz od samego początku, ale tutaj znajduje się coś, co jest w niej absolutnie wspaniałe, a na co w zasadzie świadomie do tej pory nie zwróciłam uwagi. Ktoś może i mógłby jej wiele zarzucić, ale nie da się jej odbierać negatywnie, bo on zawsze myśli o innych, nawet jeżeli te osoby ją zraniły. Kupowała ojcu narkotyki, choć ojciec miał ją w dupie (dupa wcale nie kojarzy się z Jasiem, prawda?), a teraz przejmuje się dzieckiem Millie, choć ta odebrała jej brata.
      Izzy to po prostu Izzy. (wiesz o co chodzi) Nie da się jej nie kochać.
      Dojrzałość Wellingera, przyznanie, że to jego dziecko, jego słowa skierowane do Karla... zmienił się ten Welli, oj zmienił. I tak jak analizowałyśmy to jakiś czas temu, tak nadal podtrzymuję zdanie w kontekście tego, co go zmieniło. Nie ma innej opcji, a Ty się z tym chyba oswajasz i dobrze.
      Karl, ten krótki opis w trakcie pierwszej rozmowy, dotyczący jego i Iz... całuję po stopach za dobór słów w tym fragmencie.
      I na koniec męska rozmowa, po której wyciągnęłam tak wiele znanych Ci wniosków, których nie będę powtarzać, kierując uwagę w stronę Karla i jego myśli. Z bólem serca stwierdzam, że jestem nieczuła i nie szkoda mi go ani trochę. Za to jak potraktował moją Izzy.
      Koniec. Więc gdyby nie ta dupa, nie byłoby nic o Jaśku, czyli może jest szansa, że nie jestem, chora psychicznie.
      Czy muszę mówić, że Cię bardzo kocham? Nie muszę, ale mówię. Kocham Cię bardzo. <333

      Usuń
  3. Jeju ale fajny rozdział. Podziwiam to jak piszesz. Bo z każdym słowem coraz bardziej chce to czytać Jakbyś mogła mi dać parę wskazówek na moim blogu ;) A co do rozdziału: Izzy+Welli <3 . Czekaam co będzie sie dziać dalej ;) I zapraszam na mojego bloga:
    www.skokiimuzyka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki Bogu, że pojawiło się coś nowego. Wreszcie miałam pretekst, aby chociaż na chwilę porzucić sprzątanie...
    Rozdział naprawdę świetny.
    "-Cholera, to najdziwniejsza chwila w moim życiu – stwierdził po chwili milczenia.Zaśmiała się. -Więc zamknij się i nie pieprz jej." Padłam, tyyyle romantyzmu :D Bardzo mnie cieszy, że się do siebie tak zbliżyli. Mam też nadzieję, że Karl się wreszcie obudzi. Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział ;)
    Oczywiście chciałam Ci życzyć wspaniałych, rodzinnych świąt i góry fajnych prezentów :*

    OdpowiedzUsuń
  5. No Bozicku, Bozusieńku. Jak ja Cię kocham cholero Ty jedna <3
    Jesteś moim mistrzem no normalnie.
    A to opowiadanie przebiło już chyba moje ukochane z kochającym się rodzeństwem XD
    Ja.. ja po prostu. nie - nie ma absolutnie żadnych słów by to opisać. Ja wiedziałam, wiedziałam od początku, że się temu wyczekiwanemu przez wszystkich wątkowi nie oprzesz <3 Buhahahah <3 Moja Sylwia, kochana <3
    Mój Andi! Kochanie, ty słodkie! <3 Jesteś taki no <3 genialny, fantastyczny, niby postawa na miarę... no - chociażby takiego... albo nie będę go do nikogo porównywać do nikogo, bo on jest jedyny w swoim rodzaju. oł je <3 Normlanie aż mi się żyć zachciało, gdy zobaczyłam, że nowy rozdział jest XD
    Ale ok. XD
    Ja może zacznę o treści w końcu, dobrze?
    No! :D
    Także!...
    Koniec fajek! brawo, słodziaki! <3 Toć to cholerstwo to zabójstwo jest ewidentnie, a truć się nie wolno! O tak! Madzia prawdę wam powie.
    Andi zrobił jajecznicę? Andi gotuje? Wybacz, Iz, złotko, ale ja go przed ołtarz porywam ^^ Gdzie ja lepszego kandydata na męża znajdę? XD
    A wiesz z czego ja się najbardziej śmiałam? Jak sobie wyobraziłam, iż ona w czapce jadła XD <3 Nie było jej gorąco? :D
    Mniejsza o to.
    I ogółem to ich porozumienie mnie zabija. W pozytywnym tego słowa znaczeniu rzecz jasna <3 no XD
    A jeszcze to, że Andi powiedział, ze to chyba jego dziecko....
    Widać, że zależy mu na tym, co powiedziała Izzy. I bardzo dobrze ^^
    Hahahah! I Karl i jego słynna już zielona herbata XD
    Nie no XD
    Ciebie to jeszcze, braciszku wiele rzeczy zaskoczy. Madzia już Cię uprzedza żeby później nie było, żeś zmarł w wyniku szoku czy coś :D

    Boże.. jaka ja głupia jestem. Wybaczysz mi to coś powyżej, kochanie?
    Mam nadzieję ^^

    I Tobie tez Wesołych Świąt życzę i żeby Mikołaj o Tobie nie zapomniał! :D

    Buziaki! :*



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha.
      ja też Cię kocham.
      i jak juz mi minie ta faza lenistwa, która potrwa pewnie do Wigilii, oby nie dłużej to się zabiorę za to porządne komentowanie.
      pamiętaj, u Ciebie jestem pierwsza ;D
      i ja kocham Ciebie i Twoje komentarze.
      a w ogóle to ja bym się pojawiła na gg ...
      ale zapomniałam hasła, wyobrażasz sobie? :P
      ściskam <33

      Usuń
    2. Pamiętam, pamiętam, w końcu dwaj panowie czekają, choć jeśli o jednego chodzi, to ja słów nie mam, więc nie oczekuję żeby ktoś w ogóle przez to przebrnął.
      Jak mogłaś zapomnieć hasła? O_O Toć, słońce. Tam nie ma takiego czegoś jak "zapomniałem hasła" czy coś? XD Musi chyba być XD

      Usuń
    3. no to pisz pisz, skarbie, ja tęsknię <33
      no wiem, że jest ...
      ale numeru też nie pamiętam :P
      dobra, jakoś to załatwię, może się uda :D

      Usuń
    4. Hahahahah XD Nie no XD
      Numer jest u mnie w kontaktach jakby coś XD

      Usuń
    5. a no widzisz, na Ciebie zawsze można liczyć <3

      Usuń
    6. 48374907 ^^
      Proszę! :D
      A że na mnie liczyć można, to wiem ^^ Już wielu mi to mówiło XD

      Usuń
  6. Boziu... Kocham Cię! Tak bardzo że aż słów mi brakuje. I od razu wesołych świąt (bo pewnie potem zapomnę). Szczęścia, zdrowia, radości i dużo, duuuużo weny <3
    A teraz trochę o rozdziale xD Kocham bieganie i super było czytać, że moja kochana Iz też je lubi. Świetnie opisałaś jak powoli zaczyna się z tym lepiej czuć. A potem jeszcze to jak zmienia się Wellinger... I to słodkie siedzenie na kanapie! Kocham <3 A Karl na szczęście zmądrzał i mam nadzieję, że porozmawia z Millie. Mówi ci, że jeszcze coś będzie z Welliego i Iz. Na pewno. To zbyt słodkie, żeby mogło się nie spełniać. A ponieważ tak cię kocham to na pewno nie będę cię przed tym powstrzymywała :D I tak wiesz, że co nie napiszesz to przeczytam i uznam, że jest najlepsze.
    No i jak tu się nie zachwycać nad Jaśkiem?! No jak?! Mój kochany. A Aniołek i Pieszczoszek na pewno się polepszą. I w ogóle zastanawiam się czy dzięki tobie nie zacząć pisać. Jak się zdecyduję to na pewno pierwsza się dowiesz. A póki co jeszcze raz wesołych świąt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hej ;)
      byłoby wspaniale, wiesz?
      gdybyś zaczęła pisać. Jestem pewna, że predyspozycje do tego masz, a ja chętnie przeczytam, chociaż czasu nie mam prawie wcale.
      dziękuję za wszystko, kochana i trzymam kciuki ;*

      Usuń
  7. Ojej, wow Wellineger taki idealny, no wow, no ojej, zachwycam się tak bardzo bardzo. I tylko siedzę i uśmiecham się jak głupia, bo Welli taka metamorfoza, inny człowiek normalnie. Nawet śniadanie robi dla Izz.
    Jestem pod wrażeniem tak bardzo i jej to było takie słodkie, jak Welli powiedział: "Jezu, no chodx tu" i jak ją przytulił i potem miział po pleckach, aww. Aż logicznego komentarza nie jestem w stanie napisać. Więc po prostu napiszę, że zakochalam się w tym rozdziale <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Jejku, ale się porobiło! O Weliim i Iz mogłabym czytać godzinami i by mi się absolutnie nie znudziło. I wcale nie żal mi Karla! Może pójdzie po rozum do głowy. A Welli jest cudny z tą swoją nieporadnością. I coś czuję, że mamusia Wellingera będzie szczęśliwa ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jezu.
    Kolejny cudowny rozdział i chyba pokuszę się o stwierdzenie, że jest jeszcze lepszy niż poprzedni!
    A ja znów nie mam słów, żeby go opisać, za dużo emocji jak na jeden dzień.
    Wellinger jest idealny, nie wiem jak mogłam w to wątpić, czytając o nim w początkowych rozdziałach. No dobra, on sam się o to prosił.
    "Jezu. No chodź tu"
    W tym momencie się rozpłynęłam i dobrą chwilę mi zajęło zanim do siebie wróciłam.
    Boże! Na święta chcę takiego faceta!
    No i Karl w końcu przejrzał na oczy. Mam nadzieję, że ta wywłoka już go nie omami.
    Mam nadzieję, że wybaczysz mi ten krótki i nieskładny komentarz. Jak już mówiłam - za dużo emocji.
    PS Ale masz kochany avatar! :D

    OdpowiedzUsuń
  10. O mój booooosz <3 Nadrobiłam dzisiaj całe 14 rozdziałów! :D TEN BLOG JEST MEGA. Tyle Ci powiem:**
    Kurdee... jakbyś widziała moją minę, jak pochłaniałam te wszystkie rozdziały tutaj ;p Czytam, czytam i chcę więcej! A dokładnie więcej; Iz i Andreasa<333
    Jeeeju, aż dziwne że na początku tak się nienawidzili a teraz są przyjaciółmi, chociaż po czytaniu końcowej części tego rozdziału, myślę że między nimi zrodzi się coś więcej niż tylko przyjaźń. Na co zresztą liczę, bo wprost kocham czytać takie 'awwwwh' scenki<3
    Aż sama się sobie dziwię, że czytam opowiadanie o Wellingerze, który delikatnie mówiąc-nie jest moim ulubionym skoczkiem. Ba, to że czytam to jeszcze nic. Ważniejsze, że czytam i nie mogę się od tego oderwać! :D
    Aaa... no i jeszcze sprawa co do Millie i Karla. Ehh, od początku mi się nie podobała i nie myliłam się co do niej. chyba Karl tak tego nie zostawi i porozmawia z nią, hmm?

    Pzdr :3
    + zapraszam do mnie; moje-marzenie-na-emirates-stadium.blogspot.com [jak mozesz, to zajrzyj i skomentuj cos.thx:*]

    OdpowiedzUsuń
  11. aaaaj robi sie coraz romantyczniej ;p
    I nie wiem co ta Milli odwala ale w 8 miesiącu to ona powinna ledwo sie ruszać, a nie gdzieś się szwendać, zero odpowiedzialności xD Tak swoją drogą ciekawi mnie czyje tak naprawdę jest to dziecko. ale Wellinger sie prawie przyznał, no brawo.
    Czeekam na następny
    i uwielbiam to opowiadanie <3

    OdpowiedzUsuń
  12. Wreszcie ja:) Zachwycona, zauroczona i przeszczęśliwa po pierwszych od dawna zawodach , w których czołówka mi w sumie cała przypasowała. Cudny dzień, cudny weekend a co dopiero będziemy mieć cudny TCS. Ja tak mówię i tak będzie, choć na ogół to co mówię nigdy się nie sprawdza.

    Koniec pieprzenia, teraz komentarz.
    Zapowiedziałaś , że Welliś się nam zrobi tak słodki, że mu wszystko wybaczymy.
    Ale, że aż taki? Ty tu siejesz niebezpiecznie mocny zarazek uczucia do tej istoty, wiesz?
    On się nie zmieni, zmienił się ale się nigdy nie zmieni. I za to go kochamy<3 Zdecydowanie za to.
    Karl się nam obejrzał. Dobrze aniołku, dobrze. Ale wiesz, że ty będziesz niedługo bardzo smutny przez to coś ty pokochał?
    UUUU, ja nie chcę.
    Ale sam sobie jesteś winien, a jakoś Cię pocieszymy mam nadzieję:)

    Dobra, a tobie skarbie życzę wesołych świąt, odpoczynku i powodzenia z tą maturą kochaną, a ty sobie na pewno poradzisz.
    I dużo weny do uszczęśliwiania nas przynajmniej raz w tygodniu<3
    Kocham Cię<3

    OdpowiedzUsuń
  13. Mogę z całą swobodą stwierdzić, że kreujesz najlepszy obraz Wellingera ze wszystkich opowiadań jakie udało mi się przeczytać. Ba, to jest jeden z najlepszych męskich charakterków :) Perypetie jego i Izzy, ich wspólne sesje biegowe i rzucanie palenia są tak fajnie przedstawione. Czytam i przestać nie mogę, a Twoje rozdziały mogłabym przerabiać w kółko. Magia ♥ Szkoda mi Karla - to taki dobry chłopak, a miłość jest cholernie ślepa. Wspaniale dozujesz napięcie i aż zgrzytam zębami w oczekiwaniu na kolejny rozdział :) Życzę Ci jak najlepszych świąt, dużo żarcia, wspaniałej atmosfery, no i na kolejny rok - jak najwięcej weny do tworzenia takich perełek, ja ta powyższa :) Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  14. Wychodzi na to, że dawno tu nie komentowałam- więc serdecznie przepraszam, ale czas nie jest łaskawy, a nie lubię pisać byle jakich komentarzy.
    Nie posuwam się na razie do obwiniana Karla. Millie owinęła go sobie wokół palca i to nad wyraz skutecznie. A chłopak ( a właściwie mężczyzna!) uwolnił swoje pokłady opiekuńczości. Szkoda tylko, że z tak marnym skutkiem dla Izzy. Nie wiem, co czerwona kombinuje ( oprócz tego, że chce mieć Karla tylko dla siebie), ale zaczynam podejrzewać, że to nie jest dziecko Wellingera ( sorry, Welliś, nie to, że bym nie wierzyła w twą męskość, no ale...). Intryguje mnie natomiast to, że najwyraźniej pani czerwona usilnie dopychała się do towarzystwa skoczków- próba złapania Welliego na dziecko, a kiedy to się nie powiodło, to przerzuciła się na Karla, no chyba, że to tylko przypadek i moja wybujała wyobraźnia.
    Andi zaczyna pokazywać swoją ludzką twarz ( kto by pomyślał ), zbliża się do Izzy. A Karl, jeśli tak dalej pójdzie, przegapi w życiu siostry jeszcze wiele ważnych spraw. A przecież po takim dzieciństwie powinni być sobie bardzo bliscy.
    Życzę Ci spokojnych i radosnych świąt, duuuuużo wolnego czasu i przede wszystkim weny !
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  15. wiesz co Ci powiem? Boski jest ten rozdział! Jak Welli i Iz się do siebie zbliżyli! Potrafiłam sobie to wsystko wyobrazić. Jak jej głowa leży mu na kolanach, on ją głaszcze i tak dalej. Zakochałam się w tej części opowiadania, normalnie!
    Karl wreszcie przejrzał na oczy! Mam nadzieję, że coś z tym wreszcie zrobi, bo to przegięcie, że Millie owinęła go sobie w okół palca tak, że nie wierzył własnej siostrze. Tyle przegapił i teraz żałuje. Mam nadzieję, że w porę się ocknie i przeprosi siostrę za to, że tak okrutnie ją potraktował ( nazwę to takimi słowami, bo dla niej relacja z Karlem była przecież szczególnie ważna, prawda?)
    Pozdrawiam i również życzę Wesołych Świąt <3
    Dużo weny i odpoczywaj przede wszystkim:**

    OdpowiedzUsuń